sobota, 31 marca 2012

Recenzja "Central Park West"

Poniżej zamieszczam recenzję spektaklu, który obejrzałam w środę 28 marca na pokazie przedpremierowym. Sztuka Woody'ego Allena pt. "Central Park West". 
Recenzja bierze udział w konkursie Teatru 6 Piętro, w którym wystawiona była sztuka, na najlepszą blogową recenzję. Jury spośród ponad trzystu osób wybrało do drugiego etapu tylko sześćdziesiąt jeden. Z sześćdziesięciu jeden prac wybierze najlepszą. Na potrzeby konkursu musiałam ją okroić do trzech tysięcy znaków. Okrojona praca znajduje się na innym blogu, oto adres : http://mota.blog.pl/



Ten teatr nie mógł dziś narzekać na brak powodzenia. Sala zapełniła się do cna i tylko dobrej wentylacji można było zawdzięczać fakt, że wciąż było czuć powiew świeżej wiosny od strony sceny.  Przyszła młodzież. Mnóstwo młodzieży. Więc albo ja młodych nie doceniam, albo też Woody Allen ma dar przyciągania tej grupy wiekowej. Jeśli nie dla fenomenu Woody’ego Allena, to publiczność przyszła tu dla wspaniałych nazwisk.  Zapewnienie dobrych nazwisk to połowa sukcesu.  Zatem Joanna Żółkowska, Małgorzata Foremniak, Wojciech Wysocki, Piotr Gąsowski i Julia Pietrucha to strzał w dziesiątkę, jak wyniknęło z frekwencji.

Nowojorski apartament, zaprojektowany w modnych kolorach i stylu Andy‘ego Warhola, projektu Barbary Hanickiej, to miejsce gdzie ludzie pozostawiają swoje lęki, smutki, stresy współczesności, a także psychozy. Pozostawiają je w fachowych rękach Phyllis Riggs, modnej psychiatry, która dzięki trendom współczesności i modzie, zgromadziła niezły majątek pod bardzo ekskluzywnym adresem w Central Park West. Phyllis, jako fachowiec, doskonale sobie radzi z problemami teraźniejszych ludzi. Jest pewna siebie. Zwykła mówić swoim pacjentom: „ Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę” – marne to pocieszenie w terapii, ale w społeczeństwie wysokiego ciśnienia, presji wewnętrznych kompleksów  i zewnętrznego naporu cywilizacji, pokrzepiającą myślą jest, że coś jednak, „kurwa”, musi się udać. Nic nie potrafi jej zaskoczyć w terapii.  Zdecydowanie łatwiej jest radzić innym, niż dostrzec własne problemy, od których wolałoby się uciec, posiłkując się bardzo mocno wytrawnym Martini. Konfrontacja z rzeczywistością pani Riggs jest nieunikniona, a nawarstwienie błędów sprzed lat, dodatkowo, komplikuje obrót sprawy, ujawniając prawdziwe oblicza naszych bohaterów: łajdaków, alkoholików, neurotyków, seksoholików- osób nieszczęśliwych, których nieszczęściem „primo”  to, z pewnością, zaburzenia relacji międzyludzkich, „secundo” -brak zgody na rzeczywistość,  i „tertio” -głód miłości.

Wiecznie głodnym, a przy tym wspaniale realizującym się w kuchni jest Howard, zdradzony mąż, niespełniony pisarz, topiący swoją bezradność  w alkoholu. Kreuje go Piotr Gąsowski, którego, gdybym nie lubiła, teraz, z pewnością, była bym jego fanką. Człowiek orkiestra.  Działający jak „substancja integrująca” . Wszędzie go pełno;  jego aury, kontroli ciała i ruchu, dowcipu, mocno sugestywnej kreacji postaci.  Aktor na swój sukces przekuwa wszystkie, niekoniecznie aktorskie przedsięwzięcia. Przygoda z tańcem mocno wpłynęła na jego sceniczną świadomość ruchu i ciała, czego szczerze należy pogratulować.

Sam Riggs, mąż pani psychiatry, prawnik, totalny łajdak, prawniczo ważący słowa, postać najbardziej poszkodowana  strzałem w … pośladek;  cyniczny, zimny i znudzony swoim życiem typ. Tak  Wojciech Wysocki zbudował ową postać.  Wspaniała energia aktora, urok, silny głos. Mam słabość do mężczyzn w tym wieku.  Lecz maniera gry przebija się w tej,  jak i w innych kreacjach aktora, która wcale nie przeszkadza, ale jest zauważona.

