Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie drog memu sercu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie drog memu sercu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001


Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.


Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.


Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.


Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.


Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.


Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.


Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.


Screenshot_2

niedziela, 18 maja 2014

Jak powstały "Czerwone Maki"

czerwone Maki
W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.
"Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli "za Polskę się bić".  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich - mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.
Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:
Czerwone Maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły Polską krew...
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni!...
I tylko maki na Monte Casono
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!
W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu."



zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Poski 1942-45, www.kresy-siberia.org
cytat z książki: "Była sobie piosenka" Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

niedziela, 23 marca 2014

Prywata urodzinowa -wiosna

Od mojej Mamy poetki otrzymałam urodzinowy wiersz..

 

Odradza się

nagością drzew błyszcząca

pastelem kolorów przytulona

do ziemi

kiełkuje w głębi ziaren

co uśpione kołysała biel

tak oczywista a tak

inna

świeżością dzieła, które stwarza

czeredą uderza w okna i oczy

ociężałe myśli

kieruje na słoneczną stronę

środa, 31 lipca 2013

Godzina W

 Już dwa światy, inne życie, inni ludzie, jakże inne problemy.
Serca te same, wciąż młode, buntownicze, zdolne do poświęceń i chcę w to wierzyć.
Po latach tłumionej pamięci i czekaniu na sprawiedliwość historii, ta daje upust swojej racji.
Każdego historia oceni tak, jak na to zasługuje. Kto ma czyste serce, nie zadrży.
Oni nie drżeli.

Elegia o... (chłopcu polskim)
Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?
Krzysztof Kamil Baczyński

Szczęśliwa jestem, że młodzi ludzie o tej dacie tak dobrze pamiętają. Zespół Lao Che poświęcił temu wydarzeniu historycznemu swoją całą płytę Pt. „Powstanie Warszawskie”. Zachęcają młodzież do zainteresowania się tym bolesnym tematem z innej strony. W ten sposób ożywa młody duch, a „Tamci Młodzi” stają się bliscy- teraźniejsi, łatwiej wyobrażalni. To dobrze.



środa, 7 marca 2012

Prawdziwy głód

Wspomnienia Heleny
Dominice







Wychodząc z domu w towarzystwie dwóch esesmanów, naiwnie, charakterystycznie do wieku szesnastu lat, myślałam, że to jakaś pomyłka. Nie wierzyłam, że coś złego może mi się przydarzyć. Wszystkim, tylko nie mnie. Wierzyłam, że ojciec, maszynista na kolei, wiele może, że nawet Niemcy się z nim liczą.

Mamusia nie wierzyła. W ostatniej chwili wcisnęła mi tobołek ze swetrem, prześcieradłem, bielizną, kawałkiem chleba i dwiema cebulami. 


Cebule już na schodach wypadły mi z zawiniątka. Skacząc jak piłki, nawet śmiesznie, wylądowały na podwórzu, śmiertelnie strasząc  kundla sąsiadów, którego nerwy, tak jak ludzkie, były już od dawna nadwerężone wojną.  Potem, już w drugim dniu podróży bydlęcym wagonem, pożałowałam tamtej straty- dwóch błyszczących, chrupkich, soczystych cebulek.

Wiedziałam gdzie jadę. Kierunek Lipsk, fabryka Hasag. Transport ze Skarżyska Kamiennej. Takich jak ja były setki. Miałyśmy pracować i dostawać pensję. Jeszcze się łudziłyśmy.

Nie wiem jak długo jechaliśmy. Noc mieszał się ze dniem w pomieszczeniu bez okien.

W tym czasie i w tym miejscu, słowa takie jak humanizm, czy człowieczeństwo, stały się dla nas pustym frazesem.

Kiedy uparta, niezmordowana  fizjologia wymuszał na człowieku to, co zawsze wymagało intymności, a co wtedy stało  się sprawą wręcz publiczną i tak okropnie upokarzającą, nareszcie  zdałam sobie sprawę z tego, co się działo. Myśli o zasłyszanych wiadomościach z takich miejsc jak Oświęcim, dostały skrzydeł i toczyły się jak śniegowa kula, obrastając w coraz bardziej czarne, makabryczne scenariusze.


