poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dziewczyna o smutnych oczach. Tajemnicza Tamara Wiszniewska, polska Greta Garbo.

Tamara ww


To był wspaniały początek kariery. Debiut na miarę współczesnych czasów. Prawie jak wybuch supernowej. Pierwszy poważny film z doborową obsadą wielkich kinowych gwiazd i ona. Obsadzona w jednej z kluczowych ról w kolejnej, modnej i porywającej za serce ekranizacji powieści Mniszkówny pt. „Trędowata”. Zagrała Lucię. Młodszą siostrę Ordynata Michorowskiego. W 1936 roku miała siedemnaście lat, a przed sobą prostą drogę do wspaniałej kariery. Najwyraźniej jej kreacja oraz wyrazista gra spodobała się reżyserom, bo odtąd była obsadzana w poważnych rolach i w ciągu czterech lat wystąpiła w czternastu kinowych przebojach. Wpadła w wir intensywnej pracy na planie. Była jedyną aktorką, która w tak młodym wieku odniosła ogromny sukces.


Od samego początku swoją grą zaznaczyła bardzo wyraźnie, że jest urodzona aktorką dramatyczna. Grała dostojnie i dojrzale, co przy jej wieku czyniło ją wyjątkową. Miała ogromną grację i dostojeństwo. Jej spojrzenie było wręcz magnetyczne i przenikające, pełne nostalgii. Od jej twarzy bił ogromny spokój. Powaga rysów sprawiała, że wyglądała na dojrzalszą i starszą. To wszystko, a na dodatek blady uśmiech i tajemniczość to cechy, dzięki którym stała się aktorką typu Grety Garbo.


Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie, zgrabnej sylwetce oraz niekwestionowanemu talentowi została amantką filmową i występowała z takimi sławami jak: Aleksander Żabczyński, Jerzy Pichelski czy Franciszek Brodniewicz. W 1938 roku Wiszniewska oraz aktor Mieczysław Cybulski grający razem w filmie „Dziewczyna szuka miłości” zostali okrzyknięci „najpiękniejszą parą kochanków ekranu”.


tamara i czb


Tamara trafiła na warszawskie salony. Była bywalczynią wspaniałych, wykwintnych przyjęć. Była oklaskiwana i niejednokrotnie wyróżniana jako „królowa balu”. Na planie „Ordynata Michorowskiego”, w 1937 roku poznała starszego od siebie o dwanaście lat Władysława Mikosza, producenta filmowego. Bardzo szybko zdecydowali się na ślub, a niedługo potem na świat przyszła ich córka- Irena.


Jej dorobek artystyczny jest imponujący: „Trędowata”, „Ordynat Michorowski”, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Kobiety nad przepaścią”, „Dziewczyna szuka miłości”, „Biały murzyn” to najważniejsze filmy w jej karierze.


Niewiele wiadomo o Tamarze Wiszniewskiej prywatnie. Jej dzieciństwo i okres dorastania to niestety czarna plama. Wiadomo tylko, że rodzina jej pochodziła z Wołynia. Jakim cudem znalazła się w Warszawie? W jaki sposób dostała się do filmu? Nie ma informacji.


W przedwojennej prasie są tylko wzmianki. Nie trafiłam na żaden wywiad.


Z pewnością życie młodej, zakochanej i szybko zamężnej aktorki nie było tak ekscytujące dla publiczności jak podboje sercowe Iny Benity czy Elżbiety Barszczewskiej.


Wiemy, że była kobietą elegancką i wytworną, lubiła piękne stroje i ekskluzywną biżuterię. Paliła papierosy.


Gdy nastała wojna, Tamara Wiszniewska-Mikosz zadecydowała o wyjeździe z Polski. Mąż działał aktywnie w podziemiu dlatego para na okres wojenny została rozdzielona. Ona wraz z córką wyjechała do Czech.


Fragmenty wywiadu w amerykańskiej gazecie „Times Union” z 1974 roku potwierdzają jej wojenne dzieje:


"Kiedy przyszli Niemcy, intuicja podpowiadała mi, że powinnam mieć na sobie coś cennego do wymiany. (...) Wszyłam biżuterię w ubranie. W ten sposób kupiłam bilet do wolności, kupiłam chleb i dzięki temu nigdy nie byłyśmy ( przyp. ja i córka) głodne"


Tamara wspominała: „Sprzedałam ostatni dwukaratowy diament, żeby wykupić swoich rodziców z okupowanej przez Rosjan Czechosłowacji i sprowadzić ich do zachodnich Niemiec. Wtedy papierosy i kawa były więcej warte niż biżuteria”


Ona i Władysław Mikosz zobaczyli się dopiero po wojnie w Bawarii w obozie uchodźców, gdzie Tamara uczyła języka angielskiego oraz matematyki, a jej mąż prowadził programy YMCA.


