sobota, 31 grudnia 2011

Lalka

Miały być lekkie fale, gładkie, niepretensjonalne. Fryzjerka przyłożyła się po stokroć. Z zachwytem stwierdziła, że mam piękne włosy i że wyglądam jak lalka. Cóż, mam inne pojęcie piękna. Włosy są faktyczne, jak u lalki, tylko włożyć je pod kran i długo moczyć aż odmoknie skorupa z lakieru. Przecież mogłam się spodziewać, że wyjątkowo pechowy dla mnie rok, skończy się właśnie tak. 


Słowo "lalka", zwłaszcza na blogu pretendującym do bycia kulturalnym, może mieć inne, ukryte znaczenie. Zawsze można zahaczyć o moją ukochaną lekturę z panem Wokulskim w roli głównej. Może w czasach Wokulskiego moja obecna fryzura byłaby dwakroć znośniejszą, pod warunkiem, że jej kształt zgadzałaby się z paryskimi żurnalami na dany rok i gdybym wreszcie założyła odpowiednią suknię. Zawsze można by było użyć większego niż na co dzień wachlarza.
Ufryzowana na lalkę, z paznokciami pomalowanymi na przemian, raz czerwono, raz czarno, idę witać 2012 i mam zamiar bawić się lalkowo, szampańsko.
Najważniejsze, żeby nie stracić fasonu i żeby bez strachu wchodzić w Nowy Rok.

Pewien ciężko chory człowiek, którego w przelocie spotkałam na swojej drodze życia, nauczył mnie, że pewne są w życiu tylko zmiany i że nie trzeba się ich bać, bo one przyjdą, czy się tego chce czy nie. Teraz jest to dla mnie takie oczywiste.

Życzę Wam, aby zmiany które przyniesie Nowy Rok były dla Was zmianami tylko dobrymi i budującymi. Życzę Wam odważnego patrzenia w przyszłość pomimo przemijającego poczucia słabości i zwątpienia. 
Życzę abyście każdym dobrym wydarzeniem budowali siebie w lepszym jutrze. 

piątek, 23 grudnia 2011

Nostalgia świąt


Wiedeń 26 grudnia 1830

Wiedeń. Dzień Bożego Narodzenia. Niedziela rano.
Przeszłego roku o tem czasie byłem u Bernardynów,
dzisiaj w szlafroku sam jeden siedzę, pierścionek gryzę i piszę.


Najukochańszy Jasiu!
(…)-Wiesz, żem istota najniezdecydowańsza w świecie, i raz tylko w życiu dobrze wybrać umiałem. Mój boże, ona i siostry choć szarpiami mogą się przysłużyć, a ja-gdyby nie to, że ojcu może teraz ciężar, natychmiast bym wrócił. Przeklinam chwile wyjazdu, -i przyznaj, znając moje stosunki, że po odjeździe Tytusa za wiele razem na głowę mi spadło. Wszystkie obiady, wieczory, koncerta, tańce, których mam po uszy, nudzą mię; -tak mi tu smętno, głucho, ponuro- lubię ja to, ale nie w tak okrutny sposób. –Nie mogę czynić jak mi się podoba, musze się stroić, fryzować, chossować; -w salonie udaję spokojnego, a wróciwszy do domu piorunuję po fortepianie.-Z nikim poufałości, ze wszystkimi grzecznie obchodzić się muszę. Mam ludzi, co mię niby lubią, co mię malują, mizdrzą się, przymilają i cóż mi po tym, kiedy pokoju nie mam, chyba, jak sobie wszystkie wasze wydobędę listy, otworzę widok Króla Zygmunta: na pierścionek spojrzę. (…)


Fragment listu Fryderyka Chopina do Jana Matuszyńskiego „korespondencja Fryderyka Chopina.” Tom I, 1816-1831, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2009



Wszystkim czytelnikom życzę wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia. Niech chwile spędzone przy wspólnym, rodzinnym stole będą przyczyną dobrych wspomnień na całe życie. Momentami, do których wraca się w chwilach zwątpienia. Samotnym posyłam szczerą myśl pokrzepienia. Niech to będą ostatnie samotne święta.

