sobota, 27 lutego 2010

Marczaki



Pewna kobieta w okresie wiosennym, zamykała swoje koty w kojcu. Sąsiad, zagorzały wielbiciel zwierząt domowych, któremu nie podobało się postępowanie kobiety, doniósł na nią do Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami.
Wezwane z donosu towarzystwo, przyszło na kontrolę. Polegała ona na sprawdzeniu stanu zdrowia zwierząt, ważności szczepień, warunków bytowych. TONZ nie stwierdził żadnych uchybień w opiece nad kociakami. Zwierzaki były czyste, nakarmione i napojone. Na noc zawsze były wprowadzane do domu.
Jedyną ich nie dogodnością, jaką znosiły, było zamknięcie w dość dużym kojcu. Na pytanie, kontrolera, dlaczego zamyka biedne kotki w kojcu, starsza pani odpowiedziała krótko:
-No przecież wiosna!

***


Pomijając niesamowitą urodę, zwinność, wart podziwu charakter, sympatyczność, kot jest drapieżcą. Jest zwierzęciem, co charakterystyczne dla drapieżników, ciekawskim, wszędobylskim, a przede wszystkim posiada instynkt łowcy. Wypuszczany swobodnie, spędza czas na snuciu się po okolicy i wynajdywaniu sobie ciekawych zajęć. Głównym z nich jest polowanie. Jakież wspaniałe czasy nadchodzą dla kotów…

***

W marcu rodzi się pierwszy miot zajęcy. Rozpoczyna się okres godowy wielu ptaków, trwający do lata. Wiele ptasich gatunków gniazduje na ziemi lub w niskich krzakach, ale przecież i drzewo nie stanowi dla kota żadnej przeszkody.
Wszystkie te młode, dziko żyjące zwierzaki padają łupem naszych domowych pupili.

Kot nie jest jedynym „wtórnym drapieżcą”. Wdzięcznie pomaga mu domowy „Burek”, którego ukochana "pancia" bezmyślnie puszcza na pole.
Domowe zwierzaki nie polują z głodu, bo to można by było zrozumieć. Polują z samej uciechy i nudy.

Bezpańskie i pańskie psy puszczane wolno polują na zające, przepiórki i kuropatwy ( to rzadkość z samej ich liczebności o innych gatunkach już nie wspomnę bo czy ktoś widział dropia), bażanty. Gonią sarny. Przestraszona sarna, zaraz po porodzie, zostawia swoje młode i do niego już nie wraca. Swoje maleństwo pozostawia łasce psich wujków.

***

Rodząca się przyroda, charakterystyczny zapach wiosennego powietrza, napełnia nas energią i wigorem. Rodzi się nowe życie. Wkrótce mamy zajęcze wyprowadzą swoje młode marczaki na pierwszy spacer po polu.



Zadbajmy o to, żeby mogły wyprowadzać je w spokoju. Okazujmy miłość nie tylko wybranym pupilom, ale także tym, których wolność i dzikość nie rozpieszcza.

Trzymanie psa na smyczy, to nie barbarzyństwo, to głęboka świadomość istnienia
życia wokół nas.




czwartek, 25 lutego 2010

Chopin




Chociaż Chopin, w latach, kiedy przebywał w Polsce, mieszkał w Warszawie i głównie z tym miastem związane są jego "ojczyźniane" przeżycia. Jednak Rok Chopinowski jest celebrowany również w Krakowie, rozmaitymi i z rozmachem zaplanowanymi wydarzeniami.

Już 28 lutego, rozpoczynają się główne obchody dwusetlecia urodzin kompozytora .
Ten dzień rozpocznie się od uroczystej Mszy Świętej w Katedrze na Wawelu, do której celebracji, z radością się przyłączę.