Organizacja ta umożliwiła przeniesienie rodziny Mikoszów do Rochester w stanie New York w 1950 roku.


W tym samym wywiadzie małżeństwo opowiedziało dalej, że nie pozostało im nic z dawnego życia. Sprzedali całą biżuterię i kosztowności. Wszystko oddali organizując życie i ratując się z zawieruchy wojennej. Jedyne co im zostało jako relikt przeszłości i wspomnienie dawnego życia to trzy ozdoby świątecznie: tradycyjny polski Anioł, gwiazda i srebrny ptak.


Osiedlili się w Rochester. Tamara już nie powróciła do swego zawodu. Pracowała jako recepcjonistka w George Eastman House w Rochester oraz jako tłumaczka.


Umarła w wieku 62 lat.


Tamara


W Rochester pozostała jej rodzina. Moje próby skontaktowania się z wnuczką Tamary Wiszniwewskiej, panią Lindą na chwilę obecną nie przynoszą rezultatu. Jednak nie poddaję się.


Źródła informacji: http://blogs.democratandchronicle.com


Zdjęcie z Cmentarza: Alan Brownsten


 Zdjęcia: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/


Materiał o charakterze edukacyjnym.

czwartek, 13 listopada 2014

Zrozumieć przedwojenne kino.

 

[caption id="attachment_911" align="aligncenter" width="392"]Screenshot_3 Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych[/caption]

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.


Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.


Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?


Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.


Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.










Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.




[caption id="attachment_912" align="aligncenter" width="211"]Screenshot_1 Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl[/caption]

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.


Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.


A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.




[caption id="attachment_914" align="aligncenter" width="672"]94c51b5661 Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie "Dwie Joasie". Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności[/caption]

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.




[caption id="attachment_915" align="alignnone" width="625"]Pola_Negri_fot_Hulton_5851916 Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl [/caption]

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.


Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.


Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.


http://youtu.be/ixQFgM7Xryo


Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.


http://youtu.be/W5iNIReCaD8?t=3m28s


W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projektKonserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.


Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.


Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



http://youtu.be/0NXVJSiBlLw


środa, 22 października 2014

Pięć lat blogowania- staruszek blog


Czas leci prędko i niepostrzeżenie. Nieoczekiwanie, niespodziewanie i złośliwie mija pięć lat, odkąd wpisałam swój pierwszy post i odkąd tak głupawo, dość dziwnie nazwałam swojego bloga. Wtedy nie miałam żadnego pojęcia o blogowaniu, blogosferze czy podobnych internetowych cudach. Nie miałam też żadnego biznesplanu, jak to teraz, często ma się w zwyczaju, ani też planów podboju kosmosu. Ot po prostu zaczęłam zwyczajnie, po cichu. Od samego początku miał to być blog o ludziach ( nie o mnie) niezwykłych, cudownych i zapomnianych. Chyba wtedy poczułam w sobie żal, że prawdziwe wartości tak bardzo są spychane na margines i nikną w zalewie tandety... już nie pamiętam. Moim celem był i wciąż pozostaje człowiek i pamięć o nim.
Próbowałam felietonów, recenzji i historycznych wywodów. Chciałam pisać patriotycznie, może mniej patetycznie. Starałam się być szczera, a wyszło, że naiwna i dziecięco ufna. Z początku nie czułam ciężkości i powagi tego o czym pisałam. W miarę jak pojawiali się czytelnicy zdałam sobie sprawę z odpowiedzialności. Unikałam ocen i podniecania niezdrowych emocji. W moich rękach misterna koronka ludzkiego losu mogła pozbyć się tylko patyny i szarości. Mogła na nowo otrzymać swój blask. Ze względu na szacunek do rodzin moich bohaterów, z którymi niejednokrotnie miałam do czynienia, starałam się pisać wyważenie i z taktem. Oparłam się wielu pokusom prowokowania i wzbudzania niezdrowej, czasem opłacalnej sensacji. Choć karą za odmowę jest cichy, blogowy margines. W miarę pisania, rozciągałam teksty. Przestały pojawiać się zajawki. Wyrastały artykuły. Pojawiły się komentarze i to prawie same pozytywne. Dobre duchy, którym podobało się moje pisanie zachęcały mnie do coraz nowego spojrzenia na blog. Dużo zawdzięczam osobom, które spotkałam przez te pięć lat. Zapoznałam ich dzięki blogowi. W tym znajduję największą wartość mojej pracy. Poznałam pisarzy, poetów, dziennikarzy, działaczy kulturalnych, cudownych blogerów, którzy wyrośli i rozkwitnęli na moich oczach. Wiele z nich odcisnęło swój trwały ślad we mnie i na blogu. Pomagali zaprojektować tło, zredagować najtrudniejszą notkę na blogu: „O mnie”, radzili, zachęcali, poświęcali uwagę i swój cenny czas. Za to chcę im bardzo podziękować. Jestem również wdzięczna za otrzymaną nagrodę „Blog Roku”. Pozostanie ona dla mnie wielkim wyróżnieniem, choć zdaję sobie sprawę, że słabo zasłużonym.
Jestem wdzięczna za wszelkie wiadomości, które dostałam. Zdarzyło się, że e-maile od nieznanych osób wstrzymały mnie od zamknięcia bloga. Dziękuję każdemu, kto choć raz do mnie napisał. Dziękuję za wiele życzliwości i wsparcia, za mnóstwo dobrych i ciepłych słów. Dziękuję, że mogę dzielić się z Wami moją pasją i że chcecie tu czasem zajrzeć.