środa, 21 grudnia 2011

Muzeum

Muzealny Karnet 


Odeszły do lamusa czasy, kiedy do muzeum przychodziło się z wrażeniem, że zwiedzający potrzebni są tam tylko po to, by wyfroterować podłogi półmetrowymi kapciami. Kosz z paskudnymi cichobiegami straszył na wstępie, a sama myśl o grzebaniu w tym koszu, za kapciem do pary, przyprawiała o dreszcze i sprawiała, że niejeden pozostał przed drzwiami.

Dzisiejsze muzea są wspaniałe. Owszem, zgadza się, że w niektórych istnieje obowiązek zakładania ochraniaczy, ale rzadko i najczęściej jednorazowego użytku. Zmienia się sposób funkcjonowania muzeów, zarządzania, reklamowania. Piękne wnętrza, czyste, zadbane, klimatyzowane. Eksponaty wspaniale odrestaurowane, umieszczone w artystycznie zaprojektowanych wnętrzach.  Muzea wychodzą naprzeciw odbiorcy, chcą do siebie przyciągnąć jak największą rzeszę zwiedzających. Już to bogatą ofertą, już to znakomitymi promocjami i bezpłatnymi wstępami, albo bogatym wachlarzem wystaw czasowych.
Znana jest przecież mieszkańcom Krakowa „Noc muzeów”, na której doskonale bawią się wszyscy mali, młodzi i mniej młodzi.

 Pomimo zmęczenia, chodzimy wszędzie, gdzie się da i na ile pozwoli czas. Bawimy się świetnie.


Witkacy,  MNK


Animacje w Muzeum Sztuki XX wieku, Gmach Główny


Sala z lustrami, Muzeum Narodowe w Krakowie

Tymczasem Muzeum Narodowe w Krakowie, na rocznicę 125-lecia swojego istnienia,  wydało bilet uprawniający do wstępu do wszystkich swoich oddziałów. Bilety mają długa datę ważności, a więc można z powodzeniem przyjemność kulturalną rozłożyć na kilka weekendów. W karnecie jest osiem pozycji. Każdy z pewnością znajdzie dla siebie coś ciekawego. Koszt takiego karnetu jest zaskakująco niski: 22 zł, to prawdziwa gratka dla wielbicieli krakowskich muzeów.


Korzystając z tak wspanialej oferty, zawitałam do Muzeum Stanisława Wyspiańskiego. W Kamienicy Szołayskich w Salonie Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego można nie tylko pocieszyć oko ale także ucho.


Tym razem trafiłam, przyznam się, że z zaskoczenia na sympatyczny i bardzo kameralny koncert studentów krakowskiego konserwatorium. Młode, ambitne studentki przedstawiły utwory między innymi Mozarta, Offenbacha, Schuberta. Dyrektor muzeum, który był tak uprzejmy razem z nami słuchać koncertu i powiedzieć kilka ciepłych słów o wykonawcach, zapewnił nas o cykliczności koncertów. Jak zdążyłam się zorientować, pan Dyrektor bardzo sprzyja tego typu wydarzeniom, za co ogromne mu dzięki.

Koncert studentek konserwatorium w Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie

czwartek, 17 listopada 2011

Reminiscencje 11.11.11.



„-oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć nie przestają w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych, silnych, kochających ziemię i ludzi!”
 Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa


Tu wszystko stoi w miejscu, nawet czas. Wyhamowuje przed wiekowym portalem i cierpliwie czeka, aż znowu zagubiony w świętym przybytku człowiek, pojawi się. Tak jest w Katedrze Wawelskiej.

Miejsce to szczególnie mocno uzmysławia trwałość i stabilność świata i kruchość ludzkiego bytu. Tu mieszkają wieczni uciekinierzy, którzy czas oszukali na długo, a może i na zawsze. Wśród ich duchowej obecności chce się przebywać. Łykać kęsy ich wieczności, ocierając się tym samym, niemal cieleśnie, o historię.
Msza za Ojczyznę pośród królów i bohaterów narodowych to chwila, na którą można czekać, nie godzinę, ale kilka, bez znużenia.

*


W katedrze gęstniał tłum. Szmer, szuranie, czasem kłótnia, towarzyszyły kompresji wiernych. Donośny dźwięk Zygmunta stłumiał, ruch i głosy, wprawiał w letarg żyjących i…
 Budził tych co na mszy powinni się stawić. W tej rozpachnionej kadzidłem atmosferze, niemal materialnie odczuwało się obecność osób, których stopy dawniej, ścierały pastowaną na dziś posadzkę. Uwierzyć trudno, że godne szczątki króla Władysława Jagiełły pół metra oddalone, celebrowały tę mszę wraz ze mną.

