sobota, 6 października 2012

ZAWSZE MŁODA

Plakat II wystawy TAP "Sztuka", 1898, modelka Ata Zakrzewska

O tym marzy każda kobieta.  Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze młoda pozostaje jedynie idea.

Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,  co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.

"Ruda", Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 

Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi powiedzieć? Wracam do niej jutro!

Feniks powstaje z popiołów

Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.

Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.

Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.


Wacław Rolicz-Lieder

Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski


Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z okresu około 1900 roku.
Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.
Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak: Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska, Teodor Axentowicz i wielu innych.
Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za darmo. Wystarczy tylko przyjść. 


Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?

W sztuce jest spokój
W sztuce ukojenie
W sztuce jest życie
W sztuce zapomnienie

czwartek, 20 września 2012

Ars poetica


Drogi Czytelniku,
Winszuję cierpliwości. Bo, zaiste, jesteś cierpliwy skoro pomimo mojego milczenia tu zaglądasz. 
Inspiracja jest jak drzazga, wiem gdzie jest i nawet ją boleśnie czuję, a wydłubać nie mogę za grosz. 
Z szacunku do Czytelnika i jego wrażliwości nie umiem wystawić postu, który w mojej ocenie jest nie dość dobry. Dlatego mogę jedynie poprosić o cierpliwość i wyrozumiałość dla mojej  "obstrukcji inspiracyjnej". 
Biję się po łapkach lecz niewiele to daje, głowa też od stukania nie jest mądrzejsza. :) Codzienność stępia, ogłupia i "schamia". Ciągły strach o "jutro" zacieśnia horyzonty. To przykre.
Pozostaje mi tylko wytłumaczyć się najdobitniejszymi słowami poety i czekać:

Ars poetica

Echo z dna serce, nieuchwytne,
Woła mi: "Schwyć mnie, nim przepadnę,
Nim zblednę, stanę się błękitne,
Srebrzyste, przezroczyste, żadne!"

Łowię je spiesznie jak motyla,
Nie, abym świat dziwnością zdumiał,
Lecz by się kształtem stała chwila
I abyś, bracie, mnie zrozumiał.

I niech wiersz, co ze strun się toczy,
Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,
Tak jasny jak spojrzenie w oczy
I prosty jak podanie ręki.

Leopold Staff

PS. A może ktoś słyszał o czekającym na mnie, atrakcyjnym, wcale nie obsadzonym wakacie? :)



poniedziałek, 3 września 2012

Energia przeszłości

Czas powrotu do stałych obowiązków codziennych to czas szczególny i nierzadko ciężki. Trudno jest założyć na nowo ogromny plecak obowiązków, które z taką radością zrzuciło się na początku wakacji. Może to lenistwo, ale tak dobrowolnie, bez przymusu do tego się nie przyznam.

Nadchodzi czas snucia się po Starym Mieście, odkrywania nowych ciekawych zakamarków, medytacji w Mariackim przed świętym Sebastianem i obserwowania. Gdzie lepiej można nabrać energii jak tu?
Źródło: "Dodek Dymsza", E. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010


Adolf Dymsza rzadko bywał w Krakowie, choć miał tu oddanych, szczerych przyjaciół. Zwłaszcza po wojnie, kiedy przyjeżdżał na leczenie do Szpitala Uniwersyteckiego. Wydawał przyjęcia w hotelu Francuskim. Podążając śladami jego krakowskiej bytności starałam się uchwycić strzępy jego cudownie witalnej energii. Nowy rok szkolny rozpoczęty. Dzięki komedii z Dodkiem jakoś to zniosę. Wkrótce już nowy post.

środa, 1 sierpnia 2012

Których nam nikt nie wynagrodzi


Których nam nikt nie wynagrodzi
i których nic nam nie zastąpi,
lata wy straszne, lata wąskie
jak dłonie śmierci w dniu narodzin.
Powiedziałyście więcej nawet
niż rudych burz ogromne wstęgi,
jak ludzkie ręce złych demonów
siejące w gruzach gorzką sławę.
Wzięłyście nam, co najpiękniejsze,
a zostawiły to, co z gromu,
aby tym dziksze i smutniejsze
serca - jak krzyż na pustym domu.
Lata, o moje straszne lata,
nauczyłyście wy nas wierzyć,
i to był kostur nam na drogę,
i z nim się resztę burz przemierzy.
Których nam nikt nie wynagrodzi
i których nic nam nie zastąpi,
lata - ojczyzno złej młodości,
trudnej starości dniu narodzin.
Bogu podamy w końcu dłonie
spalone skrzydłem antychrysta,
i on zrozumie, że ta młodość
w tej grozie jedna była czysta.
24 III 44 r.

 Krzysztof Kamil Baczyński








Jeśli ktoś jeszcze nie był w Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, serdecznie zachęcam do zobaczenia. Jest to muzeum niepowtarzalne. Nowoczesne, multimedialne, ale z głęboko przemyślanym charakterem i klimatem pozwalającym na podróż w czasie.  Drugiego takiego nie ma na świecie. Bije w nim prawdziwe serce. 
Wszystkie informacje znajdziecie tu: www.1944.pl

piątek, 27 lipca 2012

Prezent


Osoba, którą chciałam obdarować książkami, nie zgłosiła się, a ja wciąż chcę obdarować kogoś właśnie tymi ( "Mała matura", "Elizabeth Taylor") książkami. Dlatego pierwsza osoba, która do mnie napisze na adres : mota@op.pl, dostanie je. 
Kto pierwszy ten lepszy.

piątek, 20 lipca 2012

Rób to co kochasz

15% Skolimów, zazdrość i dylemat czyli 
Adolf Dymsza- prawdziwy człowiek.

Dodek ze swoimi córkami, źródło: Dodek Dymsza, R. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010

„(...) Śmiej się, o, bracie Dymszo! Na smutnym odpuście,
Śmiej się we dnie i w nocy i w wieczór i rano…
O, genialny wesołku, wielki drapichruście,
Daj nam wszystkim radość, którą Tobie dano!

Tę jasność, co się w biednej zatliła iskierce,
W szał rozdmuchanej, w czerwoną rozdmuchaj pożogę i
Śmiej się choćby Ci z tego pęknąć miało serce!
……………………………………
Ja też się kiedyś śmiałem… Ale już nie mogę…

Kornel Makuszyński
(za: Dodek Dymsza, R. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010)

Męka człowieka, który musi zawodowo robić to, czego nie cierpi jest znany wielu czytelnikom. Dramatyczniejszym jest, gdy nie robi tego co kocha i do tego ma ogromny talent, a co słusznie może przynosić zasłużone profity.

