piątek, 29 października 2010

Ewa Kisza

„(…) śmierć nie przychodzi wraz ze
starością, lecz z zapomnieniem (…)”
List do przyjaciół
Gabriel Garcia Marquez
 
Noce czynią dzień coraz krótszym, liście pachną za dnia mdłym zapachem jesieni. Wieczorami snują się dymy z ludzkich siedzib- listopad.
Wieczna podróż pamięci i miłości do miejsc gdzie została już tylko przeszłość.
A co, gdy nad grobem nikt już się nie zatrzyma, nie wspomni imienia wykutego w pomniku, co gdy nikt nie wspomni chwili szczęścia, płaczu, a nawet istnienia?

O tej kobiecie prawie nic nie wiem. Wiem, że urodziła się w XIX wieku. Gdy wybuchła I Wojna Światowa, była już pielęgniarką. Pracowała podczas działań wojennych. Jej oddanie pracy było ogromne z nadrzędną wartością- ludzkiego życia. Nie liczyła się z polityką ni narodowością. Ranni żołnierze był tylko ludźmi. Wynosiła ich na plecach spod ostrzału. Po mundurze poznawała, do którego obozu ma ich transportować. Jej odwaga często zamieniała się w brawurę. Wspaniałym boskim nakazem, zawsze uchodziła z życiem.

Może by dzisiaj nikt o niej ni słowem nie wspomniał, gdyby nie gruntowne sprzątanie domu, od strychu po piwnicę. W małym skromnym pudełku dalekiej rodziny, odnalazły się najwyższe odznaczenia wojskowe „za odwagę” i szczególne zasługi. To nie były to tylko polskie odznaczenia. I może kiedyś będzie dane mi wymienić wam jej zasługi i przybliżyć koleje jej życia.
Liczę w tym względzie na pomoc jej Rodziny.

Palę dzisiaj świeczkę dla dzielnej Ewy Kiszy. Może ktoś odnajdzie jej grób i zrobi to samo, by nie umarła pamięć o dzielnej pielęgniarce.

piątek, 22 października 2010

Skarb

W okupowanej Warszawie już dawno pozbyto się złudzeń. Niemcy panoszyli się na ulicach. Przestały działać kina, teatry. Lokale” Nur für Deutsche” mnożyły się w stolicy jak grzyby po deszczu. Nowa rzeczywistość smętnie, co rano, przypominała mi o swoim istnieniu. Pojedyncze strzały, które kiedyś były sensacją w gazetach, dzisiaj były tylko oznaką, że Gestapo obudziło się do życia.  Grupy pijanych i głośnych żołnierzy przetaczających się co jakiś czas przez ulice, dotkliwie mi o tym przypominały. Nie można było nic zrobić, a ludność Warszawy wydawała się być wciąż oszołomiona i sparaliżowana. 

Szczególny strach padł na ludność pochodzenia żydowskiego. Pojawiające się informacje o tworzeniu getta budziły lęk i wciąż niedowierzanie. Informacje o zabitych, pojawiały się we wszystkich środkach przekazu. Hitlerowcy starannie o to dbali, by wywołać psychozę strachu.
Tak naprawdę, nikt nie był pewien tego, co zrobią i kogo wsadzą do getta. Większość zadeklarowanej ludności żydowskiej mieszkała tu od pokoleń. Złowroga cisza mówiła nam, że wszystkich sortują i lustrują.

 *

Przed wojną, od lat, brałem udział w warszawskich maratonach pływackich. Odbywały się na trasie Wilanów -Warszawa. Znałem warszawską Wisłę i jej zdradliwy nurt. Wiedziałem, gdzie można płynąć tak by przepłynąć, a nie było to łatwe.
Powstał pomysł, żeby uciekinierów transportować na drugi brzeg Wisły. Pływałem, jak ciężarówka niosąc na plecach różne, nieznane mi osoby. Nie wiedziałem, co stanie się z nim dalej i mam nadzieję, że przeżyli wojnę.
Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci.

