środa, 6 kwietnia 2011

Fińskie rokastaa


Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.

Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.

Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 

Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.

Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.

Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.

Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.

Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.


Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”

Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.

Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała "Przegląd":

„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”

Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.

Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.

 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.


17 komentarzy:

  1. Świetnie że przypomniałaś ta historię. Bardzo Ci za to dziękuję !
    maro

    OdpowiedzUsuń
  2. Monia skąd Ty bierzesz te materiały? Świetnie się czytało!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzisiaj w radiu (Trójka) usłyszałam historię przedwojennego utytułowanego kolarza polskiego, który będąc na robotach przymusowych w Rzeszy oddelegowany był w 1943 do Katynia i leciał do Smoleńska. Nazwiska niestety nie pamiętam, ale gdybyś kiedyś mogła przybliżyć jego postać. Ty tak ładnie przybliżasz...
    Pozdrawiam i dziękuję za kolejne posty:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Markos- bardzo chciałam ją przypomnieć z wielu względów. Jednym z nich jest chęć ożywienia tego, co już dawno straciło kolor, choć kiedyś było tak soczyście kolorowe :)

    Aga-
    materiały mam w domowej szufladzie. Na szczęście wycinki z gazet i zdjęcia są rodzinną własnością, a wspomnienia rodzinnym dziedzictwem.
    Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Dziadek byłby zadowolony.

    Kiedyś może napisze o jego sławnych, na pół Polski sportowej, zakładach :)
    Agatko-
    musiałabym zaznajomić się z tą postacią. Nie wykluczam, gdy dotrę do rzetelnych źródeł :)
    Ja przede wszystkim dziękuję, że czytasz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. aro 49

    Moniko,
    Twój blog jest bardzo wartościowy.
    Takie wspomnienia są ważne.
    Twój blog ubogaca.

    Trzeba zachowywać wspomnienia rodzinne i dzielić się nimi. To wydaje się takie naturalne.
    Współcześni ludzie trochę o tym zapominają. Dziś oglądamy telewizję i to zajmuje cały nasz czas żyjemy sprawami w ogóle dla nas nieważnymi, które wręcz nas ogłupiają.

    Dawniej
    ludzie, którzy odeszli
    żyli w opowiadaniach, legendach.

    Ty swoim blogiem
    zachowujesz tę ciągłość pamięci.

    Dziś też ludzie odchodzą
    a zapominamy o nich
    (nawet w rodzinach)
    szybciej niż myślimy.

    OdpowiedzUsuń
  6. To dopiero niespodzianka :)
    Poznaję wreszcie szczegóły historii rodzinnych.

    OdpowiedzUsuń
  7. Monisiu, u Ciebie czuję się jak w najlepszej czytelni...ktoś mi podaje wspaniale napisaną książkę lub artykuł...a ja sobie czytam i poszerzam wiedzę!!! Nie miałam do tej pory pojęcia jak wyglądały zawody i kontakty naszych pływaków z Finami. Pozdrawiam Cię serdecznie i buziaczki przesyłam.

    OdpowiedzUsuń
  8. aro 49

    I zauważyłem, że wystrój pulpitu się zmienił w nowe symbole:
    Fryderyk Chopin na sercu symbolem miłości do jego muzyki i muzyki klasycznej w ogóle.
    Książki, książka symbolizuje całość wszechświata, prawdę, naukę, uczoność, wiedzę, siedem sztuk wyzwolonych, mądrość, magię, roztropność, sztukę, prawdę, historię, Biblię, Ewangelie, dziesięcioro przykazań, godność, sprawiedliwość, potęgę, cnotę, czystość, przeznaczenie, los, ucieczkę od rzeczywistości.
    Klucze, klucz symbolizuje powagę, władzę, dozór; opiekę; wierność; życie; fallusa; porządek; wyzwolenie, uwolnienie; rozróżnianie, oddzielanie; otwarcie i zamknięcie, wiązanie i rozwiązywanie; rozgrzeszanie; udostępnianie; opanowanie; zadanie i sposób jego wykonania; wtajemniczenie, tajemnicę, wiedzę; rozwagę, dyskrecję, ostrożność.