*
Warszawa 1940 rok

Ulubieniec polskiej publiczności pracuje jako kelner w kawiarni aktorów filmowych na ulicy Złotej. Hitlerowska okupacja diametralnie zmienia jego życie. Nie narzeka, bo to nie w jego stylu. Z resztą, mogłoby być dużo gorzej. Niejednego już wywieźli do Oświęcimia, zamknęli na Pawiaku, czy „najzwyklej” rozstrzelano.  Wszyscy artyści gdzieś się rozpierzchli, pochowali, ale niektórzy nie zdążyli.

Pomimo trudnych warunków wojennych Dymsza musi zarabiać. Ma na utrzymaniu rodzinę: żonę, trzy córki, chorą nerwowo teściową. Wokół wciąż piętrzą się trudności związane z brakiem pieniędzy na podstawowe potrzeby. Coraz trudniej zdobywa się żywność i środki higieniczne. Tendencja ta dotyczy każdego Warszawiaka.

Sięgając pamięcią wstecz, Dodek, nie będący jeszcze Dodkiem, a Adolfem Bagińskim, miewał ciężkie chwile: „życie pełne trosk i walki o kawałek chleba z masłem i konfiturami”.  Mimo wszystko było  jakoś znośniej. Był sam i dbał tylko o siebie. Teraz serce mu się kroiło i zrobiłby wszystko by ulżyć swoim dzieciom w tej trudnej rzeczywistości.

Z.Z.A.S.P. wzywa do bojkotu scen jawnych.  Tylko niektórzy postanawiają wytrwać w swoim zawodzie. Dymsza bije się z myślami. Podziemna prasa udziela nagan i wyroków w sprawie niepokornych aktorów. Dodek radzi się swojego artystycznego guru, autorytetu szeroko uznawanego w środowisku-Stefana Jaracza. Jaracz- Majster  poleca  swojemu ulubieńcowi: „Rób to co kochasz”.

Nazwisko Dymszy jest potrzebne władzom okupacyjnym Warszawy do celów propagandowych. Naciskają  na niego. Straszą wywózką całej rodziny do obozu. Zawieszają mylne afisze z jego nazwiskiem. W prasie drukują nigdy nie udzielone wywiady z Adolfem Dymszą.
Szykanowany, naciskany, kryjący w żartach tragizm sytuacji-ulega i zaczyna grać.


 *

Orzeczenie Sądu Koleżeńskiego Z.Z.A.S.P-1945 rok

Sąd koleżeński na posiedzeniu w dniu 18. 07. I 20. 07.b.r.  rozpatrywał sprawę ob. Dymszy-Bagińskiego Adolfa.

„Biorąc pod uwagę stanowisko w teatrze i wysoka popularność ob. Dymszy, znaną dobrze jemu samemu, Sąd uznał że ob. Dymsza stał się złym przykładem dla szeregu mniej znanych i mniej wybitnych kolegów. Okoliczności te Sąd uważa za wysoce obciążające i postanowił wydalić  ob. Dymszę-Bagińskiego Adolfa ze związku Artystów Scen Polskich.
Zważywszy jednak, że ob. Dymsza-Bagiński w roku 1944 przyszedł z czynną pomocą Polskim Bojownikom Niepodległościowym, co stwierdzają przedstawione świadectwa-Sad zezwala ob. Dymszy-Bagińskiemu Adolfowi na ewentualny powrót do Z.Z.A.S.P. nie wcześniej jednak jak po upływie lat trzech, t.j. po 20.07. 1948r” (odczyt z dokumentu za : za: Dodek Dymsza, R. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010)

Po rewizji wyroku zmieniono na :

1.     " 1.  Zawieszenie kol. Dymszę w prawach organizacyjnych na okres do dnia. 27. 07. 1948 r
2.       2. Nakazano kol. Dymszy występować pod trzema gwiazdkami do dnia 31.12.1945 roku
3.      3.  Kol. Dymsza obowiązany jest z każdego występu teatralnego, estradowego, filmowego, lub radiowego wyplacać ze swoich zarobków 15% brutto do kasy Zarządy Głónego Z.Z.A.S.P.  na cele charytatywne Związku do dnia 27. 07. 1947 r.

4.       Koledze Dymszy zezwala się na dalsze prace na scenach polskich".(odczyt z dokumentu za : za: Dodek Dymsza, R. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010)

Dodam, że w Warszawie był spalony w nieoficjalnym bojkocie.

*
Okupowana Warszawa, po 1940 roku 

Pracuje jako aktor, dobierając repertuar starannie, często przemycając ukryte, krytykujące okupanta,  treści. Nie zgadza się na wszystkie propozycje. Odmawia współpracy z aktorem-kolaborantem Igo Symem. Jest wciąż lubiany, a dowody sympatii dostaje od polskiej publiczności, której daje krótkie chwile zapomnienia. Dzięki swoim możliwościom ratuje aresztowanych: Kittaja, Zimińską, Sygietyńskiego.


Aresztują Czesia Skonecznego. Koledzy wiedzą, do kogo się udać. Dodek, on jedynie może wydostać go z łap Gestapo. Dymsza, dobry kolega,  oczywiście zgadza się i idzie na Szucha. Jest urodzonym aktorem.  Za maską wesołego birbanta kryje strach, wstyd i wstręt. Tańczy, skacze, wygłupia się. Doskonały w swojej roli, rozbawia esesmanów do rozpuku. W efekcie Czesiu Skoneczny zostaje  nazajutrz wypuszczony.
Dodek powraca do kolegów. Wydaje się, jakby w ciągu kilku godzin przybyło mu kilka lat. Blady, roztrzęsiony. Płacze. Gdzie leży granica dobra i zła?