Tymczasem jestem w tym cichym, spokojnym miejscu, opornym na popularność, trendy i modę. Jestem świadoma, że piszę za rzadko. Ogień pali się zbyt słabo. Trudno blogerowi wytłumaczyć się ze swojego lenistwa. Dlatego mogę jedynie obiecać, że następne pięć lat, będę przykłada się dużo mocniej. Tylko co to będzie, jak tematy mi się wyczerpią, a gwiazd przedwojennego nieba zabraknie?

Żeby należycie uczcić pięciolecie bloga-staruszka idę na galę rozdania nagród im. Wisławy Szymborskiej, na którą  mam zaszczyt być zaproszona przez Fundację Wisławy Szymborskiej.

poniedziałek, 20 października 2014

Nagroda Poetycka im. Wisławy Szymborskiej 2014 – druga edycja

logo_nagrody


W 2014 roku po raz drugi zostanie wręczona Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.


Kapituła pod przewodnictwem Adama Pomorskiego spośród 169 książek w maju wybrała 5 nominowanych: „Echa” Wojciecha Bonowicza, „Języki obce” Jacka Dehnela, „W innych okolicznościach” Mariusza Grzebalskiego, „Zapisane” Julii Hartwig oraz „Pulsary” Michała Sobola.


Michał Sobol fot. Kornelia Szpunar fot_ania_piotrowska


dehnel fot.Piotr Sunderland


Mariusz Grzebalski fot.Maciej Fiszer


wojciech-bonowicz-echa-biuro-literackie-2013-10-12-530x703


Nazwisko tegorocznego laureata Nagrody zostanie ogłoszone 25 października 2014 podczas uroczystej gali, która odbędzie się w krakowskim Centrum Kongresowym ICE.


Autor nagrodzonej książki otrzyma statuetkę oraz 200 tysięcy złotych,


Nominowani sięgają po zupełnie różne tematy: konfliktu między człowiekiem i naturą, moralnych aspektów poznania, ograniczeń, jakie rodzą sytuacje komunikacyjne, biedy i wykluczenia społecznego, zanurzenia w tradycji, życia sztuką, egzystencjalnych niepokojów. Właśnie taka różnorodność stanowi wartość cenioną wysoko przez kapitułę Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Zwraca ona bowiem uwagę na mocne, wyraziste, niezależne głosy poetyckie, na poezję świadomą samej siebie i swojej roli w świecie, na taki rodzaj twórczości, który wprowadza nową wartość do współczesnej literatury.


Organizatorem konkursu jest Fundacja Wisławy Szymborskiej. Nagroda im. Wisławy Szymborskiej została powołana na mocy testamentu Noblistki. Celem nagrody jest popularyzowanie poezji. Chcemy nie tylko przyciągnąć uwagę czytelników, ale też wydawców, zachęcić ich do publikowania utworów polskich autorów oraz tłumaczeń poezji obcej, która jest słabo obecna na polskim rynku księgarskim. Sprzeciwiając się pośpiechowi, powierzchownemu uczestnictwu w kulturze, dominacji słabej literatury masowej, pragniemy dowartościować poezję jako rodzaj sztuki trudnej, lecz ważnej. Nagradzamy twórców, którzy potrafią zachować niezależność, kreują swój własny, niezależny od kontekstu polityczno-społecznego świat, operują mistrzowską dykcją.