Chleb, który dostałam w domu, został wyrzucony ze względów sanitarnych. Całkiem logiczne, biorąc pod uwagę moje powyższe rozważania o naturze fizjologii. Nasz głód był dla nich bezpieczny, higieniczny  i czysty.

W Lipsku spryskali mnie jakimś środkiem dezynfekcyjnym, wciąż pozbawiając prawa do wstydu. Dali robocze ubrania z wyszytym „P”. Zakaz opuszczania miejsca zamieszkania był oczywisty.











Fabryka Hasag, Lipsk ,źródło: www.akpol.de

Tak się zaczęła moja gehenna w fabryce amunicji w Lipsku.  Walcownia była głośna i niebezpieczna. Praca ponad siły kobiece, ponad siły młodzieńcze, a wykonywana z mozołem i dowodem przydatności. Potężne młoty rozbijały żelazo. Prasowano tu kawały żelaza do cienkich blach. Ja i moje koleżanki pracowałyśmy taskając te płaty blachy, półprodukty do bomb. Bomb, które zabijały w Polsce.


Czasem, tylko przez chwilę przemknęła ta okropna, abstrakcyjna myśl- zabijają w Polsce. Częściej, zagłuszało ją potężne burczenie brzucha, osłabienie i coraz częstsze stany podgorączkowe, które skrzętnie ukrywałam w obawie przed orzeczeniem niezdatności do pracy.  Już po wojnie zaowocowały wykryciem gruźlicy.

Naloty aliantów były coraz zacieklejsze. Cieszyłyśmy się, choć walili właśnie do nas. Nigdy stuprocentowo skutecznie.

Wypuszczano nas wtedy z budynku, żeby zaraz po nalocie szukać z karabinem.

Kiedyś, podczas takiego nalotu, mocno się narażając, zapuściłam się do jakiegoś sadu. Rosły tam jabłka, jeszcze zielone,  kwaśne-guguły. Nazbierałam do fartucha dla siebie i koleżanek.

Wracając do baraku, zatrzymała mnie  nasza dozorczyni- sadystyczna, otyła blondynka.  Z przyjemnością wymierzyła mi siarczysty policzek wraz z wymiotami  niemieckich przekleństw, których nie chciałam rozumieć. Ten policzek pamiętałam bardzo długo. Twarz paliła, a oko natychmiast podsiniało. Wszystko o te kilka małych „kwasielców”, które mogły, choć chwilowo, zaspokoić głód i uzupełnić w witaminy wątłe ciało.

Tak łatwo zapomina się dobrobyt i tak prosto dostosowuje do sytuacji. To zadziwiające, że do głodu nigdy nie można się przyzwyczaić.

Prawdziwy głód lęgnie się w żołądku i niemiłosiernie burczy, dając w towarzystwie wstydliwy efekt. Burczenie z wolna mija, a nienasycony potwór pełzne do głowy, by tam zarażać swoim pragnieniem wszystkie myśli  i czynności dnia. Te myśli przywołują koszmarne obrazy i zaciekłe, szalone myśli głodnych szaleńców. Żołądek staje się człowiekiem. Człowiek- wyjącym drapieżcą.










Helena z prawnuczką, 2001 rok

-Nie cierpię ludzi głodnych. Przy mnie nikt nie może być głodny. Rozumiesz?

-mawiała Heluśka, kładąc kolejną porcję bajecznych naleśników z serem i bitą śmietaną. Najlepszych na świecie.

Prawdziwy głód

Wspomnienia Heleny
Dominice


Wychodząc z domu w towarzystwie dwóch esesmanów, naiwnie, charakterystycznie do wieku szesnastu lat, myślałam, że to jakaś pomyłka. Nie wierzyłam, że coś złego może mi się przydarzyć. Wszystkim, tylko nie mnie. Wierzyłam, że ojciec, maszynista na kolei, wiele może, że nawet Niemcy się z nim liczą.
Mamusia nie wierzyła. W ostatniej chwili wcisnęła mi tobołek ze swetrem, prześcieradłem, bielizną, kawałkiem chleba i dwiema cebulami.