*

Powojenna rzeczywistość nie była dla  Adolfa Dymszy łatwa. Przez długie lata bronił się przed oskarżeniami o współpracę z Niemcami. Ile z tych oskarżeń  było prawdą możemy dowiedzieć się tylko w części. Czy nie istotną rolę grała tu zazdrość mniej zdolnych kolegów, którzy  przed wojną nie zrobili żadnej kariery, a po jej zakończeniu stali się twórcami nowej, socjalistycznej rzeczywistości? 
Nazwiska osób, które szczególnie mu zaszkodziły w postrzeganiu jego osoby po wojnie Dymsza nie ujawnił, choć bardzo cierpiał z ich powodu.  Wciąż był tym wspaniałym kolegą, lubianym i szanowanym przez wiernych przyjaciół. Z dumą i pogodą znosił szykany części środowiska artystycznego, odnajdując się na nowo poza Warszawą. Miał wielu zagorzałych obrońców, starych, sprawdzonych przyjaciół, którzy najlepiej wiedzieli, że Dodek był po prostu dobrym człowiekiem, wspaniałym ojcem, dobrym kolegą i samorodnym talentem sceny polskiej, który dotąd nie znalazł godnego następcy.


"Dziwak jestem"
„(...)Tragik, magik, z dumnym czołem,
Ja sam nie wiem, skąd się wziąłem. Ach!
A kiedy umrę,
Sam zrobię trumnę.
W różową trumnę
Sam się położę i sam pójdę na swój pogrzeb.
Sam, sam, choć nudno,
Fiut, ciut, cóz, trudno.
A potem znów wrócę skikać,
Znów wrócę fikać, ten sam”

Julian Tuwim
(Przedwojenna kreacja Adolfa Dymszy z kabaretu QPQ, koszmarny Teofil)

źródło: Dodek Dymsza, R. Dziewoński, LTW, Łomianki 2010

Podziękowania Panu Romanowi Dziewońskiemu za wspaniałą pracę jaką wykonał zbierając wszelkie informacje biograficzne na temat życia i twórczości Adolfa Dymszy w książce "Dodek Dymsza"

wtorek, 10 lipca 2012

Komu książki

Dzisiaj w krótkim poście, tak jak obiecałam, ogłaszam wynik naszej blogowej zabawy. Oczywiście nie będzie to ostatnia taka zabawa, więc wszystkich, którzy nie pozostaną obdarowani proszę o cierpliwość i niezniechęcanie się. Z chęcią podarowałabym więcej książek i każdemu, kto wpisał się do komentarzy, ale jak zapewne wiecie- nie bardzo dam radę.
Jeśli może jakieś wydawnictwo podaruje mi ciekawą książkę, z ogromną przyjemnością podzielę się nią z Wami.
Tym czasem dwie opisane poniżej książki wyślę do osoby ukrywającej się pod adresem mailowym:

amrr@gazeta.pl

Bardzo proszę o kontakt tej osoby ze mną poprzez moją skrzynkę mailową w celu domówienia spraw technicznych wysyłki.

Wszystkim jeszcze raz serdecznie dziękuję za wzięcie udziału w zabawie i za świetne komentarze, zwłaszcza te z pociągu i rymowane. Dobrze, że jesteście.

niedziela, 24 czerwca 2012

Podarunek czyli blogowe candy


Wakacje to nie czas ślęczenia przy komputerze z własnej nieprzymuszonej woli. Dlatego też na czas letni temperatura blogowych fascynacji spada. Konkursy zawsze ożywiają atmosferę i dostarczają nowych emocji sympatykom. 
W związku z tym nadszedł czas, aby zaproponować Czytelnikom zabawę, zwany w blogowym języku- "candy". 
Wystarczy tylko dodać swój komentarz pod postem i podpisać się nickiem blogowym, albo zostawić adres e-mail, albo imię i nazwisko, albo po prostu imię. Nazwa osoby powinna być tak charakterystyczna, aby nie było wątpliwości, kto otrzymał poniższe książki. Jeśli będziecie mieli ochotę na umieszczenie linku o zabawie na swoim blogu będę niezmiernie wdzięczna.


Zakończenie nastąpi 10 lipca, a wynik podam od razu. Koszty przesyłki biorę na siebie. :)


Elizabeth Taylor, najpiękniejsza z amerykańskich gwiazd czaro-białego ekranu, kochana za urodę talent i osobowość. Dziecko Hollywoodu, które na oczach wielbicieli kina  przeistoczyło się w piękną dojrzałą kobietę. Sensacyjna biografia pióra Davida Breta,  "Elizabeth Taylor Dama, kochanka, legenda". Książka zgodna z tematyką i konwencją bloga, czyta się jednym tchem. Oddaję w ręce wygrywającego ze szczególnym podziękowaniem Mariuszowi, dzięki któremu weszłam w posiadanie tejże książki. 



Wydawnictwo Marginesy, wzbogaciło moją bibliotekę o sentymentalną pozycję "Mała matura" Janusza Majewskiego. "Pełna humoru i ciepła, barwna opowieść o dorastaniu w beztroskim europejskim Lwowie jest preludium do tragicznych wydarzeń wojennych. Dwaj okupanci, Sowieci i potem Niemcy, okradają kilkuletniego Ludwika z dzieciństwa, a jego rodzinę z dobytku i bliskich, zmuszają do ucieczki i tułaczki, której kres stanowi Kraków końca wojny. Wtedy czternastoletni bohater rozpoczyna walkę. W nowym gimnazjum toczy boje o akceptację rówieśników i nauczycieli, zmagając się z pierwszym zauroczeniem i seksualnością (..)"  Gorąco polecam.

Serdecznie wszystkich zapraszam. Życzę wszystkim dobrej zabawy.


PS.
Zabawa ta nie jest grą losową, w rozumieniu prawa, a podarowanie powyższych książek jest uzależnione od mojego "widzimisię", co każdy Czytelnik biorący udział w zabawie zechce akceptować.
Adnotację tą umieszczam na wszelki wypadek.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Krzyżtopór




Dawno, dawno temu , przed czterema wiekami, bogaty magnat postanowił zbudować  na swoich dobrach pałac, któryby nie tylko był luksusową siedzibą rodu.  W jego zamiarach było zaimponowanie przepychem, a także walorami obronnymi i funkcjonalnymi.  Do zrealizowania swojego zamysłu, magnat zatrudnił najlepszych architektów ówczesnej Europy-Włochów. Budowniczowie mieli nie szczędzić materiałów i miejsca, wszak pałac miał być wzniesiony na chwałę Boga i rodu. ( krzyż i topór). 
Jedna z ogromnych sal



 Aby zapewnić   wieczność temu miejscu kazał u wejścia głównej bramy  umieścić  magiczny znak, runę która przypomina literę W.  Budowniczym narzucił swoją ideę, aby zamek był wielkim kalendarzem. Cztery pory roku symbolizować miały  cztery narożne baszty, duże wystawne sale- miesiące,  pokoje- tygodnie, wreszcie okna, każdy dzień kalendarza.  Olbrzymim stało się to przedsięwzięcie, a dziedziniec do złudzenia począł przypominać rzymskie Coloseum.