 Wiele osób słuchając dzwonu, przymykało, w tym momencie, zbędne oczy. Każdy chciał poczuci się sam. Sam na sam z historią. 
Uczucia, myśli naszych bohaterów krążyły wśród nas, wezwane złamanym dźwiękiem Zygmunta. Głosem tak charakterystycznym i donośnym, że usłyszeli go pośród szumiących wód Styksu. Wrócili przywołani.
Choć serce dzwonu jeszcze nie pękło.Czas obudzić się drodzy!

*

W szale współczesnej komercji, wojny poglądów, topnieniu szlachetnych idei, karykaturalnej moralności, to miejsce otuliło mnie spokojem i odgrodziło od teraźniejszości.
Teraźniejszości, w której zwykłemu człowiekowi, źle się dzieje. Przez kolorowe okulary, które ktoś założył mu na oczy, coraz jaskrawiej prześwieca prawdziwa rzeczywistość. Nie wystarcza już sprytna manipulacja socjotechników, aby biedak czuł się luksusowo. Nie wystarczy medialna papka i zlepek bzdurnych ogłupiaczy, podanych z uśmiechem słoneczka. Wszystko się wali, bo ze zwykłego człowieka ostatnia kropla soku właśnie wypływa. Na niej, nie pożywi się już żaden ogromny Echinococcus.

*
Ile jeszcze drogich Ci rzeczy sprzedasz bliski mi człowieku? Co zrobisz, gdy one się skończą? Sprzedasz swoją duszę?
*
Wieczorem tego samego dnia na Rynku krakowskim, odbyła się „Lekcja śpiewania”. Pomimo przejmującego zimna, było mnóstwo osób. Były także dzieci. Śpiewano wiele wspaniałych pieśni legionowych i powstańczych. Publiczność śpiewała głośno i żarliwie. Zwłaszcza: „Pieśń Legionów” i „Rozkwitały pąki białych róż”. Widziałam łzy, radość, na twarzach młodych i starszych, zdziwienie w oczach dzieci. 
To była dla nich wielka lekcja. I dla mnie skarcenie, że czasem w Was wątpię.

piątek, 11 listopada 2011

Modlitwa

FOT. MHF
Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże,
spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu,
swoich pożytków zapomniawszy,
mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
rządy kraju naszego sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


Ksiądz Piotr Skarga

czwartek, 20 października 2011

Rondo di vita


Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.





W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.


Żelazowa Wola w XIX/XX wieku


* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

sobota, 8 października 2011

Bodo secundo

Zdjęcie:Przedwojenny magazyn "Kino"

  



Przypomnienie jego tragicznego życia znajdziecie tu: http://urania-film.blogspot.com/2010/12/eugeniusz-bodo-cz-1.html

niedziela, 18 września 2011

Ina Benita

Zdjęcie: Przedwojenny magazyn filmowy "Kino"

Jak odpowiedzialnie napisać o historii człowieka, który już sam  nie będzie mógł się obronić? To powszechny problem autorów biograficznych opracowań. Jedynym lekarstwem na to jest rzetelny obiektywizm, ale jak tu być obiektywnym, kiedy główny bohater opracowania wznieca tyleż samo pozytywnych co negatywnych emocji…


 Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 
Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady.

 Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.

 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.


W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.

 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. 

Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco do podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:

 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic) 

 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie. 

 Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.

 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. 

 Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:

 „Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)

 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.

 Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 

Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:

 „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 

 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas?


 


Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne

czwartek, 1 września 2011

Wrześniowy Książe Niezłomny


"Próbę nad "Kręgiem nadziei" przerwał alarm lotniczy. Po tym wracając do domu, na placu Trzech Krzyży, usłyszałem strzały armat przeciwlotniczych i wycie syren. Ledwie zdążyłem (pędem) do domu. Po obiedzie znów alarm. O 8-ej zeszliśmy się w Reducie i znów przerwano nam pracę alarmem. {...} W Reducie nastrój poważny. Przygotowujemy sztukę, która nie ma nic wspólnego z wojną, porusza tylko sprawy etyczne człowieka, jego tragiczną walkę z losem, i pokazuje, jak człowiek z tej walki może wyjść zwycięsko. 