Laureatami pierwszej edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej zostali ex aequo Krystyna Dąbrowska (za tom Białe krzesła) i Łukasz Jarosz (za tom Pełna krew).


25 października o godzinie 20:00 zapraszamy do oglądania gali w TVN24 oraz w streamingu – na portalu tvn24.pl oraz lubimyczytać.pl.


 Dzień później, 26 października zapraszamy na spotkanie z Laureatem/Laureatką Nagrody im. Wisławy Szymborskiej 2014, które odbędzie się podczas 18. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie (sala seminaryjna Lwów A, godz. 12:00).


Do promocji Nagrody, a także nominowanych książek oraz laureata włączył się Empik, który przygotował „pakiet promocyjny”, w ramach którego w swoich salonach oraz na stronie internetowej będzie promował nominowane i nagrodzone tomy.


Partnerem Strategicznym konkursu jest Fundacja PZU.


Więcej o nagrodzie:


nagrodaszymborskiej.pl


 ( notka prasowa)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kto to?


Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.
Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

piątek, 1 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy-Mieczysław Fogg


M. Fogg
Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.
Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.
Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławny chórze Dana.
Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.
Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno 104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”
Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.
Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował tą właśnie piosenkę Mieczysławowi Foggowi.
http://youtu.be/wBBoFjUDSjA

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.
Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

niedziela, 18 maja 2014

Jak powstały "Czerwone Maki"

czerwone Maki
W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.
"Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli "za Polskę się bić".  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich - mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.
Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:
Czerwone Maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły Polską krew...
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni!...
I tylko maki na Monte Casono
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!
W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu."



zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Poski 1942-45, www.kresy-siberia.org
cytat z książki: "Była sobie piosenka" Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

środa, 30 kwietnia 2014

Aleksander Żabczyński- czarujący amant.


Minęło 110 lat od jego urodzin. Aleksander Żabczyński nigdy nie planował zostać aktorem. Sam twierdził, że pociągała go matematyka i architektura. Ponieważ jego ojciec był generałem, oczywistym było, że kariera wojskowego została mu przyporządkowana. Z powodzeniem więc skończył szkołę podchorążych. Po powrocie ze służby wojskowej podjął studia prawnicze, których nie ukończył z powodu różnicy zdań z nauczycielem podczas egzaminu.

Aktorstwo miało być zabawą i odskocznią od poważniejszych zajęć. Wstąpił do szkoły filmowej za namową uniwersyteckiego kolegi. Po niej zaś do nowo tworzonej w 1922 r,  przez Juliusza Osterwę „Reduty”(nowatorskiego instytutu teatralnego zrzeszające polskie, młode środowisko teatralne), również za namową tego samego kolegi. Od tego czasu rozpoczęła się jego wielka przygoda z teatrem. Okazał się pracowitym, pochłoniętym pasją aktorem. Tutaj poznał swoją przyszła żonę, której, jak sam twierdził, zawdzięczał wiele, pod względem aktorskim. Szybko zdobywał nowe umiejętności.

Mówił w wywiadzie: „Kto się zaprzęgnie w rydwan przemożnej pani sztuki, ten musi się jej całkowicie oddać”. Tak też czynił. Jego wdzięk, pełna uroku aparycja, z lekka nonszalancki styl bycia, bynajmniej, mu w tym nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, stały się jego dodatkowym atutem w zdobywaniu popularności, oraz serc niewieścich. Młode panienki kochały się w nim na zabój. Wystawały pod jego oknami, teatrami w których grywał. Był bożyszczem wciąż otoczonym wianuszkiem zakochanych pensjonarek.


„Żaba”, czule nazywany przez znajomych, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów przedwojennego kina w Polsce. W swojej osobie, tak doskonale skupił wszystkie pożądane cechy klasycznego amanta filmowego. Był przystojny, miał namiętny głos, wybitnie arystokratyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, zawsze wykwintnie ubrany- jednym słowem-doskonały.
W przeciwieństwie do ulubionego przeze mnie Eugeniusza Bodo, który był zbyt krępy i mniej urodziwy, Żabczyński samą swą urodą łamał niewieście serca. Miał twarz szlachetną przyjemną, uwodzący uśmiech i spojrzenie Nonszalancję w gestach i postawie, swobodę i niezaprzeczalny urok. Miał zamiłowanie do eleganckich toalet i wyborowego towarzystwa.