 Do budowy zużyto mnóstwo egzotycznego drewna i wykwintnych marmurów i cegieł z zaprawą jajeczną.
Główna wieża, która znajdowała się na wprost  bramy, w swoim wnętrzu, pod poziomem ziemi,  ukrywała  wiecznie bijące źródło czystej, ponoć leczniczej wody, która zasilała ogromne akwarium, znajdujące się powyżej  zamiast sufitu sali jadalnej.  Za wieżą zagospodarowano ogromną połać  terenu pod oryginalny ogród.
Cieszył magnata ten przepych. Liczni goście ciągle przebywający w pałacu, mogli zachwalać szczodrość  i hojność  gospodarza, a ten mógł karmić gości i swoją próżność. Inskrypcje na ich cześć kazał wykuwać na elewacjach pałacu. Ileż drzewa trzeba było spalić, aby ogrzać tą potężną budowlę, ile jadła by wykarmić gości, całą służbę i żywy inwentarz, zwłaszcza konie.

Inskrypcje na elewacjach, których jest bez liku 
Stajnia, w której panują doskonałe warunki akustyczne



Wnętrze wieży

Poniżej  poziomu ziemi, w wieży,  tryska źródło
Wejście do wieży

Widok od strony wieży -dziedziniec


Nie długo trwało szczęście. Syn magnata bezpotomnie  poległ w bitwie pod Zborowem. Wkrótce potem potop szwedzki  wymył lwią cześć bogatego wyposażenia majątku. Po stu latach wydarzenia związane z konfederacją barską obróciły budowlę w ruinę, jaką pozostaje po dziś dzień.
Magicznie to miejsce, okryte wielką tajemnicą, tętniące wciąż energią  kilkunastu pokoleń  ludzi. Od dawna tkwiące ruiny wydają się, jakby zupełnie niedawno stały zamiast nich nienaruszone pyszne mury.  Gdzieniegdzie została elewacja, zdobione gzymsy i napisy pochwalne.

Miejsce coraz chętniej odwiedzają turyści, lecz nie jest to cel turystycznych pielgrzymek. Można nawet powiedzieć, że okolica wciąż posiada dziewiczy urok. Jeśli będziecie w twj okolicy, koniecznie odwiedźcie. 




Wyświetl większą mapę

PS. Przepraszam za moje milczenie, które było spowodowane przygotowaniami do zakończenia studiów. Teraz już się poprawiam. Pozdrawiam i dziękuję wszystkim którzy wytrwali.

sobota, 26 maja 2012

Matce





*
Znowu przypadnę do Twych kolan świętych! 
Spojrzawszy w oczy Twoje-niebo w nich zobaczę,
 Rozgrzeszysz mnie Matko z grzechów niepojętych!
 Komunię ust Twych przyjąwszy-ze szczęścia zapłaczę!

*

Hanka Ordonówna
Piosenki, których nigdy nie śpiewałam, 
Warszawa 1929




Bibliografia: Pieśniarka Warszawy, Tadeusz Wittlin, Wydawnictwo Polonia, Wa-wa 1990

czwartek, 17 maja 2012

czwartek, 10 maja 2012

Skarga ruin


Obrona  dworu, Artur Grottger 


Rozwalą drzwi

Domowników obudziło głośne łomotanie do drzwi, takie co to oznajmia nadejście zła.  W odczuciu upewniła ich histeryzująca stara Jasieniowa:
-Jaśnie panie, jaśnie panie carskie idą, o mój Boże, co to będzie, co to będzie?
-Niech Jasieniowa da spokój i otworzy drzwi- ponaglił hrabia służącą, wkładając pospiesznie bonżurkę i w przelocie wrzucając jakieś papiery do tlącego się jeszcze z nocy kominka.
-No, niech Jasieniowa otworzy, bo nam drzwi w zimie wywalą- silił się na spokój.
 Chciał wejść opanowany do sypialni. W sypialni zdezorientowana żona wysunęła już stopy, by wstać.
-Kochana, ty nic nie wiesz, to cię nie dotyczy, proszę, weź do siebie dziewczynki i nie wychodź.

Zdrada

Łomotanie ustało, a po domu rozlał się tupot ciężkich wojskowych butów . Hrabia jeszcze raz spojrzał  na żonę. Była przerażona, strach stłumił w niej wszystkie inne emocje, uczucia i jej codzienny niewymuszony czar, w którym kochał się od tylu lat.
 Co będzie? Może nic, może pójdą, nic nie znajdą, nie mają dowodów. Jego rodzinie nic nie może się stać, a jego, choćby diabli wzięli. Wyszedł.
-Kogo licho niesie o tak wczesnej porze? –krzyczał w powietrze, bo i tak nikt go nie słuchał.
 Carscy już pewnie poupychali co ciekawsze rzeczy po kieszeniach. Dopiero teraz wszedł oficer, dumny wysoki z ostrymi rysami. Stali naprzeciw siebie. Za nim, skurczony od zimna Mateusz Jasień, chłop z majątku Stadnickich.  Hardo i ze zjadliwym uśmiechem patrzył się w twarz dziedzica.