Wojna toczy się pomiędzy Pychą niemiecką a Godnością narodu polskiego. Godność narodu polskiego zależy od poczucia godności każdej jednostki. Co to jest godność narodowa i jaka ma być walka z Pychą, niezłomna, pouczy nas Książe Niezłomny. Przystępujemy do pracy naszej, wznawiamy pracę. (Poczułem tę potrzebę w sierpniu ubiegłego roku). Każdy z nas na swoim polu pracy ma być dziś żołnierzem"

[za:] Józef Szczublewski, Żywot Osterwy, Warszawa 1973; {za:] Tomasz Mościcki, Teatry Warszawy, Kronika 1939, 2009


Juliusz Osterwa podówczas był aktorską osobistością na miarę Jaracza. W młodości był krakowskim aktorem występującym  m.in. w Zielonym Baloniku, Teatrze Miejskim, pod znakomitym okiem Ludwika Solskiego. W Krakowie prowadził wykłady w Państwowej Szkole Dramatycznej. Dyrektorował między innymi w Teatrze im. J. Słowackiego.

Ukochanym dzieckiem, stała się dla niego Reduta- Teatr Laboratorium, który miał za zadanie udoskonalanie warsztatu pracy aktora, poszukiwanie nowych technik gry aktorskiej, nowych rozwiązań. Skupiał w  szeregach  Reduty aktorów otwartych na nowości, wybitnych i utalentowanych.

Książe Niezłomny, o którym przypomina Osterwa, to więzień, który z poświęceniem broni chrześcijańskiego miasta przed wydaniem w ręce muzułmanów. Wykazując się przy tym najszlachetniejszymi z wszelkich przymiotów ludzkiego ducha: ofiarnością, poświęceniem, miłością, niezłomnością. Sztukę w trzech aktach, pióra Calderona de la Barca przełożył Juliusz Słowacki.
 Podczas wybuchu II wojny światowej, Juliusz Osterwa właśnie w Reducie przygotowywał spektakl "Książe niezłomny". Swoją rolę w obronie Polski upatrywał w swojej pracy aktorskiej, która, wspaniale wykonywana, niosła otuchę i pociechę na nadchodzące straszne czasy.
Zachęcam do lektury.


PS. Być takim Księciem Niezłomnym to wielka sztuka. Czy ktoś to jeszcze potrafi? Chciałabym...


fot:  "Osterwa w roli Księcia Niezłomnego" www. astral.lodz.pl

czwartek, 11 sierpnia 2011

Histeuria

Cudny czas lata. Pogoda, choć mocno mokra, nie jest w stanie mnie powstrzymać od nawiedzana miejsc wyjątkowych pod różnym względem.
Słowo realia, jednoznaczne tutaj ze „skrzeczącą rzeczywistością”, to chleb codzienny. Remonty drogowe, czy inne rodzime absurdy, zwykłe codzienności przestały już dziwić. Odpowiednie nastawienie psychiki w podróży wystarczy, aby gładko i w miarę bezstresowo przebrnąć przez korki drogowe i umysłowe.
*
Kazimierz nad Wisłą. Miasteczko sławne z niepowtarzalnej atmosfery, zabytków i festiwali. Nazwę Kazimierz nadały, primo,  norbertanki na cześć swojego dobroczyńcy Kazimierza Sprawiedliwego, który przekazał im we władanie te tereny. Secundo, Kazimierz Wielki wzniósł tu obronny zamek którego ruiny, na malowniczym wzgórzu można podziwiać po dziś dzień.
W pełni wakacyjnego sezony przez uliczki przepływają tłumy zawiedzionych turystów. Najważniejsze zabytki miasta, zakryto rusztowaniami i płachtami, zagrodzono zabraniając wstępu.
.
Ruiny Zamku w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011

Ruiny Zamku w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011, widok od strony  wieży
Wieża widokowa w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011
Kościół farny, Kazimierz Dolny

Bez zbędnego komentarza także należy zostawić Świątynię Sybilli w Puławach, którą miałam ochotę obejrzeć po raz wtóry, oraz obiekt położony w ogrodzie Czartoryskich tuż obok.