Msza święta wśród duchów naszych najznakomitszych przodków jest przeżyciem mistycznym i wzniosłym. Muzyka Chopina dodatkowo wzmocni przeżycia.
W tym wszystkim, jeszcze jedno. Jakże bym mogła odpuścić wysłuchanie poematu „Fortepian Chopina" Cypriana Kamila Norwida. Recytować będzie wspaniały Jerzy Trela.
Będę na pewno.

wtorek, 23 lutego 2010

Norwid




Nie myliłeś się ani na jotę. Ciągle jest podobnie. Oni wciąż chcą wymyślać coś nowatorskiego, a wychodzi jak zawsze…

Bajka

"Najlepsza rzecz żyć w zgodzie, bez twierdzeń, bez sprzeczki,
Po cóż, bo gwar ustawny dla kropki lub linii?
I urabianie ciągłe publicznej opinii ?" -
Siennik-dziurawy mówił tak do Torby-sieczki.
Tymczasem osły, najmniej nie myśląc o szkodzie,
Siano i sieczkę w cichej pożywały zgodzie,
A stąd zdaje się prawda ta być oczywistą,
Że i człowiek zyskałby... będąc legumistą.





wtorek, 16 lutego 2010

Michał Znicz



Kolejna zakurzona księga. Przedwojenny talent zapomniany już w naszych czasach. Michał Znicz ( Michał Feiertag) - charakterystyczny aktor przedwojennego kina polskiego. Aktor niedoceniony zarówno teraz, jak i przed wojną. Jak mówi o nim Stanisław Janicki ( wybitny znawca przedwojennego kina), aktor , który nigdy nie doczekał się roli pierwszoplanowej, na którą ze wszech miar zasługiwał.

Grywał w filmach i teatrach rewiowych. W filmie można go zobaczyć zarówno w komediach jak i dramatach. Na szczególną uwagę zasługują kreacje komediowe. Możnaby określić je słowami- bawił śmiechem przez łzy.
Potrafił cudownie ożywiać postacie, które grywał. Zwykle byli to: podstarzały, zakochany beznadziejnie amant, zasadniczy urzędnik, naiwny nauczyciel muzyki, pozornie surowy oficer itp.
Wyciskał łzę z kobiecego oka swoją dobrocią, budził życzliwy uśmiech nieporadnością. Był zwykłym człowiekiem. Nie bał się pokazać ludzkich słabości, zwyczajności, czasami śmieszności. Swoimi rolami udowadniał, że nie boi się grać ludzi niedoskonałych.

Jaki był w życiu- niewiele wiadomo.
W czasie II Wojny Światowej znalazł sie w Warszawskim Gettcie, ale udało mu sie z niego zbiec. Wojny nie przeżył- zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1943 roku.

Przypominam tą postać bo tak mi żal tamtych czasów i żal, że o nich tak szybko wszyscy zapomnieli. Czemu?

fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi

poniedziałek, 8 lutego 2010

Rotmistrz Pilecki






"Dlatego więc piszę niniejszą petycję,
By sumą kar wszystkich - mnie tylko karano,
Bo choćby mi przyszło postradać me życie
-
Tak wolę - niż żyć, a mieć w sercu ranę".
(fragment wiersza W. Pilecki)









Czy w naszych leniwych czasach jeszcze ktoś może wyobrazić sobie inną pracę, niż pogoń za pieniądzem? Ile życia musiałbyś mieć, żeby przeżyć to co przeżył Witold Pilecki w ciągu ostatnich 15 lat swojego życia?
Nie masz woli, nie masz sensu, nie masz czasu, nie chce ci się, jutro, potem… Obudź się, nie jęcz i działaj, twórz i pracuj nad sobą. Czy naprawdę historia musi się powtórzyć, żebyś udowodnił , że umiesz i możesz??

*
Napisać wiele, to też za mało, a i to zginie wśród internetowego spamu. Więc napiszę niewiele. Ja „każę” Ci pamiętać o Witoldzie Pileckim. Ja muszę kazać! Długo ten człowiek musiał czekać w kolejce do uzdrowienia jego pamięci. Wreszcie nadszedł czas, kiedy jego imię błyszczy w koronie orła.

Walkę swoją podczas II Wojny Światowej rozpoczął w „Kampanii Wrześniowej”, kontynuował ją w Warszawie biorąc czynny udział w organizacji Tajnej Armii Polskiej. W 1940 roku został aresztowany pod fałszywym nazwiskiem i wywieziony jednym z pierwszych transportów do Auschwitz. W obozie organizował tajny związek mający przede wszystkim na celu opanowanie obozu, gdy zaistnieją ku temu warunki.