Arystokracja

-Pan "hriabia" Stadnicki- brzmiało to raczej jak stwierdzenie.
–Tak to ja. Czemu zawdzięczam tą poranną, mało kurtuazyjną wizytę?- pytanie w obliczu zaborców było mało polityczne, ale hrabia nigdy nie umiał powstrzymać swojej hardości i pogardy dla Moskali.
-"Nu tak, pajdiom"*- bez ogródek rzekł oficer, przyzwyczajony do spolegliwości.
-Chwileczkę…- oficer rosyjski nie przypuszczał, że trafił również na oficera, tyle że w spoczynku- Nigdzie nie pójdę, jeżeli i nie będę wiedział, o co chodzi?
Oficer spojrzał zdziwiony. Nikt dotychczas nie sprzeciwiał się jego rozkazom. Uznał, że może odpowiedzieć, wszak rozmawiał jak równy z równym. Do czasu, kiedy pobór wyrwał go z cudownego Petersburga  pędził życie beztroskiego arystokraty. Wspomnienie przywołało dawne, radosne  czasy. Twarda żołnierka wcisnęła je w głębokie zakamarki pamięci. Nawet było mu żal tego człowieka- Stadnickego, bronił tylko swojej sprawy . Car jednak nie toleruje niesubordynacji…

Przywary 

-Dwa biegliecy spriatalis zdies**,  da?- właściwie odpowiedź była zbędna, bo  już i tak było wiadomo. Mateusz Jasień sam przyszedł na posterunek. Sam wskazał miejsce ukrywania się powstańców.Robił to dla pieniędzy, ze złośliwości czy z zazdrości? Teraz już nikt tego się nie dowie.  Jego żona, choć dobra kobieta nie umiała trzymać języka za zębami i spowiadała się mężowi z dworskich wydarzeń.

Zaskoczenie i duma

Gdy żołnierze wyprowadzali hrabiego,  stryczek już wisiał na drzewie obok dworu.  Na śniegu leżał Mateusz Jasień z wieloma krwawiącymi dziurami na piersiach po bagnetach. Oczy, jeszcze otwarte,  wyrażały wielkie zdziwienie ze śmierci tak niespodziewanej.
Hrabia był spokojny i dumny, choć śmierć chłopa go zaskoczyła:
-A jego za co?-spytał bez nadziei na odpowiedź.
-On priedał tiebia. Kriest siebia hoti...***
-Zaraz przeżegnam się przed Bogiem…-dumnie odpowiedział hrabia i nie miał wątpliwości, że będzie inaczej.

*No to idziemy
**Ukrywało się tu dwóch uciekinierów
***On zdradził ciebie, przeżegnaj się chociaż...



Grupa motocyklowa zajechała na miejsce.  Punktem końcowym są ruiny starego dworu. Miejscowość liczy sobie dwudziestu pięciu mieszkańców, a domy ustawione są tylko przy jednej drodze.  Taka ilość motorów  wzbudza we wsi wielką sensację. Co odważniejsi wychodzą na drogę. Pytamy się o majątek.  Znajduje się w prywatnych rękach okolicznego rolnika. Majątek prawdopodobnie rozparcelowany po wojnie podczas nacjonalizacji. Właściciel z  przestrachem patrzy się na grupę. Niechętnie wskazuje niewielki lasek i pozwala na wejście.
Ruiny znajdują się pośród młodego lasu. Trudno wyobrazić sobie tu tętniący życiem majątek. Obok niepozornej wieżyczki stanowiącej kiedyś fasadę obszernego budynku stoi drzewo, obok niego duży kamień. To właśnie na tym drzewie powieszono Hrabiego Stadnickiego za pomoc powstańcom styczniowym.
Zza drzew patrzą ciekawskie oczy tubylców. Po wsi poniosła się plotka, że dziedzice będą ponoć odzyskiwać majątek. Poruszenie, konsternacja, złość.  
Duch tamtych czasów nadal tu krąży. Zła energia jeszcze nie wywietrzała z umysłów i miejsc. Jeden mały narcyz zdecydował się tu urosnąć. Tyle pracy ludzkiej tak szybko pochłania natura i zapomnienie.

Jedyny kwiat w lesie -pozostałość dawnych rabat przed dworem

Drzewo na którym powieszono hrabiego, przy nim kamień upamiętniający tamto zdarzenie. 



Wieża klatki schodowej i zarazem wejścia głównego. Resztki dachu i okrągłe okno. 
Wyjście na ogród i stawy

Okno lub wejście do piwnicy, teraz już bardzo pochłonięte przez las.
Dawniej w tym miejscu był może salon.

piątek, 27 kwietnia 2012

Pamięci Mariana Rentgena




„(…) Przyszedł się pożegnać, jutro o świcie wyruszał do swojej jednostki.
-Za kilka dni wszystko się rozwieje i uprzedzam: jak tylko mnie zwolnią, wracam i biada temu, kto złapie moje piosenki.
Tak mówił, a my  wszyscy potakiwaliśmy, bo przecież nie będzie żadnej wojny.
Zanim odszedł, wziął mnie za rękę i pociągnął do ostatnich rzędów. Usiedliśmy na końcu ciemniej widowni.
-Myślałem, że znów będziemy co noc wracać pieszo razem, stąd mielibyśmy bliżej.
-Będziemy Marianku! Już się na to cieszę!
Chwilę milczał.
-Gdyby to trwało dłużej, pamiętaj o mnie. Pamiętaj o mnie. Powiedział to dwa razy, słyszę jeszcze jego głos. Pocałował mnie w policzek. (…)”

Marian Rentgen był przedwojennym warszawskim artystą, śpiewakiem, dobrze znanym  nie tylko stołecznej publiczności. Wystąpił w drobnych rolach filmowych w takich produkcjach jak: Jego ekscelencja subiekt,  Pani minister tańczy i O czym się nie mówi.
Miał wewnętrzne ciepło, szyk i elegancję przedwojennego oficera. Wtedy standard, a dziś …nostalgia i wstydliwa tęsknota kobiet.

Z zawodu był farmaceutą, nawet przez jakiś czas, po I wojnie, prowadził swoją aptekę. Scena jednak wygrała i w latach dwudziestych i trzydziestych poświęcił się tylko występom. Z powodzeniem zasłużył sobie na tytuł „Pieśniarza Warszawy”, barda, którego chętnie angażowały teatry takie jak:  Qui Pro Quo, Banda, czy Cyrulik Warszawski. Miał swój  repertuar, piosenki, które specjalnie dla niego pisali wzięci autorzy, między innymi Andrzej Włast. W przedwojennej, artystycznej Warszawie taka była moda. Najlepsi tylko aktorzy mieli swoich autorów i swoje piosenki. To wyznaczało status artysty i jego pozycję w trudnym środowisku aktorskim.
Gdy wybuchła wojna,  miał pięćdziesiąt jeden lat. Zmobilizowany tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, żegnał się ze sceną, z wiarą na rychły powrót.