Puławy, Świątynia Sybilli
W lipcu przejeżdżałam przez centrum Rybnika. Niestety, przy nie najgorszym zmyśle orientacji, jako takiej znajomości miasta, stanęłam jak wryta, bez pomysłu przejechania przez miasto.
Amok remontów drogowych najwyraźniej zaślepił kogoś, kto decyduje o kolejności napraw drogowych, bądź też nie ma przyjemności bywania w tym bądź co bądź uroczym mieście. Gdyby bywał z pewnością stanąłby na jednym z licznych rybnickich rond i rozpłakał się jak dziecko, jako i ja. Zamkniętym drogom towarzyszą nieczytelne pomarańczowe znaki. Jedne pokazują objazd, kolejne, wprost przeciwnie, bądź też wcale nic nie wskazują, bo są poprzekreślane. Według ich oznakowania, co najwyżej pies trafił wielokrotnie do swojego ogona.
Rybnik w lipcu. Czerwony-remontowane drogi, zielony-trasa przelotowa.

*
Wciąż się dziwię czemu remont nie można robić poza szczytem sezonu turystycznego? Jeśli już konieczne są renowacje natychmiastowe, to, czy nie można robić tego z głową i na tyle estetycznie, na ile miejsce i zabytek ten zasługuje? Kto to wszystko tak genialnie wymyśla?
Dziwię się, dlaczego remonty dróg robi się tak złośliwie i bezmyślnie, aby zatkać drogi alternatywne?

*
Dzięki funduszom europejskim, znajdują się pieniądze na tak palące potrzeby, jak drogi czy ratowanie naszych wspaniałych zabytków, dziedzictwa narodowego. Gdyby nie one, większość pomniejszych zabytków niszczałaby.
 Z pewnością byłby ogromny problem znalezienia środków w innym worku. 
Zastanawia mnie  sposób realizacji zamierzonych przedsięwzięć i klucz jakim posługują się osoby decydujące o terminach i sposobach realizacji. Czy jest to bezmyślność, czy celowe działanie, aby renowacje i remonty odbywała się w szczycie sezonu…

Ciągle sama przekonuję się, że powinnam się z tego powodu cieszyć i cieszę się od kilku lat. Cieszę się z permanentnego remontu i korków na autostradzie, bo jak wyremontują, to będzie cudowna jazda. Cieszę się z korków w każdym odcinku naszej pięknej Polski, bo już niedługo będzie można jeździć po wyremontowanym. Cieszę się z kolejek w urzędach, bo za to spotyka mnie, bardziej niż kiedyś, uśmiechnięta twarz urzędnika. Cieszę się z wszelkich utrudnień, zwężeń, remontów jakoby ta baba, która w domu miejsca nie miała więc kupiła sobie kozę.

Cieszę się z wysokiego kursu Franka, bo kiedyś musi spaść na łeb, co to będzie za radość... Cieszę się że jest źle, bo wciąż wciskają nam z uśmiechem na ustach, że przejściowo i że musi być gorzej, żeby było lepiej.

Żeby się pocieszyć włączam telewizję, w której mnie uspokoją, że Polakom żyje się lepiej, na co przedstawią znów odpowiednie wykresy.

Cóż wiec robić, „jutro będzie lepiej, hop siup”.

czwartek, 28 lipca 2011

Hiszpania w Krakowie

Anna Maria Wazówna , Marcin Kober, Patrimonio Nacional


Lato, może nie gorące, ale za przyczyną wyżu znad Hiszpanii, stało się w  Krakowie wyjątkowo „ciepłe”. Wszystko to za przyczyną wspaniałego pomysłu pokazania Polakom części historycznego dziedzictwa Hiszpanii. W Muzeum Narodowym w Krakowie, właśnie trwa wystawa, jakiej dawno nie było.
Skarby Korony Hiszpańskiej.

Została zorganizowana we współpracy z Patrimonio Nacionale de Espana ( Dziedzictwa Narodowego), a patronat nad nią objęły głowy obu państw- Polski i Hiszpanii.

Zaskakujące jest to, że na plakatach ogłaszających wystawę, których, ku mojej uciesze jest wiele, zaznaczono mocny akcent polski. Zapewnie znalazł się on nie przez przypadek.

Wizerunkiem promującym to wydarzenie kulturalne, jest portret malutkiej Anny Marii Wazówny, siostry Władysława IV, króla Polski i córki Zygmunta III Wazy, króla i ojca Władysława, co zapewne wszyscy wiedzą :-).
Portret ten znalazł się w zasobnych zbiorach korony hiszpańskiej z tego powodu, że ciotka małej królewny, była żoną króla Hiszpanii Filipa III, a zarazem siostrą królowej Polski, a żony Zygmunta.