Cebule już na schodach wypadły mi z zawiniątka. Skacząc jak piłki, nawet śmiesznie, wylądowały na podwórzu, śmiertelnie strasząc  kundla sąsiadów, którego nerwy, tak jak ludzkie, były już od dawna nadwerężone wojną.  Potem, już w drugim dniu podróży bydlęcym wagonem, pożałowałam tamtej straty- dwóch błyszczących, chrupkich, soczystych cebulek.


Wiedziałam gdzie jadę. Kierunek Lipsk, fabryka Hasag. Transport ze Skarżyska Kamiennej. Takich jak ja były setki. Miałyśmy pracować i dostawać pensję. Jeszcze się łudziłyśmy.
Nie wiem jak długo jechaliśmy. Noc mieszał się ze dniem w pomieszczeniu bez okien.
W tym czasie i w tym miejscu, słowa takie jak humanizm, czy człowieczeństwo, stały się dla nas pustym frazesem.

Kiedy uparta, niezmordowana  fizjologia wymuszał na człowieku to, co zawsze wymagało intymności, a co wtedy stało  się sprawą wręcz publiczną i tak okropnie upokarzającą, nareszcie  zdałam sobie sprawę z tego, co się działo. Myśli o zasłyszanych wiadomościach z takich miejsc jak Oświęcim, dostały skrzydeł i toczyły się jak śniegowa kula, obrastając w coraz bardziej czarne, makabryczne scenariusze.


Chleb, który dostałam w domu, został wyrzucony ze względów sanitarnych. Całkiem logiczne, biorąc pod uwagę moje powyższe rozważania o naturze fizjologii. Nasz głód był dla nich bezpieczny, higieniczny  i czysty.


W Lipsku spryskali mnie jakimś środkiem dezynfekcyjnym, wciąż pozbawiając prawa do wstydu. Dali robocze ubrania z wyszytym „P”. Zakaz opuszczania miejsca zamieszkania był oczywisty.

Fabryka Hasag, Lipsk ,źródło: www.akpol.de
Tak się zaczęła moja gehenna w fabryce amunicji w Lipsku.  Walcownia była głośna i niebezpieczna. Praca ponad siły kobiece, ponad siły młodzieńcze, a wykonywana z mozołem i dowodem przydatności. Potężne młoty rozbijały żelazo. Prasowano tu kawały żelaza do cienkich blach. Ja i moje koleżanki pracowałyśmy taskając te płaty blachy, półprodukty do bomb. Bomb, które zabijały w Polsce.

Czasem, tylko przez chwilę przemknęła ta okropna, abstrakcyjna myśl- zabijają w Polsce. Częściej, zagłuszało ją potężne burczenie brzucha, osłabienie i coraz częstsze stany podgorączkowe, które skrzętnie ukrywałam w obawie przed orzeczeniem niezdatności do pracy.  Już po wojnie zaowocowały wykryciem gruźlicy.


Naloty aliantów były coraz zacieklejsze. Cieszyłyśmy się, choć walili właśnie do nas. Nigdy stuprocentowo skutecznie.
Wypuszczano nas wtedy z budynku, żeby zaraz po nalocie szukać z karabinem.
Kiedyś, podczas takiego nalotu, mocno się narażając, zapuściłam się do jakiegoś sadu. Rosły tam jabłka, jeszcze zielone,  kwaśne-guguły. Nazbierałam do fartucha dla siebie i koleżanek.