"Podtrzymanie na duchu kolegów przez dostarczanie i rozpowszechnianie wiadomości z zewnątrz; zorganizowanie w miarę możliwości dożywiania i rozdzielania odzieży wśród zorganizowanych; przekazywanie wiadomości na zewnątrz oraz jako uwieńczenie wszystkiego - przygotowanie oddziałów własnych do opanowania [obozu] zrzucenia tu broni lub siły żywej [desantu]". ( cyt. W. Pilecki)

Zycie konspiracyjne było dla niego coraz trudniejsze, gdyż pętla wewnętrznego śledztwa w Auschwitz zaciskała się mu na szyi. Wobec powyższego oraz zrozumienia bezsensowności oczekiwania na ratunek z zewnątrz, postanowił uciec. Po ucieczce zajął się następną organizacją „NIE”, w poczuciu zbliżającej się okupacji sowieckiej.

Dzięki jego świadectwu, powstały pierwsze raporty o bestialstwie w Auschwitz. W 1944 stanął do walki w Powstaniu Warszawskim. Po klęsce, aresztowany przez Niemców jako oficer AK. Po amnestii w 1945 roku, zgłosił się do II korpusu gen. Andersa we Włoszech.
W tym samym roku dostał rozkazy powrotu do kraju z zamiarem tworzenia sieci konspiracyjnej przeciwko szalejącemu w kraju NKWD i UB, oraz ratowania Akowców i ich przystosowywania do nowych warunków powojennego życia. Działał tylko 2 lata.

Po aresztowaniu przez UB został poddany strasznym torturom, mającym na celu złamanie woli aresztanta i wydobycie wszelkich informacji. Przesłuchaniom tak strasznym, że nawet sam Pilecki mówił, że „Oświęcim to była igraszka”. Nie dały one jednak oczekiwanego przez UB rezultatu, a więc przyznania się do zarzucanych mu win. Pozostał do końca niezłomny, dzielny, dumny, choć obdarty do końca z resztek człowieczeństwa.

Proces, „mord sądowy” , odbył się w 1948 roku, ze z góry wiadomym końcem. Skazał Witolda Pileckiego na karę śmierci. Uznano go winnym szpiegostwa na rzecz innego mocarstwa, i zdrady.

Wyrok ten wykonano w tym samym roku, strzałem w tył głowy. Miejsce jego pochówku jest dotąd nieznane.


Przez wiele lat jego postać była na czarnej liście zapomnianych. Starania wielu osób, w tym jego córki, o rehabilitację nie dawały żadnych rezultatów.

Jego historia musiała cierpliwie poczekać do ostatniego tchnienia „ bratniego ustroju”.

Polecam stronę o Witoldzie Pileckim:

http://www.rotmistrzpilecki.pl

piątek, 5 lutego 2010

Granit


Sprawy życia doczesnego docierają także na cmentarz. Niewątpliwie umarłym nie robi to żadnej różnicy, ale żyjącym, wizja miejsca spoczynku spędza sen z powiek.
Cmentarz, o którym piszę, również dotknęła ta obrzydliwa rzeczywistość.

Kiedyś wyglądał cudownie, jak „mini Powązki”, „małe Rakowice”. Przecudny cmentarz w zacisznym miejscu, z kilkoma wiekowymi pomnikami i tak samo starymi drzewami. Znajdował się w cichej dzielnicy niewielkiego miasta. Bogaty drzewostan, okrywał siedzibę wiecznego spoczynku, czapą zieloności. W koronach drzew chowały się wiewióry i mnogość gatunków ptaków leśnych. Niejeden „romantyk” wymarzyłby sobie to miejsce, jako swoją przystań.

Zimą gołe pnie brzóz w słoneczny, mroźny, dzień, uśmiechały się do przechodniów. Wiosną pachniał bez i jaśmin, krzewy, które tam właśnie rozkwitały najpiękniej.
Latem nigdy tu nie było cicho, koncert ptactwa trwał nieustannie od świtu do zmroku. Ale...
Liście spadające na wykwintne granity, korzenie wiekowych drzew, korzystające ze swoich odwiecznych praw, stwarzały potencjalne zagrożenie materialnej oznace pozycji społecznej żyjących.