Wizerunki takie, nie były niczym dziwnym. Utrwalanie latorośli  w tym wieku, było praktyką dość częstą, a nawet pożądaną w rodach królewskich. Pamiętać należy, że był to jedyny sposób utrwalania dzieciństwa, które, jak sami wiemy, tak szybko mija.
Dla Małgorzaty ( królowej hiszpańskiej), musiała być to ckliwa pamiątka.
Prócz tego miłego akcentu, który łechce naszą oczywistą dumę, są inne, na miarę światową, skarby.
Na zbiór wystawowy złożyły się eksponaty z przestrzeni kilku wieków, stylów i dziedzin: zbroje, rzeźby, obrazy, sztuka użytkowa.

Ponieważ moje zdanie jest tylko zdaniem laika, a fachowcy z pewnością wybaczą mi nieścisłości i nieplanowaną ignorancję, jednak po obejrzeniu zbiorów czuję niedosyt. Po tej smacznej zakąsce, ma się ochotę na danie główne. Danie głownie owszem istnieje, lecz w Hiszpanii, a na taką wycieczkę nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Z drugiej, jednak, strony, rozumieć należy i docenić starania organizatorów w sprowadzeniu tak cennych zabytków. Przedsięwzięcie jest imponujące.

ECCE HOMO, Tycjan, 1560, Patrimonio Nacional

Całości splendoru dodają malarskie wspaniałości takich mistrzów jak: El Greco, Verones, Tycjan, Tintorett, Zurbaran, Riber, Morales, Velasquez, Goya.

Obcowanie z dziełami tak wielkimi, jest przeżyciem niezapomnianym i wzniosłym. Dotykanie historii, która tworzy świat, zbliżanie się na wyciągnięcie ręki do płócien najznakomitszych mistrzów to nie lada okazja, unikalna i warta obejrzenia.

Gorąco zachęcam do odwiedzenia wystawy, która wciąż trwa. 

niedziela, 12 czerwca 2011

Benedyktyni


W początkach Średniowiecza, historia Europy zrobiła dramatyczny zwrot. Zdziesiątkowana ludność przez potężną epidemię cholery, nie zdołała udźwignąć starożytnego dziedzictwa swoich przodków. Europa musiał dźwignąć się na nowo. Zapewniając sobie wpierw podstawę egzystencji i odbudowując społeczności.
Zakony chrześcijańskich mnichów stały się ostoją dla zagubionych w mrokach dziejowych ludzi. Wokół zakonów skupiało się życie. Zajmowali się rolnictwem, ziołolecznictwem, leśnictwem. Byli nośnikami nowo rodzącej się kultury, społeczności i gospodarki.


Z długowiecznym zaufaniem, przychodzimy do Benedyktynów tynieckich, aby posilić ciało i duszę z pewnością, że będzie to strawa czysta i dobra.
Zapraszam serdecznie wszystkich na jeszcze trwające V Dni Benedyktyńskie.
Bliższe informacje znajdziecie pod tym linkiem : BENEDYKTYNI W TYŃCU

Polecam również blog Ojca Leona Knabita, którego ogromnie cenię,  który, również, uczestniczył w konkursie Blog Roku 2010


środa, 25 maja 2011

Mamo

Matko moja! Cóż ja mogę powiedzieć?...
Co ja myślę?...
Złe żywioły przyszły mnie nawiedzić,
jak burza na Wiśle.
Zwątpienie? Rozpacz? Zmarła żona?
Nie! Jestem silny jak dąb.
O to, co Ty mi dałaś, Matko rodzona,
będę się bił ząb za ząb!
A jeśli było coś złego, Mamusiu,
przebacz.
Jam tak zrobił. Jam tak musiał.
Przebaczenia,
nawet matczynego,
nie trzeba. 



W. Broniewski




Krótki czas kwitnienia bzów w ogrodzie Domu Mehoffera dla Ciebie Mamo.

wtorek, 24 maja 2011

Majowe Rakowice

A ja wciąż swoje. Przemijanie jest naturalną konsekwencją realnego bytu. Rakowice miejsce wiecznej ciszy, cmentarz wielu pokoleń Krakowian. W maju nasiąka inną, niż listopadowa, atmosferą. Nie ma tłumów, stosów zniczy, komercji. O tym miejscu, bardziej niż ludzie, pamięta natura. Majową przyrodą otacza ciszę, przerywaną jedynie trelami ptaków.
Nigdy nie doświadczałam nieprzyjemnego odczucia będąc na cmentarzu. Zawsze był dla mnie ostoją ciszy, spokoju i dobrej, dziwnej aury, nigdy źródłem lęku, ani przyczyną dla której miałabym się bać.
Warto zajrzeć, zwiedzić, odwiedzić. 