Wracając do baraku, zatrzymała mnie  nasza dozorczyni- sadystyczna, otyła blondynka.  Z przyjemnością wymierzyła mi siarczysty policzek wraz z wymiotami  niemieckich przekleństw, których nie chciałam rozumieć. Ten policzek pamiętałam bardzo długo. Twarz paliła, a oko natychmiast podsiniało. Wszystko o te kilka małych „kwasielców”, które mogły, choć chwilowo, zaspokoić głód i uzupełnić w witaminy wątłe ciało.

 Tak łatwo zapomina się dobrobyt i tak prosto dostosowuje do sytuacji. To zadziwiające, że do głodu nigdy nie można się przyzwyczaić.

Prawdziwy głód lęgnie się w żołądku i niemiłosiernie burczy, dając w towarzystwie wstydliwy efekt. Burczenie z wolna mija, a nienasycony potwór pełzne do głowy, by tam zarażać swoim pragnieniem wszystkie myśli  i czynności dnia. Te myśli przywołują koszmarne obrazy i zaciekłe, szalone myśli głodnych szaleńców. Żołądek staje się człowiekiem. Człowiek- wyjącym drapieżcą.


Helena z prawnuczką, 2001 rok

-Nie cierpię ludzi głodnych. Przy mnie nikt nie może być głodny. Rozumiesz?
-mawiała Heluśka, kładąc kolejną porcję bajecznych naleśników z serem i bitą śmietaną. Najlepszych na świecie.

czwartek, 20 października 2011

Rondo di vita


Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.





W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.


Żelazowa Wola w XIX/XX wieku


* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

Rondo di vita


Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.





W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.


Żelazowa Wola w XIX/XX wieku


* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

środa, 25 maja 2011

Mamo

Matko moja! Cóż ja mogę powiedzieć?...
Co ja myślę?...
Złe żywioły przyszły mnie nawiedzić,
jak burza na Wiśle.
Zwątpienie? Rozpacz? Zmarła żona?
Nie! Jestem silny jak dąb.
O to, co Ty mi dałaś, Matko rodzona,
będę się bił ząb za ząb!
A jeśli było coś złego, Mamusiu,
przebacz.
Jam tak zrobił. Jam tak musiał.
Przebaczenia,
nawet matczynego,
nie trzeba. 



W. Broniewski




Krótki czas kwitnienia bzów w ogrodzie Domu Mehoffera dla Ciebie Mamo.

Mamo

Matko moja! Cóż ja mogę powiedzieć?...
Co ja myślę?...
Złe żywioły przyszły mnie nawiedzić,
jak burza na Wiśle.
Zwątpienie? Rozpacz? Zmarła żona?
Nie! Jestem silny jak dąb.
O to, co Ty mi dałaś, Matko rodzona,
będę się bił ząb za ząb!
A jeśli było coś złego, Mamusiu,
przebacz.
Jam tak zrobił. Jam tak musiał.
Przebaczenia,
nawet matczynego,
nie trzeba. 



W. Broniewski




Krótki czas kwitnienia bzów w ogrodzie Domu Mehoffera dla Ciebie Mamo.

wtorek, 22 marca 2011

Prywata

Jak co rok, ten dzień jest dla mnie słoneczny i wyjątkowy. Tego dnia zwykle robię życiowe, wiosenne porządki i spowiadam się sama przed sobą z własnych sukcesów i porażek. Można oszukać innych, bardziej lub mniej sprytnie, ale siebie, nie oszuka się nawet troszkę.
Ten bardzo prywatny post, na który pozwalam sobie chyba po raz pierwszy, a zwykle jestem przeciwna takim postom, mimo refleksyjnego tonu, zakończę wiosennie i pozytywnie.
Tego roku życzę sama sobie odnalezienia drogi, którą na chwilę zgubiłam, a pomocne mi w tym będzie, w końcu, poczucie, że cokolwiek umiem i mogę…
Poniżej zdjęcie mojego autorstwa, które zostało wyróżnione przez urząd miasta w konkursie biuletynu miejskiego  w tamtym roku.
Poniżej zdjęcia z wycieczki wiosennej do Opactwa Benedyktynów w Rudach koło Rybnika. Zabudowania klasztorne i staro-wieczny park z pomnikami przyrody. Miejsce wyjątkowe, bajeczne i niezapomniane. 