Popularność wśród kinowej publiczności zdobył dzięki lekkim, przyjemnym komediom, w którym, jak zwykle, grywał role pierwszoplanowe. W sumie zagrał w 26 filmach.
„Pani minister tańczy”, „Manewry miłosne”, „Jadzia”, „Sportowiec mimo woli”, „Ada to nie wypada”, „Panienka z post restante”, „Zapomniana melodia” to tylko niektóre produkcje komediowe, w których grywał. Jako aktor, swój kunszt aktorski udowodnił w dramatach: Np. „Trzy serca”, „Biały murzyn”, „Złota maska”.

W kreacjach bohaterów komediowych potrafił być zabawny, ale nigdy nie pozbawiał się tej nutki wyniosłości, arystokratycznej nonszalancji.. Miał jedyny w swoim rodzaju sceniczny urok „niebieskiego ptaka”. Skupiał w sobie wiele sprzeczności: namiętność z zimną wyniosłością, delikatność z wykwintnością, gorące serce i nonszalancję.


Był bardzo lubiany przez kolegów z branży. Jadwiga Andrzejewska mówiła o nim: „bardzo przyjemny kolega”. Powszechnie znany był ze swojej wysokiej kultury osobistej i taktu. Jego dobre wychowanie stało się wręcz przysłowiowe. Żartowano z niego, że gdy ma otworzyć pudełko sardynek, wpierw puka w wieczko.
Gdy nastała wojna, bardziej niż aktorem, poczuł się żołnierzem. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako porucznik artylerii przeciwlotniczej do 18 września. Został jeńcem, internowanym do oflagu na Węgrzech. Stamtąd zbiegł do Francji i przebywał tam aż do ogłoszenia kapitulacji. Od 1942 roku z Armią Polską przebywał na Bliskim Wschodzie ( Bagdad, Palestyna, Egipt, Irak). Przeszedł całą kampanię włoską, walczył o Monte Cassino, gdzie został ranny. Za zasługi wojenne został odznaczony Krzyżem Walecznych i awansowano go do stopnia kapitana. Po wojnie pracował w Salzburgu przy Czerwonym Krzyżu, ale skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji by powrócić do Polski.


Cieszył się na myśl powrotu na sceny polskie. Po wojnie nie występował już w filmach. Nie był już tak jak przed wojną beztroskim amantem filmowym. Miał zasobą ciężkie wojenne przejścia i niemłody już wiek. Uwarunkowania polityczne w jakich się znalazł, z pewnością nie pomogły mu w kontynuowaniu kariery aktorskiej. Był synonimem dawnego, kapitalistycznego świata, przypomnieniem znienawidzonej arystokracji co z góry skazywało go na niepowodzenie. Mimo to znalazł swoje miejsce.

Brał udział w słuchowiskach radiowych, często grywał w teatrze. Jako jeden z pierwszych aktorów grywał w teatrach telewizji. Zmarł w 1958 roku. Jego skromny grób znajduje się na warszawskich Powązkach.
Nie zapomnijcie o nim. Bardzo proszę.
Jego żonie, mądrej osobie, niedocenionej aktorce poświęcę osobny wpis.

Zdjęcie powojenne 


*
Przemijanie jest wolne, prawie niewidoczne, lecz w ostateczności bolesne. Przemijają czasy, wydarzenia i ludzie. Tak mi jest ich żal. Żal mi i nas, bo wiem, że ten czas zapomnienia nadejdzie i dla nas. Więc czy nie warto pamiętać? Twarz roześmianą, pogodną, człowieka wielkiego ducha i serca, tak bardzo wartościowego. Człowieka kiedyś tak bardzo znanego i kochanego, teraz kompletnie zapomnianego. Cóż będzie z nami, skoro taka kolej losów ludzi, którzy ze sławą byli na „ty”?


niedziela, 6 kwietnia 2014

Patronat medialny

Trzecia edycja Konkursu Wiedzy o Literaturze Rosyjskiej
pod patronatem honorowym
JM Rektora UŚ
Prof. zw. dra hab. wiesława banysia