Temat Katynia nie stygnie, wzbudzając u współczesnych wiele emocji. Ostatni wyrok Trybunału Praw Człowieka podgrzał na nowo problem, który przecież jest oczywisty. Ziemia katyńska zabrała nam dziadków i ojców, mężów, braci. Osoby młode, cudowne i pełne witalnych sił.  Jakaż jeszcze instancja musi orzec, że na palcach, na tej ziemi, chodzić należy tylko dlatego, że tam śpią wiecznym snem pomordowani ludzie?

Marian Rentgen zginął w Charkowie w 1940 roku od strzału w tył głowy. Nie zidentyfikowano jego ciała i należy sądzić, że leży we wspólnej mogile polskich żołnierzy w Katyniu.

„poszedł. Patrzyłam za nim, tym uosobieniem cywila, teraz takim innym, obcym w mundurze oficerskim. (…) Pamiętam o nim(…)”

Stefania Grodzieńska, która napisało to wspomnienie o Marianie Rentgenie, nie żyje ponad rok. Więc kto będzie za nią i dla niej pamiętał?




Bibliografia:
"Urodził go niebieski ptak", Stefania Grodzieńska, Wydawnictwo Radia i telewizji, Wa-wa 1988
zdjęcie -Wikipedia

niedziela, 15 kwietnia 2012

Loda Halama


Popołudnie fauna Debussy'ego

Teatr „Banda”, wąska kiszka, niedoskonały budynek na teatr, a jednak gromadzący „komplet”.
Piękna Loda Halama tańczy dziś w duecie z Adolfem Dymszą. Wchodzi pierwsza i tańczy męską rolę już nie pierwszy raz w życiu. Właściwie jest do tego przyzwyczajona.  Bajeczny faun ze spokojem i wdziękiem cieszy się pięknem natury. Publiczność w niemym zachwycie obserwuje fenomen ludzkiego ciała, giętkość, koordynacje, sprawność zgrabnej Halamy. Trwa to minutę. Trwa muzyczna cisza.


Na scenę wchodzi driada-Adolf Dymsza. Ma na sobie strój baletowy, kostium ze spódnicą, spod którego wyzierają męskie silne muskuły i zarost. Wystarczy, że wchodzi. Komiczny talent sączy się z jego każdej komórki. Gest, ruch, spojrzenie niewinnej dziewicy.  Wchodzi w burzy oklasków i śmiechu. Jest uwielbiany. Dalej tańczą razem. Loda -profesjonalistka- „gotuje się”, nie może, jak zwykle z Dodkiem, dokończyć numeru, choć zawsze daje z siebie wszystko. Jest wściekła. Nienawidzi go i uwielbia.Wspaniałego kolegę i artystę.


*
Rodzina Halamów; mama, tata, Zizi, Loda, Alicja i Helenka.
 Zdjęcie wykonane specjalnie dla dokumentów repatriacyjnych.


Urodziła się skazana na taniec. Była jedną z trzech tańczących sióstr „Halamek”, jak nazwała je Warszawa. Była córką artysty cyrkowego i tancerki, których sposobem na życie było podróżowanie. Wieczne tournee, w którym narodziny kolejnych córek, nie przeszkadzały. Matka Lody zadała sobie wiele trudu, by przy takim, koczowniczym trybie życia, dziewczynki odebrały dobre wychowanie. Zasady, obiady, nauka, tradycje rodzinne, pobożność wpajane były  z należytą konsekwencją przez stanowczą matkę. Choć trudno było się przystosować, Loda oceniła to wychowanie jako właściwe i wartościowe. Nie było to dzieciństwo sielskie, raczej trudne życie tułacze. Mała Lodzia była szalona, dziecko dynamit. „Aby mnie uśpić, koledzy z baletu musieli tańczyć przede mną top Dance, kołysząc mnie jednocześnie. (…) Wszyscy padali ze zmęczenia, a ja, niezmordowana, dalej krzykiem domagałam się swojego przedstawienia”.

*

Morskie oko: numer "Mary Lou"
Występują: Loda Halama i Eugeniusz Bodo

Numer wymaga dużej sprawności fizycznej tancerki i tężyzny jej partnera. Bodo w takich występach okazuje się nieoceniony.  Może nie taki zwinny, ale za to bardzo silny. Trenuje boks. Akrobatyczny numer. Bodo wywija Halamką, jak piórkiem.  Publiczność to uwielbia.  Bodo unosi Lodę w górę nad głową, ma dziś spocone dłonie -zdenerwowany zakulisowym bzdurnym problemem. Jest niepewny, ale przecież to już rutyna. Ćwiczyli to mnóstwo razy. Wymyka mu się z rąk. Spada  z wysokości głową na deski sceny. Traci przytomność. Krzyki, Bodo blady, przerażony. Lekarza!
:

Skandal w Morskim oku
„Loda Halama zmuszona do występów, mdleje na scenie (…)podczas akrobatycznego tańca uderzyła głową o podłogę tak silnie, iż zachodzi obawa, że nastąpiło wstrząśnienie mózgu. Pani Halama oddała się pod opiekę lekarzy, którzy nakazali jej przerwać prace w teatrze. Tymczasem dyrekcja teatru zmusiła chorą artystkę do ponownego występu po… jednodniowej zaledwie przerwie. Skutek żądania dyrekcji teatru był  fatalny, gdyż p. Halama nie ukończyła pierwszego numeru, tracąc na scenie przytomność…”

*
Droga kariery Lody rozpoczęła się od występów wspólnych z siostrami i matką. Jeździły po Rosji i Polsce, dopóki nie osiągnęły „dobrego” nazwiska, co dało im możliwość ustabilizowania się w Warszawie.  „Halamki”  nowy etap życia rozpoczęły w 1929 roku, dojrzały, wyszły za maż, w końcu rozeszły się w sposób dość naturalny.
„Postanowiłam tańczyć za wszystkie trzy. Że nie padłam wtedy trupem, to tylko ta moja niesamowita kondycja sprawiła, no i te osiemnaście lat.”

Występowała w Paryżu,  Stanach Zjednoczonych, Japonii. Zawsze jednak wracała do Polski, bo tu czuła się najlepiej. Tu zainteresował się nią lokalny przemysł filmowy. Ta ścieżka kariery zapewniła jej sławę większą niż wszelkie występy w Warszawskich lokalach. U boku Aleksandra Żabczyńskiego w „Manewrach miłosnych” stała się jedną ze sławnych amantek filmowych.