Prywata

Jak co rok, ten dzień jest dla mnie słoneczny i wyjątkowy. Tego dnia zwykle robię życiowe, wiosenne porządki i spowiadam się sama przed sobą z własnych sukcesów i porażek. Można oszukać innych, bardziej lub mniej sprytnie, ale siebie, nie oszuka się nawet troszkę.
Ten bardzo prywatny post, na który pozwalam sobie chyba po raz pierwszy, a zwykle jestem przeciwna takim postom, mimo refleksyjnego tonu, zakończę wiosennie i pozytywnie.
Tego roku życzę sama sobie odnalezienia drogi, którą na chwilę zgubiłam, a pomocne mi w tym będzie, w końcu, poczucie, że cokolwiek umiem i mogę…
Poniżej zdjęcie mojego autorstwa, które zostało wyróżnione przez urząd miasta w konkursie biuletynu miejskiego  w tamtym roku.
Poniżej zdjęcia z wycieczki wiosennej do Opactwa Benedyktynów w Rudach koło Rybnika. Zabudowania klasztorne i staro-wieczny park z pomnikami przyrody. Miejsce wyjątkowe, bajeczne i niezapomniane. 










sobota, 11 grudnia 2010

Urania Film


W pierwszym dziesięcioleciu XIX w do Polski razem z młodą żoną i dzieckiem przybył szwajcarski wizjoner Teodor Junod. W przeszłości zajmował się prowadzeniem objazdowego kina. Ze swoimi pokazami wędrował po Europie i Azji. Do Polski przybył przez wzgląd na polskie pochodzenie żony. Jego decyzją, rodzina Junodów osiadła w Łodzi na dobre.
Ponieważ kino i teatr były Junoda całym życiem, postanowił realizować i tutaj swoją pasję.
Zbudował specjalny do tego celu przeznaczony gmach przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Cegielnianej. Wykorzystał wszelkie nowinki techniczne i zabiegi „marketingowe” dostępne w tych czasach, aby varietes było miejscem naprawdę atrakcyjnym. Miało nawet centralne ogrzewanie i wentylatory.  Z założenia miało być ostoją ludzi łaknących kultury wyższej. Dbano tu o każdy detal wystroju. Widz miał się czuć komfortowo. W gmachu była weranda do spacerów i dwie orkiestry grające na zewnątrz i wewnątrz gmachu. Bufet zaopatrzono odpowiednio do standardu.
Łódzka prasa rozpisywała się w samych superlatywach:
„… przed kilku laty dwóch cudzoziemców :Szwajcar p. Junod, i Duńczyk p. Vorthell  zawiązali spólkę celem założenia teatru „Varietes” na wielką skalę i w najlepszym smaku.  Byli to ludzie o lepszych aspiracjach artystycznych. Za wzór wzięli sobie nie ordynarne cafe’s chatanty niemieckie, albo pornografie, uprawiające  beuglanty francuskie, ale wielkie music halle londyńskie. I odnieśli zwycięstwo, dzięki zręcznie dobranemu i systematycznie, co dwa tygodnie zmienianemu repertuarowi, który bawił nie siejąc zgorszenia i zepsucia, dzięki ruchliwości i dobrej organizacyi…”