Kamienne anioły na straży dużych, bardzo starych katakumb.
Cokoły z mocno zniszczonymi, przez kwaśne deszcze, kamiennymi figurami.

Rodowe herby na grobach, jedyne już teraz obrazy dawnego arystokratycznego świata.
Tu herb Starykoń.


Skromne stokrotki, które znalazły sobie promień światła.


Polne kwiaty na zbiorowym grobie tych co zginęli podczas I Wojny Światowej.


Ludzkie postacie, długie i krótkie żywoty, tragedie i zwykłe życie zamknięte w porcelanowym szkiełku.









I anielski opiekun  Eloe



wtorek, 10 maja 2011

Zapomniane kino



Jest takie jedno miejsce, o którym pamiętają najstarsi mieszkańcy. Czas odszedł swoim niepośpiesznym krokiem, oddając to miejsce zapomnieniu. Jedno z pierwszych niemych kin w Polsce, o którym wspomina, z sentymentem Stanisław Janicki w swojej książce i  programach telewizyjnych.

Ponieważ mieściło się ono w miejscowości, którą bardzo dobrze znam- Skarżysku Kamiennej, postanowiłam odnaleźć jego ślady, dzięki wskazówkom danym w książce „W starym polskim kinie” Stanisława Janickiego, a także pytając osoby mieszkające w pobliżu.
Znalazłam budynek, w którym, jak zapewniali mieszkańcy było kiedyś nieme kino „ Kometa”, u zbiegu ulic Limanowskiego i Staszica. Jeszcze niedawno ulice te tętniły życie, teraz jest tu cicho i głucho.

 Skarżysko-Kam., Wygląd współczesny od ulicy Limanowskiego

Stanisław Janicki wspominał:
„ Trzy pokoje i kabina przyklejona do ściany, niczym gołębnik- to były pomieszczenia jednego z pierwszych kin w Polsce (lata-1909-10). Wchodziło się prosto z ulicy do małej, podłużnej poczekalni. W rogu znajdowała się kasa-odgrodzony maleńki kącik. (…) Stał tam mały bambusowy garnitur mebli, wybity zielonym pluszem. Na ścianach wisiały lustra; na stolikach „Tygodnik ilustrowany” i miesięcznik „Bluszcz”.  Przez drzwi „na wprost” wchodziło się do Sali widowiskowej. Był to dość duży pokój, aż na 40 miejsc siedzących i 10 stojących.

Wąskie długie ławki- tylko oheblowane, bez oparcia, umieszczone były na podwyższeniach. (…) Pod samym sufitem wycięte były cztery otwory. Przez jeden widać było prawie cały aparat projekcyjny firmy Pathe z Paryża, kręcony ręczną korbką.. Szybkość poruszanych postaci na ekranie uzależniona była od sprawności ręki kinooperatora, którego całą głowę oglądało się w drugim otworze.(…)
Oświetlenie iluzjonu również było ciekawe. Poczekalnie ozdabiały wiszące na ścianach kinkiety z naftowymi lampami. Na widowni pośrodku sufitu wisiała, istny potwór, czarna podłużna lampa łukowa.  Miała ona dwie blaszane klapy, niemal czarne skrzydła umieszczone na łańcuchach. Do chwili rozpoczęcia seansu, lampy były rozchylone i silne, syczące białe światło zalewało maleńką salkę (…)
Po seansie publiczność opuszczała iluzjon z uśmiechem zadowolenia. Żegnano się z moimi rodzicami, rozmawiano, dyskutowano. (…)

Często pytano-czy rzeczywiście rodzice mają zamiar budować nowy iluzjon. Rodzice chętnie informowali, że będzie to nowoczesne kino aż na 150 miejsc siedzących i 20 przystawnych.  (…)”

Wygląd od ulicy Staszica, po lewej budynek sąsiadujący, w którym mieściła się cukiernia

W 1918 roku powstał pożar w kabinie operatora Pawła Ziółkowskiego, ten z poświęceniem próbował ratować dobytek, w wyniku czego doznał rozległych poparzeń i wkrótce potem zmarł. Po dwóch latach właściciel wykonał remont kina, powiększył je i znów otworzył.
Niestety dni kina niemego były policzone, a właściciele nie chcieli konkurować z nowo powstałymi kinami dźwiękowymi Kino nieme, nie utrzymało ciężaru nowoczesnej konkurencji.