9 kwietnia 2014 r. o godz. 10.00, w ramach 10. Studenckiego Festiwalu Nauki Uniwersytetu Śląskiego, odbędzie III Konkurs Wiedzy o Literaturze Rosyjskiej dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Organizatorem Konkursu jest Koło Naukowe Rusycystów „Rosyjska Ruletka”, działające przy Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej UŚ. Patronat honorowy nad trzecią edycją Konkursu objął JM Rektor Uniwersytetu Śląskiego prof. zw. dr hab. Wiesław Banyś.
Celem Konkursu jest nie tylko przybliżenie uczniom twórczości znanych pisarzy rosyjskich, zainteresowanie Rosją i językiem rosyjskim, zachęcenie młodzieży do czytania, czy kształtowanie umiejętności wykorzystania zdobytej wiedzy, ale również aktywna współpraca ze szkołami oraz promocja Uniwersytetu Śląskiego w środowisku uczniowskim i nauczycielskim.
Konkurs przyjmie formę testu, składającego się z pytań otwartych i zamkniętych, które będą dotyczyć analizy, treści i wymowy ideowej jednego z dzieł literatury rosyjskiej – zarówno klasycznej, jak i współczesnej. W trzeciej edycji Konkursu Organizatorzy zaproponowali następujące utwory: „Wiśniowy sad” Antoniego Czechowa, „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa, „Polowanie na kaczki” Aleksandra Wampiłowa, „Jest noc” Ludmiły Pietruszewskiej, „Cukrowy Kreml” Władimira Sorokina oraz antologię opowiadań „Moskwa Noir” pod redakcją Natalii Smirnowej i Julii Goumen.
Zwycięzcy Konkursu otrzymają nagrody rzeczowe (zestawy książek, audiobooków, pomoce do nauki języka rosyjskiego, gadżety), które przekazali na Konkurs: Biblioteka Akustyczna, Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, Dom Wydawniczy PWN, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Ośrodek KARTA, Wydawnictwo Agora, Wydawnictwo Arkady, Wydawnictwo Editio, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwa VIDEOGRAF SA, Firma Filcstyle oraz Wydział Promocji, Informacji i Turystyki Urzędu Miasta w Sosnowcu. Fundatorem nagrody głównej – czytnika książek elektronicznych – jest Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód.
Tegoroczną edycję Konkursu wspierają medialnie: Portal Kulturalny Art Imperium, Biblionetka, Bookeriada.pl, Czasopismo młodzieżowe „Cogito”, Co się dziwisz – Blog Moniki Zakrzewskiej, Instytut Wschodnich Inicjatyw, Polski Portal Edukacyjny Interklasa, Krytycznym okiem, Literatki, Papierowe Myśli, Silesiakultura.pl, Students.pl, Talent.pl, Tyska Strona Poezji, „Wiadomości Zagłębia”, Wydział Kultury i Sportu Urzędu Miasta w Sosnowcu, Xiegarnia.pl oraz „Zupełnie Inny Świat”.
Regulamin Konkursu oraz szczegóły dotyczące proponowanych lektur (tłumaczenie, wydawnictwo, miejsce i rok wydania) dostępne są na Portalu „Rosyjska Ruletka”: www.rosyjskaruletka.edu.pl.
Koordynatorzy projektu:
Lidia Mięsowska: lidia.miesowska@us.edu.pl, Anna Tyka: anna.tyka@us.edu.pl

Wszelkie pytania można kierować również na adres: 

poniedziałek, 31 marca 2014

Władysław Grabowski-baron na scenie.

-Tym razem -panie fryzjer- proszę przerzucjic mi loki na drugą stronę, i w końcu- panie fryzjer- okielznaj pan moją burzę wlosów-
Panie, tak lubiłem jak on do mnie przychodził. Sypał kawałami jak z rękawa. Moja koleżanka Lodzia, nie mogła przy nim pracować. Mówił jej komplementy i miny do niej stroił.  Zaraz się czerwieniła i przypalała loki żelazkiem. Nawet powiedział, że gdyby nie był taki stary to...  reszty nie dosłyszałem bo je na ucho powiedział, a biedaczka zaczerwieniła się jak piwonia.Oj kobietki go lubiły.
Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.
Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.
 W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.
Był lubianym i stałym bywalcem towarzyskiej śmietanki. Nie stronił od wykwintnego towarzystwa artystycznej bohemy, lubianym, bo rubasznym i skorym do żartów.. Był znanym i stałym bywalcem warszawskich lokali.
Z kinem zbratał się od samego początku. Swoje pierwsze kroki nac kinowym ekranie, stawiał jeszcze za czasów kina niemego. Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)
 W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).
Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”. W kreacjach komediowych można go było zobaczyć w takich filmach jak: "Mój papa się żeni", "dwie Joasie".
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup. Nie wiem, co się z nim działo podczas wojny, co robił i jak ją przeżył...
Przeglądając zdjęcia w internetowej bazie, natrafiłam na pozowane zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.