Urania Film


W pierwszym dziesięcioleciu XIX w do Polski razem z młodą żoną i dzieckiem przybył szwajcarski wizjoner Teodor Junod. W przeszłości zajmował się prowadzeniem objazdowego kina. Ze swoimi pokazami wędrował po Europie i Azji. Do Polski przybył przez wzgląd na polskie pochodzenie żony. Jego decyzją, rodzina Junodów osiadła w Łodzi na dobre.
Ponieważ kino i teatr były Junoda całym życiem, postanowił realizować i tutaj swoją pasję.
Zbudował specjalny do tego celu przeznaczony gmach przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Cegielnianej. Wykorzystał wszelkie nowinki techniczne i zabiegi „marketingowe” dostępne w tych czasach, aby varietes było miejscem naprawdę atrakcyjnym. Miało nawet centralne ogrzewanie i wentylatory.  Z założenia miało być ostoją ludzi łaknących kultury wyższej. Dbano tu o każdy detal wystroju. Widz miał się czuć komfortowo. W gmachu była weranda do spacerów i dwie orkiestry grające na zewnątrz i wewnątrz gmachu. Bufet zaopatrzono odpowiednio do standardu.
Łódzka prasa rozpisywała się w samych superlatywach:
„… przed kilku laty dwóch cudzoziemców :Szwajcar p. Junod, i Duńczyk p. Vorthell  zawiązali spólkę celem założenia teatru „Varietes” na wielką skalę i w najlepszym smaku.  Byli to ludzie o lepszych aspiracjach artystycznych. Za wzór wzięli sobie nie ordynarne cafe’s chatanty niemieckie, albo pornografie, uprawiające  beuglanty francuskie, ale wielkie music halle londyńskie. I odnieśli zwycięstwo, dzięki zręcznie dobranemu i systematycznie, co dwa tygodnie zmienianemu repertuarowi, który bawił nie siejąc zgorszenia i zepsucia, dzięki ruchliwości i dobrej organizacyi…”

piątek, 22 października 2010

Skarb

W okupowanej Warszawie już dawno pozbyto się złudzeń. Niemcy panoszyli się na ulicach. Przestały działać kina, teatry. Lokale” Nur für Deutsche” mnożyły się w stolicy jak grzyby po deszczu. Nowa rzeczywistość smętnie, co rano, przypominała mi o swoim istnieniu. Pojedyncze strzały, które kiedyś były sensacją w gazetach, dzisiaj były tylko oznaką, że Gestapo obudziło się do życia.  Grupy pijanych i głośnych żołnierzy przetaczających się co jakiś czas przez ulice, dotkliwie mi o tym przypominały. Nie można było nic zrobić, a ludność Warszawy wydawała się być wciąż oszołomiona i sparaliżowana. 

Szczególny strach padł na ludność pochodzenia żydowskiego. Pojawiające się informacje o tworzeniu getta budziły lęk i wciąż niedowierzanie. Informacje o zabitych, pojawiały się we wszystkich środkach przekazu. Hitlerowcy starannie o to dbali, by wywołać psychozę strachu.
Tak naprawdę, nikt nie był pewien tego, co zrobią i kogo wsadzą do getta. Większość zadeklarowanej ludności żydowskiej mieszkała tu od pokoleń. Złowroga cisza mówiła nam, że wszystkich sortują i lustrują.

 *

Przed wojną, od lat, brałem udział w warszawskich maratonach pływackich. Odbywały się na trasie Wilanów -Warszawa. Znałem warszawską Wisłę i jej zdradliwy nurt. Wiedziałem, gdzie można płynąć tak by przepłynąć, a nie było to łatwe.
Powstał pomysł, żeby uciekinierów transportować na drugi brzeg Wisły. Pływałem, jak ciężarówka niosąc na plecach różne, nieznane mi osoby. Nie wiedziałem, co stanie się z nim dalej i mam nadzieję, że przeżyli wojnę.
Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci.

Starszy mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Miał brodę, binokle, przykrótkie spodnie. Ze sobą miął jedynie skórzaną torbę lekarską. Był szczupły, więc transport nie wydawał się być kłopotliwy. Wyglądał cherlawo, natomiast jego uścisk był jak uścisk kowalskich obcęgów. Torba, okazała się być bardzo ciężka. Wysmarowana zjełczałym łojem, śmierdziała, przyprawiając mnie o mdłości. 

Zająłem się „swoją pracą”. Byłem młody, silny, ogromnie wytrzymały. Ale wtedy, jak na złość był wartki nurt, a woda (październikowa) zimna. Traciłem sporo energii na ogrzanie. A torba stawała się coraz cięższa.
-Czemu ta torba taka ciężka?- pytałem. Człowiek nie odpowiadał, tylko coraz bardziej zaciskał mi na grzbiecie swoje obcęgi.