„Budynek… został wykorzystany na sklep tekstylny i częściowo na mieszkanie. Sąsiedni budynek, przylegający …zajmowała popularna cukiernia pp. Cegłów i Nowakowskich. W przeddzień wkroczenia wojsk radzieckich do miasta  ( 18 I 1945) zostało ono zbombardowane przez lotnictwo Czerwonej Armii.  Jedna z bomb zniszczyła obydwa budynki… Od odłamków tej samej bomby zginął pod murem sklepu tekstylnego  Jerzy Tatkowski, szef wywiadu operacyjnego Armii Krajowej w Skarżysku, syn ostatniego przedwojennego burmistrza ( do września 1939r.) burmistrza miasta.

Po pewnym czasie pozostałe gruzy obydwu budynków zakupił p. Wilczyński. Budynek po byłej cukierni, nieco zniszczony, odbudował, a następnie wynajął Państwowej Spółdzielni Spożywców, która urządziła w nim restaurację „Zacisze”, o której wspomina Stanisław Janicki w cytowanej książce. Natomiast budynek po dawnym kinie uporządkowano z gruzów i nie odbudowany pozostaje do dziś.(…)”

Pozostałość ozdobnej, przedwojennej elewacji, pieczątka dawnej świetności 

Z sentymentu do Starego Kina, z szacunku do ludzi, którzy tworzyli przyszłość, dla ich pracy i lotnej myśli odbyłam tą sentymentalną wycieczkę. Duch tamtych czasów, dawno już wywietrzał z brzydko pomalowanych, pokracznych ruin, ale jak widzę, żyje. Żyje w pamięci Skarżyszczan, zapisany dumnymi zgłoskami w historii miasta, w pamięci osób, którym to miejsce było drogie i co najważniejsze tylko pozornie opuszczone i zapomniane.

Bibliografia:
 "W starym polskim kinie", Stanisław Janicki, KAW, Warszawa "1985 r.
"W cytatach-dzieje Skarżyska-Kamiennej czyli literacka "pigułka"", Bożena Piasta,  Tom I, Starachowice 2010

środa, 20 kwietnia 2011

Wielki Tydzień

Wybaczcie proszę moja blogową, wiosenną opieszałość. Postaram się poprawić w przyszłości. Każdy ma swoje periody. Tym razem pozostawiam kwiecień w spokoju i pojawię się w maju z nową energią  i pomysłami.
Proszę nie odchodźcie zbyt daleko, abym mogła Was tu jeszcze zobaczyć.

Korzystając z okazji, życzę Wam wspaniałych świąt Wielkiej Nocy.
Bez wielkich słów i pompatyczności, życzę Wam miłości, spokoju i zrozumienia.

środa, 6 kwietnia 2011

Fińskie rokastaa


Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.

Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.

Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 

Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.

Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.

Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.

Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.

Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.


Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”

Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.

Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała "Przegląd":

„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”

Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.

Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.

 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.


wtorek, 22 marca 2011

Prywata

Jak co rok, ten dzień jest dla mnie słoneczny i wyjątkowy. Tego dnia zwykle robię życiowe, wiosenne porządki i spowiadam się sama przed sobą z własnych sukcesów i porażek. Można oszukać innych, bardziej lub mniej sprytnie, ale siebie, nie oszuka się nawet troszkę.
Ten bardzo prywatny post, na który pozwalam sobie chyba po raz pierwszy, a zwykle jestem przeciwna takim postom, mimo refleksyjnego tonu, zakończę wiosennie i pozytywnie.
Tego roku życzę sama sobie odnalezienia drogi, którą na chwilę zgubiłam, a pomocne mi w tym będzie, w końcu, poczucie, że cokolwiek umiem i mogę…
Poniżej zdjęcie mojego autorstwa, które zostało wyróżnione przez urząd miasta w konkursie biuletynu miejskiego  w tamtym roku.
Poniżej zdjęcia z wycieczki wiosennej do Opactwa Benedyktynów w Rudach koło Rybnika. Zabudowania klasztorne i staro-wieczny park z pomnikami przyrody. Miejsce wyjątkowe, bajeczne i niezapomniane.