Starszy mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Miał brodę, binokle, przykrótkie spodnie. Ze sobą miął jedynie skórzaną torbę lekarską. Był szczupły, więc transport nie wydawał się być kłopotliwy. Wyglądał cherlawo, natomiast jego uścisk był jak uścisk kowalskich obcęgów. Torba, okazała się być bardzo ciężka. Wysmarowana zjełczałym łojem, śmierdziała, przyprawiając mnie o mdłości. 

Zająłem się „swoją pracą”. Byłem młody, silny, ogromnie wytrzymały. Ale wtedy, jak na złość był wartki nurt, a woda (październikowa) zimna. Traciłem sporo energii na ogrzanie. A torba stawała się coraz cięższa.
-Czemu ta torba taka ciężka?- pytałem. Człowiek nie odpowiadał, tylko coraz bardziej zaciskał mi na grzbiecie swoje obcęgi.

W połowie drogi, uderzyło w nas płynące krzesło. 
– Uderzył we mnie Biedermeier, cóż za upadek kultury-pomyślałem, niekontrolowanie zanurzając się pod wodą. Wiedziałem, że torba w rękach staruszka z pewnością została ponad taflą. Chociaż przez chwilę ustał smród i to uznałem za dobre w tej całej sytuacji.
Facet na plecach prychał wodą, napił się „wiślanki” spory łyk. To wyprowadziło go z równowagi. Kręcił się, kopał mnie nogą w nerkę. Jego torba wylądowała mi na głowie.

-Jeśli nie przestaniesz , to utoniemy-Biedermeier właśnie „zastanawiał” się, czy płynąć dalej.
-Może to krzesło wyłowić?- „stary” dalej kręcił się na moim grzbiecie. Sięgnął do krzesła i wypadł za „burtę”. Jego torba, którą pociągnął za sobą, wczepiła mi się we włosy. Poszedłem pod wodę. Nie boję się wody i nie łatwo mnie utopić. Stary jednak opadał z sił. Chwytał się krzesełka i mnie na zmianę. Druga ręka wciąż była zaciśnięta na torbie.

-Dość tego. Nie utopisz nas!- pomyślałem.
Albo puścisz to krzesło i torbę, albo nas utopisz!!- ryczałem, ciężko dysząc-Wybieraj!
Długo wybierał, a wyraźne cierpienie rysowało mu się na twarzy- Wybieraj!- krzyczałem.
-To mój cały życiowy dobytek!- wykrzywił w grymasie sine usta. Był wyczerpany, ciałem jego wstrząsały fale drgawek.
-W niebie ci się nie przyda! Rzucaj!
Rzucił, a resztę drogi przebył płacząc, nieświadom ogromnego niebezpieczeństwa, które ściągał na siebie i na mnie i na wszystkich przedostających się tą drogą, lamentując  wniebogłosy. Cudowi jedynie zawdzięczamy fakt, że w pobliżu nie znalazł się jakiś gorliwy Niemiec, który by powystrzelał nas jak kaczki.
Na brzegu po drugiej stronie, dowiedziałem się od staruszka więcej szczegółów na temat mojego nędznego życia.
Torba, którą utopił w nurtach Wisły była wypełniona po brzegi złotem i biżuterią. Kto wie, może do dzisiaj leży gdzieś tam na dnie.

sobota, 16 października 2010

Konkurs

Właśnie minął rok od czasu kiedy napisałam pierwszy post. Pozostaje mi tylko podziękować za uwagę i cierpliwość szanownych Czytelników. 
Dzisiaj, jak zapowiedziałam w poprzednich postach, odbyło się losowanie osoby, której prześlę skromny prezent. Chciałabym wysłać wszystkim, ale sami rozumiecie, że jest to niemożliwe.
Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim czytelnikom za uwagę i wszystkie komentarze, nawet te, które są trochę mniej miłe, ale i one mnie czegoś uczą i szlifują.
Dziękuję i proszę o jeszcze.
Album-biografia Chopina dotrze do Aga_xy jeśli tylko zechce ją przyjąć.