W połowie drogi, uderzyło w nas płynące krzesło. 
– Uderzył we mnie Biedermeier, cóż za upadek kultury-pomyślałem, niekontrolowanie zanurzając się pod wodą. Wiedziałem, że torba w rękach staruszka z pewnością została ponad taflą. Chociaż przez chwilę ustał smród i to uznałem za dobre w tej całej sytuacji.
Facet na plecach prychał wodą, napił się „wiślanki” spory łyk. To wyprowadziło go z równowagi. Kręcił się, kopał mnie nogą w nerkę. Jego torba wylądowała mi na głowie.

-Jeśli nie przestaniesz , to utoniemy-Biedermeier właśnie „zastanawiał” się, czy płynąć dalej.
-Może to krzesło wyłowić?- „stary” dalej kręcił się na moim grzbiecie. Sięgnął do krzesła i wypadł za „burtę”. Jego torba, którą pociągnął za sobą, wczepiła mi się we włosy. Poszedłem pod wodę. Nie boję się wody i nie łatwo mnie utopić. Stary jednak opadał z sił. Chwytał się krzesełka i mnie na zmianę. Druga ręka wciąż była zaciśnięta na torbie.

-Dość tego. Nie utopisz nas!- pomyślałem.
Albo puścisz to krzesło i torbę, albo nas utopisz!!- ryczałem, ciężko dysząc-Wybieraj!
Długo wybierał, a wyraźne cierpienie rysowało mu się na twarzy- Wybieraj!- krzyczałem.
-To mój cały życiowy dobytek!- wykrzywił w grymasie sine usta. Był wyczerpany, ciałem jego wstrząsały fale drgawek.
-W niebie ci się nie przyda! Rzucaj!
Rzucił, a resztę drogi przebył płacząc, nieświadom ogromnego niebezpieczeństwa, które ściągał na siebie i na mnie i na wszystkich przedostających się tą drogą, lamentując  wniebogłosy. Cudowi jedynie zawdzięczamy fakt, że w pobliżu nie znalazł się jakiś gorliwy Niemiec, który by powystrzelał nas jak kaczki.
Na brzegu po drugiej stronie, dowiedziałem się od staruszka więcej szczegółów na temat mojego nędznego życia.
Torba, którą utopił w nurtach Wisły była wypełniona po brzegi złotem i biżuterią. Kto wie, może do dzisiaj leży gdzieś tam na dnie.

Skarb

W okupowanej Warszawie już dawno pozbyto się złudzeń. Niemcy panoszyli się na ulicach. Przestały działać kina, teatry. Lokale” Nur für Deutsche” mnożyły się w stolicy jak grzyby po deszczu. Nowa rzeczywistość smętnie, co rano, przypominała mi o swoim istnieniu. Pojedyncze strzały, które kiedyś były sensacją w gazetach, dzisiaj były tylko oznaką, że Gestapo obudziło się do życia.  Grupy pijanych i głośnych żołnierzy przetaczających się co jakiś czas przez ulice, dotkliwie mi o tym przypominały. Nie można było nic zrobić, a ludność Warszawy wydawała się być wciąż oszołomiona i sparaliżowana. 

Szczególny strach padł na ludność pochodzenia żydowskiego. Pojawiające się informacje o tworzeniu getta budziły lęk i wciąż niedowierzanie. Informacje o zabitych, pojawiały się we wszystkich środkach przekazu. Hitlerowcy starannie o to dbali, by wywołać psychozę strachu.
Tak naprawdę, nikt nie był pewien tego, co zrobią i kogo wsadzą do getta. Większość zadeklarowanej ludności żydowskiej mieszkała tu od pokoleń. Złowroga cisza mówiła nam, że wszystkich sortują i lustrują.

