piątek, 22 października 2010

Skarb

W okupowanej Warszawie już dawno pozbyto się złudzeń. Niemcy panoszyli się na ulicach. Przestały działać kina, teatry. Lokale” Nur für Deutsche” mnożyły się w stolicy jak grzyby po deszczu. Nowa rzeczywistość smętnie, co rano, przypominała mi o swoim istnieniu. Pojedyncze strzały, które kiedyś były sensacją w gazetach, dzisiaj były tylko oznaką, że Gestapo obudziło się do życia.  Grupy pijanych i głośnych żołnierzy przetaczających się co jakiś czas przez ulice, dotkliwie mi o tym przypominały. Nie można było nic zrobić, a ludność Warszawy wydawała się być wciąż oszołomiona i sparaliżowana. 

Szczególny strach padł na ludność pochodzenia żydowskiego. Pojawiające się informacje o tworzeniu getta budziły lęk i wciąż niedowierzanie. Informacje o zabitych, pojawiały się we wszystkich środkach przekazu. Hitlerowcy starannie o to dbali, by wywołać psychozę strachu.
Tak naprawdę, nikt nie był pewien tego, co zrobią i kogo wsadzą do getta. Większość zadeklarowanej ludności żydowskiej mieszkała tu od pokoleń. Złowroga cisza mówiła nam, że wszystkich sortują i lustrują.

 *

Przed wojną, od lat, brałem udział w warszawskich maratonach pływackich. Odbywały się na trasie Wilanów -Warszawa. Znałem warszawską Wisłę i jej zdradliwy nurt. Wiedziałem, gdzie można płynąć tak by przepłynąć, a nie było to łatwe.
Powstał pomysł, żeby uciekinierów transportować na drugi brzeg Wisły. Pływałem, jak ciężarówka niosąc na plecach różne, nieznane mi osoby. Nie wiedziałem, co stanie się z nim dalej i mam nadzieję, że przeżyli wojnę.
Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci.

Starszy mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Miał brodę, binokle, przykrótkie spodnie. Ze sobą miął jedynie skórzaną torbę lekarską. Był szczupły, więc transport nie wydawał się być kłopotliwy. Wyglądał cherlawo, natomiast jego uścisk był jak uścisk kowalskich obcęgów. Torba, okazała się być bardzo ciężka. Wysmarowana zjełczałym łojem, śmierdziała, przyprawiając mnie o mdłości. 

Zająłem się „swoją pracą”. Byłem młody, silny, ogromnie wytrzymały. Ale wtedy, jak na złość był wartki nurt, a woda (październikowa) zimna. Traciłem sporo energii na ogrzanie. A torba stawała się coraz cięższa.
-Czemu ta torba taka ciężka?- pytałem. Człowiek nie odpowiadał, tylko coraz bardziej zaciskał mi na grzbiecie swoje obcęgi.

W połowie drogi, uderzyło w nas płynące krzesło. 
– Uderzył we mnie Biedermeier, cóż za upadek kultury-pomyślałem, niekontrolowanie zanurzając się pod wodą. Wiedziałem, że torba w rękach staruszka z pewnością została ponad taflą. Chociaż przez chwilę ustał smród i to uznałem za dobre w tej całej sytuacji.
Facet na plecach prychał wodą, napił się „wiślanki” spory łyk. To wyprowadziło go z równowagi. Kręcił się, kopał mnie nogą w nerkę. Jego torba wylądowała mi na głowie.

-Jeśli nie przestaniesz , to utoniemy-Biedermeier właśnie „zastanawiał” się, czy płynąć dalej.
-Może to krzesło wyłowić?- „stary” dalej kręcił się na moim grzbiecie. Sięgnął do krzesła i wypadł za „burtę”. Jego torba, którą pociągnął za sobą, wczepiła mi się we włosy. Poszedłem pod wodę. Nie boję się wody i nie łatwo mnie utopić. Stary jednak opadał z sił. Chwytał się krzesełka i mnie na zmianę. Druga ręka wciąż była zaciśnięta na torbie.

-Dość tego. Nie utopisz nas!- pomyślałem.
Albo puścisz to krzesło i torbę, albo nas utopisz!!- ryczałem, ciężko dysząc-Wybieraj!
Długo wybierał, a wyraźne cierpienie rysowało mu się na twarzy- Wybieraj!- krzyczałem.
-To mój cały życiowy dobytek!- wykrzywił w grymasie sine usta. Był wyczerpany, ciałem jego wstrząsały fale drgawek.
-W niebie ci się nie przyda! Rzucaj!
Rzucił, a resztę drogi przebył płacząc, nieświadom ogromnego niebezpieczeństwa, które ściągał na siebie i na mnie i na wszystkich przedostających się tą drogą, lamentując  wniebogłosy. Cudowi jedynie zawdzięczamy fakt, że w pobliżu nie znalazł się jakiś gorliwy Niemiec, który by powystrzelał nas jak kaczki.
Na brzegu po drugiej stronie, dowiedziałem się od staruszka więcej szczegółów na temat mojego nędznego życia.
Torba, którą utopił w nurtach Wisły była wypełniona po brzegi złotem i biżuterią. Kto wie, może do dzisiaj leży gdzieś tam na dnie.

15 komentarzy:

  1. NIE TYLKO ZŁOTO BYWA SKARBEM... KTÓRY TAK GORLIWIE CHRONIMY I UKRYWAMY... :)

    HISTORIE Z TAMTYCH CZASÓW ZAWSZE MNIE PORUSZAJĄ...