Nie rozwodzę się więcej, bo spieszno mi do Konkursu Chopinowskiego. Wciąż trwają przesłuchania, a ja żywo jestem zainteresowana wszystkimi uczestnikami konkursu i nie chcę przeoczyć jakiejś ciekawej interpretacji. 
Muszę posiadać argumenty do żywej dyskusji, jaka rozgorzała na forum TVP Kultura.
Zapraszam i Was do słuchania

piątek, 1 października 2010

Belle epoque


Straszny ze mnie malkontent i cyniczny typ. Nic mi się nie podoba. Począwszy od ogłupiających reklam w telewizji, poprzez współczesny język i pseudo-kulturę, a raczej jej brak, skończywszy na zaniku wszelkich form grzecznościowych. Tak boli mnie ta pauperyzacja.
Odarte do nagości dziedziny życia, pozostają szare i brzydkie, jak często spotykane twarze pijaczyn, wykrzywione w gombrowiczowskim stylu.
Na ulicach zbyt wiele Gombrowicza i Orwella, a za mało Leśmiana, Lechonia, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Staffa …
To nieuniknione, świat się zmienia. Ale dlaczego tak strasznie brzydnie?

 *

Jesteśmy w wielkim błędzie, jeśli uważamy naszą współcześnie epokę za prekursora wyzwolonego seksu. My tylko wymyśliliśmy jego brzydotę. Brzydka prawda i piękny fałsz, oto podstawowa różnica dzieląca nasze światy. 
*

Nie trzeba długo charakteryzować tego elementu naszego życia. Każdy, aż nazbyt dojmująco odczuwa wszech-panujący kult seksu. Ulice, szkoły, sklepy, gazety epatują bezwstydną nagością, czyniąc ją zwyczajną. Trudno jest nie zauważyć ogromnych bilbordów z półnagimi modelkami, filmów ociekających erotyką, w wielu przypadkach w złym guście. Współczesne trendy mody odzierają kobiety i mężczyzn z tajemniczości. Każą odsłaniać coraz więcej i więcej, nie pozostawiając nic, co by mogło być alkową ciała i duszy, dostępną tylko wybranym. Nic, co by mogło stać się przyczyną podniety i ekscytacji, źródłem domysłów i marzeń. Wszystko to staje się tylko przedmiotem niezdrowej i krótkotrwałej, konsumpcyjnej chuci.

*

W związku z ciągłym przesuwaniem granic dopuszczalnej, „publicznej erotyki”, oczywistym staje się fakt, że siła przyczyn podniety, musi być zdecydowanie większa. Wrażliwość na tą sferę nie jest już tak ogromna, przez co granica wolności musi wciąż się przesuwać naprzód. Podnieta staje się cenną, poszukiwaną i uzależniającą używką, która stale wymyka się z rąk. Aby jej sięgnąć, wynajduje się wciąż mocniejsze doznania.
Przez to, sfera intymna współczesnych, staje się smutnym wyścigiem, całkiem poważnym i profesjonalnym, według porad i podręczników, z migającym telewizorem w tle. To takie smutne. Oznaczać to może, że ludzkość wpada w zastawione przez siebie sidła wolności seksualnej.

*

Jeszcze nie tak dawno, w okresie międzywojennym, ten sam temat był towarzyskim tabu. 
„O tym się nie mówi, to się robi”, dewiza ta obowiązywała każdego prawdziwego gentlemana. Pomimo tego, nie brak było licznych, prawdziwych lub nie, plotek rozgrzewających wyobraźnię i atmosferę towarzyskich salonów. Jednak wszystko miało swój wyrafinowany smak i tajemnicę. Nikt tak naprawdę nie znał do końca romansowych powiązań, chyba, że zadeklarowali je sami zainteresowani. Tajemnica trwała za przyczyną dyskrecji mężczyzn i wstydliwości (jak kto woli pruderii) kobiet, li też poważnej dbałości o swoje związki oficjalne i opinię.

Sztuka uwodzenia istniała. Była wykwintna i rozbudowana. Stała się subtelną, rozpalającą zmysły grą. Trwała czasem zbyt długo, jak na współczesne gorące głowy, a nagroda w ostateczności mogła okazywać się wątpliwa. To nie miało znaczenia. To był, paradoksalnie, bez-parytetowy świat zdobywców obu płci. Bo zdobywanie było jak smakowanie wykwintnego dania. 