Carol, filigranowa blondynka, o drobnym problemie z inteligencją. Twór naszych czasów; bogato ubrana, bywająca, snobująca. Małgorzata Foremniak  wzbogaciła postać o dziwną, niepotrzebną choreografię- mocna gestykulacja, chowająca braki  pomysłu na postać.  Jakkolwiek pani Małgorzata jest niewątpliwą ozdobą sceny, wspaniale zgrabną, piękna kobietą, tak ciężar roli pozostaje nieudźwignięty. Głos jej niknie w lewej kulisie, a w scenie z futerkiem-w wysokim kołnierzu. Lewa kulisa w ogóle pochłania głos. Widz umiejscowiony w skrajnym rogu widowni nie jest w stanie wyłowić wszystkich słów kwestii, mimo dobrej dykcji aktorki i natężania uszu. W widowni na pięćset osób, słaby głos to mordęga dla widza.

Juliet to wiosenny powiew ze sceny. Naiwna, skrzywiona psychika młodego dziewczęcia, która stoi u progu ciemnego wiru zepsutych relacji międzyludzkich, a przecież tej niewinności, jak w każdej „bajce”, nic nie może się stać. Julia Pietrucha to cudownie świeże objawienie aktorskie.  Przyciąga uwagę i wzrok, choć ubiór jej jest całkiem szary. Jej magnetyzm polega nie na młodości i świeżości, bo to żadna jej zasługa, a na dużej pokorze w podchodzeniu do kreowania roli. Jest wręcz powściągliwa. Dobra emisja głosu i dykcja pozwala się widzowi zrelaksować. Tak, Julia Pietrucha to rzeczywiście ogromny potencjał.

Phillis Riggs zna regułki związane z radzeniem sobie ze stresem, jednak dochodzi do wniosku, że w zetknięciu z prawdziwym problemem-nie działają.  Moment krytyczny i kulminacyjny wytrzymałości pani  Riggs to początek  energetycznej sztuki Woody’ego Allena. To jak u Hitchcocka apogeum na początku , tyle że uczuć i niepokojów, które wstrzela w nas Joanna Żółkowska.  Doskonale wie jak to zrobić. Jest mistrzynią.  Woody Allen po tylu scenicznych karkołomnych sztukach,  to nie wyzwanie dla jej warsztatu aktorskiego, który, dla szacunku do widza i tak rozwija w pełnej okazałości.  Drobne pomyłki w tekście nie są w stanie zatrzeć tego wrażenia. Dobrą energią otacza wszystkie postaci sztuki, a zarazem gości swojego apartamentu.   Dobrą energią otacza aktorów. Dynamika, mocny głos, szalona wprost werwa zachwyca i stanowi jej mocny atut. Cudownie jest widzieć Joannę Żółkowską w takiej formie. Co z tego Sama Riggs’a za kretyn…

Nowoczesna sztuka Woody‘ego Allena trafia na nasz swojski grunt jako egzotyka, liżąca jedynie jęzorami wszędobylskich mediów tamtejszą, niewyobrażalnie bogatą sferę. Ich problemy nie dotyczą rolników, emerytów, czy zwykłych zjadaczy chleba. To bajka w stylu „Dynasty”. Problemy, na które, zwykły Polak nie ma czasu, a jednak…  Świat kurczy się jak guma na rozgrzanym asfalcie. Globalizacja niesie, zaskakująco pozytywne wartości  zbliżania poziomu kultur.  Reżyser Eugeniusz Korin zdaje się czuć ten nowoczesny trend, podejmując walkę, pomimo obiektywnych, lokalnych i wszem znanych trudności, o stworzenie nowoczesnego  teatru na poziomie światowym. Wszystko zdaje się przemawiać za sukcesem. Świetna scenografia w stylu wspomnianego już Andy'ego Warhola, autorski, mądry, doskonały, nie tracący na dowcipie przekład sztuki, dbałość o szczegóły gestu, formy, słowa.  Dodatkowo kolory działające na zmysły -energetyzujące, wprawiające widza w dobry humor. To dziwne w recenzji sztuki,  ale chce się użyć słowa- moda.   Moda na nową jakość ogólnego podejścia do całości realizacji sztuki, która rzadko stanowi, tak mocno, jedność, w czym niewątpliwie reżyser Eugeniusz Korin ma największą zasługę.

Wybierając nowoczesne, młode sztuki realizacja musi się mierzyć z możliwą realnością zdarzeń, dając widzowi ułudę wnikania w życie bohaterów. Jest to pewnego rodzaju ułatwienie. Wystarczy mocno trzymać się realiów.  Trudnością i wyzwaniem dla reżysera jest abstrakcyjne odejście od realiów i ufiksowanie sztuki w atrakcyjnej, wciąż interesującej przestrzeni. W związku z tym chętnie rzuciłabym wyzwanie obu Dyrektorom Teatru 6 Piętro, jednemu jako reżyserowi, drugiemu jako wspaniałemu aktorowi -„Książę niezłomny”  Pedro Calderona w przekładzie Juliusza Słowackiego.