*

„Warszawa poszukuje Lody Halamy”
„Artyści zaczęli na własną rękę poszukiwania. Popularny „Dodek” Dymsza objechał wczoraj rano samochodem wszystkie letniska podwarszawskie, obejrzał wszystkie pensjonaty, zaglądał nieomal do każdego pokoju, czy czasem gdzie nie ukrywa się koleżanka. Niestety poszukiwania nie dały rezultatu.”

Loda Halama faktycznie zniknęła wprost z garderoby. Ktoś ją widział zapłakaną, nieobecną. Nikt nie przypuszczał, że zginie. Rzuciła się z mostu? Ktoś ją zamordował? Mijały godziny. Nie pojawiła się na przedstawieniu co skonsternowało i właścicieli teatru, jak i publiczność, która wygwizdała jej nieobecność. Działo się coś złego.  Najbardziej cierpiał Al Żabczyński. Czuł, że to przez niego. Ich romans wychodził na jaw, Warszawa grzmiała, a on siwiał.
W przeddzień zniknięcia Lody odbyła się ich bardzo poważna rozmowa. Pewnie nikt o tym by nie wiedział, gdyby nie opowiedziała o tym sama Loda: „Widziałam ile go to wszystko kosztowało, choćby świadomość, że krzywdzi żonę, o której zawsze pięknie mówił. Ja miałam teraz decydować o jego rozwodzie. Czułam, że to nie jest w porządku, że ponad moje siły, tym bardziej, że Al Był szlachetnym, ale słabym człowiekiem i krzywda jego żony mogłaby zaważyć na naszym uczuciu. (…) Wiedziałam, że to już koniec. Prawdziwy.”
„Dokąd szłam, nie wiem- byle dalej.(…) Kupiłam bilet i wsiadłam do pierwszego pociągu, który odjeżdżał.” Wylądowała w Częstochowie. To dobre miejsce na regenerację duchowych sił. Nocowała u jakichś nieznanych staruszków przez trzy dni, aż do odzyskania sił. Z letargu wybudziły ją krzyczące nagłówki krajowej prasy: „Warszawa poszukuje Lody Halamy”.

Powróciła silniejsza, bardziej dorosła i tańczyła, a Al. Żabczyński pozostał gdzieś na dnie jej serca. Wojna zrewidowała wszelkie uczucia, marzenia, zamiary… CDN




Bibliografia i zdjęcia:
"Moje nogi i ja", Loda Halama, WAiF, Wa-wa 1984.
"Dodek Dymsza", Roman Dziewoński, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2010

sobota, 31 marca 2012

Recenzja "Central Park West"

Poniżej zamieszczam recenzję spektaklu, który obejrzałam w środę 28 marca na pokazie przedpremierowym. Sztuka Woody'ego Allena pt. "Central Park West". 
Recenzja bierze udział w konkursie Teatru 6 Piętro, w którym wystawiona była sztuka, na najlepszą blogową recenzję. Jury spośród ponad trzystu osób wybrało do drugiego etapu tylko sześćdziesiąt jeden. Z sześćdziesięciu jeden prac wybierze najlepszą. Na potrzeby konkursu musiałam ją okroić do trzech tysięcy znaków. Okrojona praca znajduje się na innym blogu, oto adres : http://mota.blog.pl/



Ten teatr nie mógł dziś narzekać na brak powodzenia. Sala zapełniła się do cna i tylko dobrej wentylacji można było zawdzięczać fakt, że wciąż było czuć powiew świeżej wiosny od strony sceny.  Przyszła młodzież. Mnóstwo młodzieży. Więc albo ja młodych nie doceniam, albo też Woody Allen ma dar przyciągania tej grupy wiekowej. Jeśli nie dla fenomenu Woody’ego Allena, to publiczność przyszła tu dla wspaniałych nazwisk.  Zapewnienie dobrych nazwisk to połowa sukcesu.  Zatem Joanna Żółkowska, Małgorzata Foremniak, Wojciech Wysocki, Piotr Gąsowski i Julia Pietrucha to strzał w dziesiątkę, jak wyniknęło z frekwencji.

Nowojorski apartament, zaprojektowany w modnych kolorach i stylu Andy‘ego Warhola, projektu Barbary Hanickiej, to miejsce gdzie ludzie pozostawiają swoje lęki, smutki, stresy współczesności, a także psychozy. Pozostawiają je w fachowych rękach Phyllis Riggs, modnej psychiatry, która dzięki trendom współczesności i modzie, zgromadziła niezły majątek pod bardzo ekskluzywnym adresem w Central Park West. Phyllis, jako fachowiec, doskonale sobie radzi z problemami teraźniejszych ludzi. Jest pewna siebie. Zwykła mówić swoim pacjentom: „ Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę” – marne to pocieszenie w terapii, ale w społeczeństwie wysokiego ciśnienia, presji wewnętrznych kompleksów  i zewnętrznego naporu cywilizacji, pokrzepiającą myślą jest, że coś jednak, „kurwa”, musi się udać. Nic nie potrafi jej zaskoczyć w terapii.  Zdecydowanie łatwiej jest radzić innym, niż dostrzec własne problemy, od których wolałoby się uciec, posiłkując się bardzo mocno wytrawnym Martini. Konfrontacja z rzeczywistością pani Riggs jest nieunikniona, a nawarstwienie błędów sprzed lat, dodatkowo, komplikuje obrót sprawy, ujawniając prawdziwe oblicza naszych bohaterów: łajdaków, alkoholików, neurotyków, seksoholików- osób nieszczęśliwych, których nieszczęściem „primo”  to, z pewnością, zaburzenia relacji międzyludzkich, „secundo” -brak zgody na rzeczywistość,  i „tertio” -głód miłości.

Wiecznie głodnym, a przy tym wspaniale realizującym się w kuchni jest Howard, zdradzony mąż, niespełniony pisarz, topiący swoją bezradność  w alkoholu. Kreuje go Piotr Gąsowski, którego, gdybym nie lubiła, teraz, z pewnością, była bym jego fanką. Człowiek orkiestra.  Działający jak „substancja integrująca” . Wszędzie go pełno;  jego aury, kontroli ciała i ruchu, dowcipu, mocno sugestywnej kreacji postaci.  Aktor na swój sukces przekuwa wszystkie, niekoniecznie aktorskie przedsięwzięcia. Przygoda z tańcem mocno wpłynęła na jego sceniczną świadomość ruchu i ciała, czego szczerze należy pogratulować.