    OdpowiedzUsuń
  2. a mnie zastanawia w tym ... wdzięczność. Wdzięczność ludzi, narodów ...
    Z narażeniem życia swojego, całej rodziny ratowali, nie dla wdzięczności, nie dla zapłaty, nie dla zysku - ze zwykłej ludzkiej życzliwości i współczucia.
    w zamian czasem dostajemy policzek, zastanawiam się czy nadstawiać drugi

    OdpowiedzUsuń
  3. Życie jest takie kruche. A wciąż są ludzie, którzy potrafią ryzykować swoim aby ratować czyjeś inne. Nie przestaje mnie to zadziwiać, bo wbrew pozorom jest to przeciwko naszej naturze, a raczej instynktowi. On szepcze - ratuj siebie, siebie,siebie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mota Ty powinnaś książki pisać!
    Przeczytałam jednym tchem. To niesamowite, że należało uświadamiać tego człowieka, że nie ma nic cenniejszego od ludzkiego życia. Ilu takich uratowanych jeszcze żyje i chowa na dnie serca takie historie?
    P.S. Własnie parę minut temu sąsiad przyniósł mi przesyłkę od Ciebie. Kochana Moto, rozczarowana? Żartujesz chyba!!! To kolejna niespodzianka jaka mnie spotkała, jest mi tak niesamowicie miło, ze nawet sobie nie wyobrażasz. A list, który napisałaś nie tylko przeczytałam z ogromną przyjemnością, ja się na niego napatrzeć nie mogę, taki jest piękny, prawdziwie "listowy". I ta karteczka z moim nickiem, zostawiam wszystko jak najcenniejszą pamiątkę i będę wnukom (daj Boże) pokazywać i opowiadać o Tobie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wielu jest bohaterów z tamtych lat. Bezimiennych. Nie szukających poklasku. Tylko podziwiać:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Monisiu jak dobrze, że już wróciłaś - tęskniłam za Twoimi pięknie i ciekawie napisanymi postami. A dopiero byłam u koleżanki na blogu - i tam poruszany był temat "chciwości". U Ciebie historia przeplata się z prawdziwymi ludzkimi charakterami i przeżyciami. Heroizm ludzi pomagających innym przeżyć w czasach wojny, jest wprost niewyobrażalny. A równocześnie ci ratowani, żyjący jakby w innym, własnym świecie przysparzają mnóstwo niebezpieczeństw i sobie i ratującym. Czy to nieświadomość czy głupota, czy skąpstwo czy po prostu natura, nie pozwalająca trzeźwo myśleć o zagrożeniu? I tak wszystko dobrze się skończyło, bo życie jest tylko jedno i powinno być bardziej cenne niż świecidełka. Pozdrawiam cieplutko i serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. skarb? to może powinnam poszukać, w końcu to blisko ode mnie...

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytalam jednym tchem. Swietny wpis, dajacy duzo do myslenia. Odwaga i bezinteresowsc w ratowaniu zycia innym w tym przypadku niedoceniona. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Mała Mi-
    Mnie prawdziwe historie również mocno poruszają. Choć opowiadane przez babcie i dziadków, gdzieś siedzą w zakurzonych miejscach pamięci, to jednak czasem pajęczyna niepamięci zostaje przerwana.

    Anonimowy-
    wiem kim jesteś :) Ty też masz wiele do opowiedzenia. Opowiadasz barwie i ze swadą. Może być spróbował przenieść to na papier?

    Czarny Pieprzu-
    w tym wypadku pozostało już tylko mgliste wspomnienie zasłyszanej historii, którą siłą trzeba było wyciągać z mojego dziadka :), o którym jeszcze napiszę, bo barwa to postać. Ten wysoki gość po prawej stronie, to właśnie on :)

    Aga_xy-
    Nie mam odwagi nawet o tym myśleć. Cieszę się, że prezencik Ci się podobał. Twoja miła reakcja sprawia mi wielką przyjemność :)

    Nivejko-

    zgadza się. O tej historii dowiedziałam się przez przypadek tylko i to 20 lat po śmierci dziadka .

    Graszko-
    myślę, że nikt tam nie myślał o takich wzniosłych, heroicznych czynach. Działali po prostu, pod wpływem impulsu. Bez zastanawiania się, czy jest to czyn bohaterski, czy nie.
    Współczesne czasy rozleniwiły nas, ale mocno wierzę w to, że takie możliwości w naszym narodzie mocno tkwią :)

    Anna-
    szukaj. Nikt go nie znalazł, chyba nawet nie szukał, ale może kiedyś... ktoś znajdzie i zdziwi się ogromnie :)

    Violcio11-
    cieszę się, że mnie wciąż odwiedzasz :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Niesamowita historia... i dobrze ze z dobrym zakonczeniem bo przeciez w zyciu najbardziej cenne jest tylko zycie...

    Pozdrawiam. M

    OdpowiedzUsuń
  11. Poruszyłaś mnie i powinnaś pisać książki a nie tylko blog!

    OdpowiedzUsuń
  12. od dawna proponuję Motce wydanie jej "fleszów" drukiem .... może w końcu mi się uda?


    jeśli chodzi o moje pisanie, to na razie jestem pochłonięty pisaniem "silva rerum" mojej rodziny by wraz ze mną nie umarły historie rodu. Może wnuki kiedyś to będą kontynuowały?
    Zachęcam wszystkich do spisywania tego co jeszcze pamiętacie o swoich korzeniach.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czemu nie napisałaś ,że ten "przewoźnik" to Twój Dziadek a mój Ojciec.

    OdpowiedzUsuń
  14. Bo to jeszcze nie koniec opowieści :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Czekam z niecierpliwością na cd. Ostatecznie to Ty byłaś ukochaną wnuczką i dziadek mimo, że nie uzewnętrzniał swych uczuć , to jednak bardzo Cię kochał i opowieści ze swego życia opowiadał Ci zamiast bajek.A umiał to robić.

    OdpowiedzUsuń