Czy ten nowoczesny, dobrze radzący sobie teatr, w obliczu głośnych protestów ludzi teatru  przeciwko ograniczeniom funduszy na „kulturę wyższą” poradzi sobie z takim wyzwaniem i czy zapewni sobie równie cudowną frekwencję?


Na zdjęciu Eugeniusz Korin w stylu Warhola. Zdjęcie użyczone z zasobów strony Teatru 6 piętro

20 komentarzy:

  1. Dzięki AgAdelejdo :). Szkoda tylko, że muszę je okroić. To już nie to samo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lena Głowacka01 kwietnia, 2012

    hej,
    nie wiedziałam, że startowałaś - spotkałybyśmy się w teatrze!
    Czytam regulamin konkursu i nie znalazłam nigdzie informacji o tym, że recenzja musi mieć do 3000 znaków... Ta zasada obowiązywała chyba tylko przy I etapie.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Leno, bardzo żałuję, ale taki zapis jest:przygotuje pisemną relację z wydarzenia do 3000
    znaków".
    Przykro mi również, że się nie spotkałyśmy.

    Bardzo ciepło pozdrawiam i dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa i Leno, mówiłam o tym Oli. Mówiła mi, że ktoś jedzie od niej, ale nie wiedziałam kto :)

      Usuń
  4. Lena Głowacka01 kwietnia, 2012

    to z regulaminu?

    OdpowiedzUsuń
  5. Lena Głowacka01 kwietnia, 2012

    aa, faktycznie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Lena Głowacka01 kwietnia, 2012

    nie, nie, już napisałam wcześniej (i cudem się zmieściłam w tych znakach ;)) chociaż 3000 znaków to mordercza liczba.
    Przy czym tam są jeszcze dwie informacje - jedna, że recenzja do pierwszego, w mailu - że do piętnastego kwietnia...

    OdpowiedzUsuń
  7. aro 50

    Moniko,
    Recenzja piękna, o d w a ż n a.
    Sztuki nie oglądałem.
    Różnice w podejściu do problemów i
    w sposobie rozwiązywania problemów przez
    człowieka żyjącego w wielkich miastach a
    człowieka żyjącego na prowincji są duże, a
    już ogromne między kulturą zachodu a
    kulturą wschodu.
    Dlatego sztuki z Nowego Yorku są dla mnie ciekawostką
    tak samo egzotyczną jak
    sztuki arabskie, afrykańskie, indyjskie czy chińskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aro,
      dziękuję. Nie wiem, czy recenzja odważna, raczej rzetelna. Starałam się, żeby taka była przede wszystkim.

      Usuń
  8. Dla mnie juz wygrałaś, bo recenzja napisana jest ze swadą, stonowana krytyką a jednocześnie z zacięciem, więc czekam na wyniki, i zyczę wszystkiego dobrego, mam nadzieję na wysoka ocene przez jury!
    j

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadwigo,
      cieszę się, że mogłam być na spektaklu.
      Bez względu na ocenę jury zwycięzca może być tylko jeden. Ktokolwiek wygra, wszystkim uczestnikom życzę powodzenia. :)

      Usuń
  9. Moniko, bardzo sugestywna recenzja, choć sztuki nie oglądałam.Fajny styl, trzyma w ciekawości co dalej... życzę Pierwszego miejsca ...:)

    OdpowiedzUsuń
  10. diuk,
    dziękuję. Różne są zdania na temat recenzji, czasami skrajne. Słyszałam nawet, że stworzyłam "klasyczny kicz", ale cieszę się, że są i takie opinie. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. a mnie się podoba wszystko co napisze Monika :)




    Um

    OdpowiedzUsuń
  12. Moniko, pracowałam przez 2 lata z E. Korinem i znam chyba wszystkie jego fantastyczne spektakle zrealizowane w Teatrze Nowym w Poznaniu, kiedy " Żenia" był jego dyrektorem.
    I z wielkim zainteresowaniem śledzę jego poczynania już we własnym teatrze. Dlatego z ciekawością przeczytałam Twoją recenzję. Gratuluję Ci pasji i dobrego smaku! I mocno trzymam kciuki za Twój sukces. Twój blog już jest sukcesem. A przede wszystkim wspaniałym sposobem na życie. Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ewo,
    Bardzo dziękuję za te miłe słowa. Są dla mnie prawdziwą nagrodą.
    Przyjrzałam się dorobkowi reżyserskiemu pana Korina. Jest imponujący i różnorodny. Miło mi było stwierdzić, że następny, nowy spektakl to sukces. Sukces bogaty, bo teatr jest kwitnący, a czegóż reżyser sobie może bardziej życzyć...

    Dziękuję za trzymanie kciuków. Cokolwiek się nie stanie- warto było :)

    OdpowiedzUsuń