Sam Riggs, mąż pani psychiatry, prawnik, totalny łajdak, prawniczo ważący słowa, postać najbardziej poszkodowana  strzałem w … pośladek;  cyniczny, zimny i znudzony swoim życiem typ. Tak  Wojciech Wysocki zbudował ową postać.  Wspaniała energia aktora, urok, silny głos. Mam słabość do mężczyzn w tym wieku.  Lecz maniera gry przebija się w tej,  jak i w innych kreacjach aktora, która wcale nie przeszkadza, ale jest zauważona.

Carol, filigranowa blondynka, o drobnym problemie z inteligencją. Twór naszych czasów; bogato ubrana, bywająca, snobująca. Małgorzata Foremniak  wzbogaciła postać o dziwną, niepotrzebną choreografię- mocna gestykulacja, chowająca braki  pomysłu na postać.  Jakkolwiek pani Małgorzata jest niewątpliwą ozdobą sceny, wspaniale zgrabną, piękna kobietą, tak ciężar roli pozostaje nieudźwignięty. Głos jej niknie w lewej kulisie, a w scenie z futerkiem-w wysokim kołnierzu. Lewa kulisa w ogóle pochłania głos. Widz umiejscowiony w skrajnym rogu widowni nie jest w stanie wyłowić wszystkich słów kwestii, mimo dobrej dykcji aktorki i natężania uszu. W widowni na pięćset osób, słaby głos to mordęga dla widza.

Juliet to wiosenny powiew ze sceny. Naiwna, skrzywiona psychika młodego dziewczęcia, która stoi u progu ciemnego wiru zepsutych relacji międzyludzkich, a przecież tej niewinności, jak w każdej „bajce”, nic nie może się stać. Julia Pietrucha to cudownie świeże objawienie aktorskie.  Przyciąga uwagę i wzrok, choć ubiór jej jest całkiem szary. Jej magnetyzm polega nie na młodości i świeżości, bo to żadna jej zasługa, a na dużej pokorze w podchodzeniu do kreowania roli. Jest wręcz powściągliwa. Dobra emisja głosu i dykcja pozwala się widzowi zrelaksować. Tak, Julia Pietrucha to rzeczywiście ogromny potencjał.

Phillis Riggs zna regułki związane z radzeniem sobie ze stresem, jednak dochodzi do wniosku, że w zetknięciu z prawdziwym problemem-nie działają.  Moment krytyczny i kulminacyjny wytrzymałości pani  Riggs to początek  energetycznej sztuki Woody’ego Allena. To jak u Hitchcocka apogeum na początku , tyle że uczuć i niepokojów, które wstrzela w nas Joanna Żółkowska.  Doskonale wie jak to zrobić. Jest mistrzynią.  Woody Allen po tylu scenicznych karkołomnych sztukach,  to nie wyzwanie dla jej warsztatu aktorskiego, który, dla szacunku do widza i tak rozwija w pełnej okazałości.  Drobne pomyłki w tekście nie są w stanie zatrzeć tego wrażenia. Dobrą energią otacza wszystkie postaci sztuki, a zarazem gości swojego apartamentu.   Dobrą energią otacza aktorów. Dynamika, mocny głos, szalona wprost werwa zachwyca i stanowi jej mocny atut. Cudownie jest widzieć Joannę Żółkowską w takiej formie. Co z tego Sama Riggs’a za kretyn…

Nowoczesna sztuka Woody‘ego Allena trafia na nasz swojski grunt jako egzotyka, liżąca jedynie jęzorami wszędobylskich mediów tamtejszą, niewyobrażalnie bogatą sferę. Ich problemy nie dotyczą rolników, emerytów, czy zwykłych zjadaczy chleba. To bajka w stylu „Dynasty”. Problemy, na które, zwykły Polak nie ma czasu, a jednak…  Świat kurczy się jak guma na rozgrzanym asfalcie. Globalizacja niesie, zaskakująco pozytywne wartości  zbliżania poziomu kultur.  Reżyser Eugeniusz Korin zdaje się czuć ten nowoczesny trend, podejmując walkę, pomimo obiektywnych, lokalnych i wszem znanych trudności, o stworzenie nowoczesnego  teatru na poziomie światowym. Wszystko zdaje się przemawiać za sukcesem. Świetna scenografia w stylu wspomnianego już Andy'ego Warhola, autorski, mądry, doskonały, nie tracący na dowcipie przekład sztuki, dbałość o szczegóły gestu, formy, słowa.  Dodatkowo kolory działające na zmysły -energetyzujące, wprawiające widza w dobry humor. To dziwne w recenzji sztuki,  ale chce się użyć słowa- moda.   Moda na nową jakość ogólnego podejścia do całości realizacji sztuki, która rzadko stanowi, tak mocno, jedność, w czym niewątpliwie reżyser Eugeniusz Korin ma największą zasługę.

Wybierając nowoczesne, młode sztuki realizacja musi się mierzyć z możliwą realnością zdarzeń, dając widzowi ułudę wnikania w życie bohaterów. Jest to pewnego rodzaju ułatwienie. Wystarczy mocno trzymać się realiów.  Trudnością i wyzwaniem dla reżysera jest abstrakcyjne odejście od realiów i ufiksowanie sztuki w atrakcyjnej, wciąż interesującej przestrzeni. W związku z tym chętnie rzuciłabym wyzwanie obu Dyrektorom Teatru 6 Piętro, jednemu jako reżyserowi, drugiemu jako wspaniałemu aktorowi -„Książę niezłomny”  Pedro Calderona w przekładzie Juliusza Słowackiego.

Czy ten nowoczesny, dobrze radzący sobie teatr, w obliczu głośnych protestów ludzi teatru  przeciwko ograniczeniom funduszy na „kulturę wyższą” poradzi sobie z takim wyzwaniem i czy zapewni sobie równie cudowną frekwencję?


Na zdjęciu Eugeniusz Korin w stylu Warhola. Zdjęcie użyczone z zasobów strony Teatru 6 piętro