Bibliografia:
"W starym kinie" Stanisław Janicki, KAW, Warszawa, 1985 r
„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Sławomir Koper, Bellona, Warszawa, 2010

niedziela, 23 marca 2014

Urodzinowa prywata-wiosna

Od mojej Mamy poetki otrzymałam urodzinowy wiersz..

Odradza się
nagością drzew błyszcząca
pastelem kolorów przytulona
do ziemi
kiełkuje w głębi ziaren
co uśpione kołysała biel
tak oczywista a tak
inna
świeżością dzieła, które stwarza
czeredą uderza w okna i oczy
ociężałe myśli
kieruje na słoneczną stronę




piątek, 7 marca 2014

Zapomniana kobieta- Ina Benita


Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 
Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady. Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.
 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.


W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.
 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco  podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:
 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic)
 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.
 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:
 "Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)
 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.
  Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 
 Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:
  „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 
 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas.
Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne

poniedziałek, 17 lutego 2014

"Zorkownia" Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.


W hospicjum jest pełno zajętych łóżek. W hospicjum jest pustka pustych łóżek. Pojawiają się i odchodzą terminalnie chorzy. Rzadko który z nich odchodzi do życia.
Są lekarze „białe kolumny”, „najbardziej samotni”. Są pielęgniarki, które czasem zapominają o noszeniu w kitlu empatii. Są także szafarze posługi duchowej, jak cienie; za monumentalne, za smutne. Wreszcie wolontariusze. Reszta przychodzi bo nie chce, a musi.
Hospicjum wymaga ciszy i delikatności. Oczekuje lekkości kroków gdy panoszy się ból. Spodziewa niewidzialności materii gdy zapalone są świece. I żyje.
Pojawiają się pacjenci. Każdy ma imię i inny życiorys. Każdy ma niepowtarzalny charakter i reakcję wobec faktu. Wady? Okazują się nieistotne.
Doświadczając choroby i bólu, w gratisie otrzymując upokorzenia. Samotny spacer chorego ku ostateczności rozrywa więzi ze światem. Krępuje niemocą bliskich. Miażdży.

Eteryczny człowiek odwiedza sale. Wolontariuszka. Nie wybiera, nie selekcjonuje. Otacza jak powietrze, nienachalnie poznaje- „zna swoje miejsce”. Potem trzyma za rękę gdy boli. Całuje w czoło, pieczętując przyjaźń. Mostem łączy śmierć i życie. Rosną jej skrzydła. Z potrzeby serca, zwykłej ludzkiej życzliwości nagina bezduszne zasady. „Nie wolno” wobec śmierci- jakież to staje się trywialne.
Zorkownia, Zorka, Zoreczka- siedziba pięknego ducha. Zarzewie nadziei w sprawach beznadziejnych na kształt świętej Rity. W końcu klucz do oswojenia strachów starych jak cała ludzkość.

Pstryk


Książka ta jest jak utwór muzyczny. Ludzie pojawiają się jak nuty. Krótsze żywoty i dłuższe, ósemki, półnuty. Dźwięczą i przemijają. Zmiany rytmu jak w wariacji z ciągłym tykaniem metronomu w tle. Każda nuta ma swój czas i brzmienie. Prawdziwa symfonia życia. Nie ma tu głównego bohatera, jest ich wielu, tak samo ważnych. Motywem łączącym wszystkie historie są wolontariusze. Atomek jest jednym z nich. Zaznacza się akcentem w większości historii. Zapisany gdzieś na marginesie jego los, napawa optymizmem i wiarą w dobre zakończenia.

