wtorek, 18 maja 2010

Władysław Grabowski


Żeby dobrze zagrać Hamleta,
trzeba być przynajmniej 30 lat na scenie.
30 lat na scenie to 50 lat życia,
a jak się ma 50 lat,
to nie można już grać Hamleta.

W. Grabowski

Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.

Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.

W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.

Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)

W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).

Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup.
Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy zdjęć, natrafiłam na pozowane, zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.


FOT: Muzeum Kinematografii w Łodzi







Powyżej scena z Mieczysławą Ćwiklińską, Władysławem Grabowskim, Adolfem Dymszą w filmie "Dodek na froncie"

14 komentarzy:

  1. Uwielbiałam niedziele, dawne moje, jak jeszcze żyła moja babcia, oglądałyśmy razem filmy, a ona opowiadała mi jak było, za nim przyszli spalić jej dom... Dziękuję Mota... powodujesz, że nie idę spać, tylko oglądam i oglądam...

    Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja lubię tu do Ciebie zaglądać. Zawsze coś ciekawego znajdę.A potem korci mnie, by wiedzieć więcej, no i wiesz co dalej......

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie urzekają te stare nieme filmy, na swój sposób wzruszają, a nawet jeśli śmieszą - to zazwyczaj z nutką rozczulenia. mają swój urok, który warto ocalić od zapomnienia (jak brzmi motto Twojego bloga). :) Najbardziej lubię filmy Chaplina. Genialne! Gorączka złota, Światła wielkiego miasta, Brzdąc... niezapomniane kreacje mistrza, które zawsze oglądam ze łzami wzruszenia. Ekspresja była najważniejszym środkiem wyrazu.
    Polskie filmy z tamtego okresu również mają swoją aurę, pamiętam je z niedzielnego programu "Stare kino" (albo "W starym kinie"?)Janickiego. I te charakterystyczne ciemne okulary prowadzącego. :)
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. Miłe uczucie, dowiedzieć się!
    Miłe uczucie, oglądać coś na TVP Kultura i stwierdzić, o! niedawno o tym czytałam! Mota napisała!
    I dziś znów uczta, tym razem kinomana.
    Dziękuję
    :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W starym kinie, nikt już nie gra dzisiaj na pianinie... Coraz rzadziej powtarzają te stare, jakże urocze filmy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. zapraszam na moje 1 candy..:)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Obejrzalam caly film i usmialam sie... :-) ... szkoda, ze juz nie ma starego kina ktore ogladalam bedac dzieckiem... Pozdrawiam. M

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak ja żałuję, ze nie ma już "W starym kinie".

    OdpowiedzUsuń
  9. Miło jest czytać Wasze komentarze i miło jest wiedzieć, że darzycie sentymentem te stare, poniszczone filmy. Jest w nich wielka magia, której uległam bez reszty. Nie tylko ze względu na cudownych aktorów, ale też na atmosferę, trochę naiwne, ale jakże miłe scenariusze. Jedno, co mnie najwięcej zachwyca, to przeogromna kultura, której mi szalenie brakuje w naszych czasach.

    Kate-
    ten komplement był zaskakujący dla mnie. Ja i TVP kultura? Hmm....Chyba na wyrost :)

    OdpowiedzUsuń
  10. zapominałam powiedzieć- dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam Ćwiklińską. Grabowskiego oczywiście też widywałam, chociaż nie pamiętałabym, jak się nazywa.
    W ogóle aktorzy tamtego pokolenia, chociaż z maniery gry, która wówczas panowała, przerysowani i aż nazbyt wyraziści, ale byli w swoich rolach naprawdę porywający :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Poza tym mam nadzieję, że dziś się lepiej czujesz :) Pozdrawiam, u mnie trochę lepiej!

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubię to przedwojenne kino, a Ty wspaniale i ciekawie o nim piszesz. Zaglądać tu to czysta przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak się masz? Daj znać, że dobrze :)

    OdpowiedzUsuń