Nie dzisiaj wymyśliliśmy niekonwencjonalność i rozwody. Nasi przodkowie dużo śmielej myśleli o swoim intymnym życiu niż chcemy to przypuszczać. Prababcia to nie tylko zacna matrona ze zdjęcia w sepii- to również kobieta z krwi i kości, która przeżyła swoją młodość, być może radośnie i z „pieprzykiem”. Zachowując przy tym należytą dyskrecje i intymność swojego związku, ale co najważniejsze,  z fantazją.


Dwudziestolecie międzywojenne obfitowało w gorące, burzliwe związki wśród polityków, arystokracji i elit kulturalnych, ale też wśród zwykłych ludzi. O tych ostatnich wiemy najmniej.
Zofia Nałkowska prowadziła interesujące życie. Po zrzuceniu jarzma dwóch nieudanych związków, przeżywała burzliwe romanse, czasem z partnerami młodszymi o dwadzieścia lat, między innym z Bruno Shulzem. 
Podobnie Magdalena Samozwaniec, satyryczka, siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wyszła ponownie za maż za partnera, młodszego od siebie o dwadzieścia lat. 
Siostra- poetka zaś, trzykrotnie mężatka, nie pozostawała wierną żoną, przeżywając wciąż zawody miłosne.
Hanka Ordonówna, znana gwiazda przedwojennych kabaretów i filmów wiodła wolne życie artystki. Małżeństwo z hrabią Tyszkiewiczem, nie mogło zmusić jej do wierności. Legenda Ordonki przetrwała do dziś. Jej fascynująca osoba rozpalała męską wyobraźnie. Choć bywały ładniejsze i zgrabniejsze od niej, to żadna nie nosiła w sobie tej gorącej tajemnicy.
Fryderyk Jarosy uwielbiał kobiety, a one szalały za nim. Pomimo małżeńskich więzów, nie pozostawał obojętny na wdzięki płci przeciwnej, trwając w ślubnym związku, z przekonaniem, że rozwód byłby niegodziwością. 
Boy Żeleński wraz z żoną, swoje małżeństwo, zdefiniowali na swój sposób, dając sobie przyzwolenie na wielką intymną swobodę. Zawsze do siebie wracali. Dla związków nietradycyjnych również znalazło się miejsce w "belle epoque" –Szymanowski, Lechoń, Iwaszkiewicz pozostawali w związkach homoseksualnych.
Żadnego środowiska nie omijały takie wydarzenia. Skandale przenoszone pocztą pantoflową były równie pikantne jak dziś, a może nawet jeszcze bardziej interesujące. Niestety, wiele z nich, umotywowane utratą honoru, kończyły się dramatycznie. 

*

W porównaniu tych dwóch światów, można orzec, że zasadniczo nic się nie zmieniło. Ludzie pozostają tacy sami, ze swoimi wadami i zaletami, namiętnościami i pragnieniami. Zmienia się rzeczywistość, ale szala, w mojej opinii przechyla się na korzyść epoki poprzedniej. 

Brzydota naszego świata, wyzucie z tajemnicy, piękna, subtelnej romantyki, zubożało nas do kości. Ogólnodostępny świat mediów, na stałe podłączył nas do obrazów, które kiedyś chciano wyobrażać sobie i powtarzać wstydliwym szeptem na ucho. 
Wypruto wnętrzności intymnemu światu, wsadzono do szklanego słoja i udostępniono na widok publiczny.
Anatomicznie i szczegółowo rozpracowano technikę bliskich relacji partnerów, kradnąc im twarze i dusze. Młodym umysłom zaprogramowano techniki, medyczne formułki.
Zatruto ich psychikę obrzydliwymi szczegółami odzierającymi z subtelności i tkliwości, odbierając im niewinne pierwsze zadurzenie .Bo nie nadało się mu  należnego  znaczenia. 
Zapominając o najwyższych przymiotach człowieczeństwa, młodym daje się wciąż mniej romantyki, coraz więcej techniki.

Oto co dzieje się z naszym światem- „robotyziejemy”






Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...