Autorka stosuje oszczędną narrację. Sens nie ginie w potokach słów, ani opisów. Nieformalny, blogowy styl jest zaletą z wielu powodów. Skupia się na emocjach. Te próbuje łowić i opisać najprościej jak się da. Tak po ludzku, na bieżąco. Krótkie, wręcz ascetyczne zdania, obdarte do kości z ozdobników, jak pacjenci ze złudzeń. Minimalizm w stylu Wisławy Szymborskiej podkreśla emocjonalną inteligencję autorki i psychologiczną intuicję. Krótkie rozdziały, przejrzystość i lekkość stylu zdają się być celowymi zabiegami zachęcającymi do czytania. W zetknięciu z ciężkością i ważnością tematu, to mądre działania świadomej literacko osoby.
Agnieszka niewiele mówi o sobie, nie cechuje wyraźnie swoją osobowością historii pacjentów. Jest przeźroczysta, pokorna i skromna. Ujawnia tylko najbardziej traumatyczne wydarzenie ze swojego życia, do którego wciąż powraca. Ono staje się początkiem, motorem i mostem łączącym ją z cierpiącym człowiekiem.
Umierającej córeczce obiecuje, że będzie dzielna, że bez niej da sobie radę. I daje. Odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości, którą musi się podzielić. Chce nią obdarować kogoś, kto najbardziej tego potrzebuje. Tak trafia do hospicjum.
Poznaje je od podszewki. Stąpa lekko, delikatnie jak kot. Amortyzuje bezduszne hospicyjne procedury, które odzierają ludzi, za życia i po śmierci, z godności. Doskonale wie, że jej działania nie są wystarczające. Zorki jest za mało. To jej jednak nie zraża, bo wie, że warto. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i wartościowy. Na redukcję pacjenta do jednostki chorobowej nikt w hospicjum nie daje zgody. Zorka idzie dalej. Taktownie i bez presji poznaje swoich podopiecznych. Ma klucz do prawie każdego z nich. Bez strachu wchodzi z nimi w bardziej zażyłe relacje, wyznaczając granice swojego bezpieczeństwa. Chłonięcie emocji jak gąbka jest niebezpieczne. Pacjent to nie tylko kłębek cierpienia. To osobowość, która, choć z wyrokiem, żyje całym sobą. Ma marzenia i plany. Posiada pragnienia. To osoba reaktywna, która umie przystosować się rzeczywistości, która odkrywa w sobie pokłady nieuświadomionej dotąd siły. Agnieszka to dobrze wie. Pozwala pacjentowi być sobą. Posiada niezwykłą umiejętność słuchania. Czasem tylko milczy. Budzi zaufanie. Nierzadko jest brakującym, niezbędnym elementem w komunikacji między chorym, a jego bliskimi.


„Zorkownia” to dowód na początek głębokich, pozytywnych zmian mentalności ludzkiej. Wyraźnie zwraca uwagę czytelnika jak wiele złego przynosi ze sobą myślenie stereotypowe. Jak dotkliwie są doświadczani chorzy poprzez zaniedbania i obojętność zdrowych. Nie wszyscy pamiętają, że los szyderczo umie śmiać się z każdego z nas. Zorka odważnie wchodzi na tereny okryte wstydliwym „tabu”. Miłość, sex i choroba.

Opowieść Agnieszki to na nowo opowiedziany „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Nie można tego porównania pominąć. Podobne miejsce, podobne problemy. To samo upokorzenie, ból i strach. Ta sama śmierć. Dzieło napisane w latach sześćdziesiątych, zakazane w ZSSR. Obnaża bezduszność szpitala w stosunku do ciężko chorych, wyrzucanych na margines życia. Wobec wizji Sołżenicyna, wizja Agnieszki Kalugi jest z goła inna. Bardziej jasna, optymistyczna, pomimo ogromu nieszczęść. Więcej tu powietrza, mniej zawiści i zazdrości. Jest zapach wiosny i kwiatów. Ona sama jest kwiatem. Umie dostrzec otwierające się na chwilę niebo.


Hospicjum, takie miejsca naprawdę istnieją. Tam kipią ludzkie emocje. W takich miejscach pojawia się spełnienie i szczęście. Pojawia się żart i uśmiech. Ogrom wdzięczności, przyjaźń i zrozumienie. Najmniej tam śmierci. To nie paradoks to właściwe widzenie porządku rzeczy. Każdy tam zna swoje miejsce. Trzeba to tylko zobaczyć oczami Zorki. Trzeba tylko chcieć spojrzeć i przestać być samolubem. Boże daj nam tysiąc Zorek.


Agnieszko życzę Ci i wszystkim nam, żeby tą książkę przeczytało jak najwięcej osób i dziękuję z głębi medycznego serducha.

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...