Stało się to w ciągu roku.

W bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza wybudowano ruchliwą drogę. Wycięto prawie wszystkie wiekowe drzewa lub przycięto je przy samym pniu. Obnażono stare, zabytkowe pomniki, smutno górujące nad innymi grobami, oraz granity pysznie błyszczące złotymi literami.

A „on” wygląda teraz jak więźniarka, której, wbrew jej woli, zgolono włosy. Już nie jest piękny. Jest kupą bogatego gruzu.
Trudno zgodzić się na świat bez piękna. Trudno zaakceptować niszczenie go dla pychy, wygody i komercji.
To już lepiej dać się spopielić lub spłonąć ze wstydu.

Granit jest jak ludzka próżność- zatwardziała, pełna ciemnoty i bezduszna.


(zdjęcia : www.kamienna.info)

poniedziałek, 1 lutego 2010

Burt Munro

Burt Munro na prototypie, źródło : withfriendship.com

Człowiek, który urzeczywistnił, zdawać by się mogło, nierealne marzenia. Legenda Nowej Zelandii. Jego historia z motocyklem „Indian” rozpoczęła się w 1920 roku, kiedy to kupił motocykl po lekkiej kolizji. Chciał go zmodyfikować i udoskonalić. Odtąd przyjaźń człowieka z maszyną trwała bez przerwy do 1978 roku. Była to przyjaźń niezwykła.

Od 1924 roku Munro rozpoczął modyfikację swojego motocykla z przyświecającą mu ideą – stworzyć najszybszy motocykl świata. A jego świat ograniczył się do skromnego warsztatu w Invercargill.

Jego metody udoskonalania silnika były niekonwencjonalne. Z racji niedostatecznej ilości środków do ulepszania motocykla wykorzystywał wszelkie możliwe i dostępne materiały: stare puszki, beczki itp. Wszystko wykonywał sam, metodą prób i błędów.

Pierwotnie jego motocykl mógł osiągać 88 km/h. Początkowo uczestniczył w lokalnych wyścigach motocykli, gdzie zwykle jego występ był swoistą atrakcją.

W związku z jego pasją, zdobywał rzesze przychylnych mu ludzi. Ustanowił rekord Australi Inverlock Beach w Victorii, osiągając 144,84 km /h, który został pobity dopiero w 1977 roku.

Jego występy stały się głośne nie tylko ze względu na prędkość, ale też ze względu na motocykl, którym ją osiągał.
W 1962 roku ustanowił rekord świata w prędkości motocykla o pojemności, poniżej 1000 m3 , wynoszący 288,02591 km/h ten rekord do dzisiaj nie jest pobity.
Dalej w 1967 roku tym samym, ciągle udoskonalanym motocyklem ustanowił Rekord Świata w Stanach Zjednoczonych- 295,45303 km/h. Aby się zakwalifikować do tego wyścigu osiągnął prędkość 305,77536 km/h. Prędkość tę pobito dopiero w 1999 roku modelem dalece bardziej zaawansowanym technicznie i technologicznie.

Burt Munro, skromny i ubogi człowiek z Nowej Zelandii budzi podziw, zachwyt i niedowierzanie na całym świecie. Jak to możliwe, by w tam skromnym warsztacie powstała tak niesamowita maszyna? Co wprowadziło starą konstrukcję „Indiany” w taką nieprawdopodobną szybkość?

Wszystko stało się dzięki sile i pasji jednego skromnego człowieka, który nie patrząc na przeciwności losu, brak pieniędzy, nieprzychylność ludzi, osiągnął cel z bardzo wymiernym rezultatem.
Jego charyzma, skromność zjednały sobie ludzi, którzy zaangażowali się w jego pasję, niosąc mu wszelką pomoc.

Burt Munro każe mi się zastanowić nad jednym:

Czy mamy w sobie dość siły i determinacji, żeby spełniać swoje marzenia i skraplać je w rzeczywistość? Dlaczego wielu z nas tak szybko odpuszcza, rezygnuje, marnieje?

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...