    OdpowiedzUsuń
  9. aro 49

    Wieczne pióro symbolizuje mądrość i powagę.
    Zegar symbolizuje umiar, przemijalność czasu i życia ludzkiego, równowagę we wszechświecie.
    Pismo, litery symbolizują odczuwanie świata.

    OdpowiedzUsuń
  10. Stworzyłaś miejsce, mimo że wirtualne, to jednak posiadające niepowtarzalny klimat...
    To oaza dająca wytchnienie od zgiełku tego zwariowanego świata, w którym przyszło nam żyć... Żałuję tylko, że tak rzadko piszesz, ale rozumiem, że na przygotowanie każdego wpisu musisz poświęcić sporo czasu.
    Nazwisko kolarza, o którym ktoś tutaj wspominał, wyleciało mi z głowy, lecz wiem, ze miał na imię Stanisław,mieszkał w Radomiu, a jego żona, Jadwiga, zdobyła tytuł "miss" tegoż miasta.

    OdpowiedzUsuń
  11. Aro, ale pominąłeś w opisie nowego wystroju najważniejszą zmianę: ta piękna kobieta z kokardą we włosach i z nutami Chopina na sercu - to przecież nasza Monika :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękne wspomnienie :) Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  13. Takie wycinki z gazet i zdjecia sa bezcenne, masz bardzo fajne i mile rodzinne wspomnienia...! dobrze ze o nich pamietasz...

    Pozdrawiam. M

    OdpowiedzUsuń
  14. Moniko - przepraszam za zamieszanie z moim ostatnim wpisem. Rano zadziałała autocenzura (no oczywiście ;) i musiałam zmienić to, co napisałam, było zbyt osobiste i przy tym jednak ogólne, wprowadzało w błąd. W tym wszystkim wraz z poprzednim postem zniknął z bloga Twój komentarz, ale jest zapisany w mojej mailowej poczcie i przede wszystkim na pewno w mojej pamięci. Sprawa jest dużo mniej skomplikowana, niż to można było odczytać (w nowej wersji staram się już powiedzieć o wszystkim wprost). Bardzo Ci dziękuję za dobre słowo.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Aro-
    aż tak bardzo metodycznie nie podchodziłam do symboliki z tła, ale przyznam , że coś w tym jest.
    Ładnie powiedziane.

    Lenka-
    a widzisz....:)

    Graszko-
    to tylko taki mały epizodzik. W sumie fakt, jakich wiele w tamtym czasie i w czasach naszych, współczesnych. Najważniejsi są ludzie i to jak przeżywali własne życie.
    Życzę sobie i Wam, aby Wasze wnuki pamiętały tak samo :).


    Janusz-
    mam kilka teł, które co jakiś czas wymieniam. Teraz przyszła kolej na ten.

    Każda wariatka ma w głowie kwiatka :)

    Margo-
    jak zwykle cała przyjemność po mojej stronie :)

    Mamsan-
    dzięki zapobiegliwości dziadka, mam ich cały album.

    Ada-
    Cieszę się, że to nic poważniejszego niż to co już się wydarzyło.
    Co do komentarzy- nie przejmuj się. Najważniejsze, że wiadomość do Ciebie dotarła. Właśnie idę sobie na Twój blog :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Tak, to bardzo ciekawa i piękna historia Monika..i zapewne stanowiąca jednocześnie rodzinną pamiątkę - wszelkie tego rodzaju pamiątki są niezwykle cennymi zarówno dla nas samych jak i dla potomnych..

    I choć nie znam się na tej dyscyplinie, to przyznam że Twoja opowieść b. mi się podobała..(następnym razem może by tak coś o "piłce"??)

    Pozdrawiam Cię cieplutko :)
    K.Bonawentura

    OdpowiedzUsuń
  17. Tak, bardzo ciekawa i piękna to historia Moniko - zapewne stanowiąca jednocześnie pamiątkę rodzinną..Tego rodzaju pamiątki są niezwykle cennymi zarówno dla Nas samych jak i dla potomności..

    Wprawdzie nie znam się na tej dyscyplinie, ale Twoja opowieść bardzo mi się podobała..(a może by tak następnym razem coś o "piłce"?? hihi)

    Pozdrawiam Cie cieplutko :)
    K.Bonawentura

    OdpowiedzUsuń

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...