 *

Przed wojną, od lat, brałem udział w warszawskich maratonach pływackich. Odbywały się na trasie Wilanów -Warszawa. Znałem warszawską Wisłę i jej zdradliwy nurt. Wiedziałem, gdzie można płynąć tak by przepłynąć, a nie było to łatwe.
Powstał pomysł, żeby uciekinierów transportować na drugi brzeg Wisły. Pływałem, jak ciężarówka niosąc na plecach różne, nieznane mi osoby. Nie wiedziałem, co stanie się z nim dalej i mam nadzieję, że przeżyli wojnę.
Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci.

Starszy mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Miał brodę, binokle, przykrótkie spodnie. Ze sobą miął jedynie skórzaną torbę lekarską. Był szczupły, więc transport nie wydawał się być kłopotliwy. Wyglądał cherlawo, natomiast jego uścisk był jak uścisk kowalskich obcęgów. Torba, okazała się być bardzo ciężka. Wysmarowana zjełczałym łojem, śmierdziała, przyprawiając mnie o mdłości. 

Zająłem się „swoją pracą”. Byłem młody, silny, ogromnie wytrzymały. Ale wtedy, jak na złość był wartki nurt, a woda (październikowa) zimna. Traciłem sporo energii na ogrzanie. A torba stawała się coraz cięższa.
-Czemu ta torba taka ciężka?- pytałem. Człowiek nie odpowiadał, tylko coraz bardziej zaciskał mi na grzbiecie swoje obcęgi.

W połowie drogi, uderzyło w nas płynące krzesło. 
– Uderzył we mnie Biedermeier, cóż za upadek kultury-pomyślałem, niekontrolowanie zanurzając się pod wodą. Wiedziałem, że torba w rękach staruszka z pewnością została ponad taflą. Chociaż przez chwilę ustał smród i to uznałem za dobre w tej całej sytuacji.
Facet na plecach prychał wodą, napił się „wiślanki” spory łyk. To wyprowadziło go z równowagi. Kręcił się, kopał mnie nogą w nerkę. Jego torba wylądowała mi na głowie.

-Jeśli nie przestaniesz , to utoniemy-Biedermeier właśnie „zastanawiał” się, czy płynąć dalej.
-Może to krzesło wyłowić?- „stary” dalej kręcił się na moim grzbiecie. Sięgnął do krzesła i wypadł za „burtę”. Jego torba, którą pociągnął za sobą, wczepiła mi się we włosy. Poszedłem pod wodę. Nie boję się wody i nie łatwo mnie utopić. Stary jednak opadał z sił. Chwytał się krzesełka i mnie na zmianę. Druga ręka wciąż była zaciśnięta na torbie.

-Dość tego. Nie utopisz nas!- pomyślałem.
Albo puścisz to krzesło i torbę, albo nas utopisz!!- ryczałem, ciężko dysząc-Wybieraj!
Długo wybierał, a wyraźne cierpienie rysowało mu się na twarzy- Wybieraj!- krzyczałem.
-To mój cały życiowy dobytek!- wykrzywił w grymasie sine usta. Był wyczerpany, ciałem jego wstrząsały fale drgawek.
-W niebie ci się nie przyda! Rzucaj!
Rzucił, a resztę drogi przebył płacząc, nieświadom ogromnego niebezpieczeństwa, które ściągał na siebie i na mnie i na wszystkich przedostających się tą drogą, lamentując  wniebogłosy. Cudowi jedynie zawdzięczamy fakt, że w pobliżu nie znalazł się jakiś gorliwy Niemiec, który by powystrzelał nas jak kaczki.
Na brzegu po drugiej stronie, dowiedziałem się od staruszka więcej szczegółów na temat mojego nędznego życia.
Torba, którą utopił w nurtach Wisły była wypełniona po brzegi złotem i biżuterią. Kto wie, może do dzisiaj leży gdzieś tam na dnie.

piątek, 14 maja 2010

Bystrzyca Kłodzka


Nettika po raz kolejny zainspirowała mnie do działania. Mam wystawić 10 zdjęcie ze swojego komputera. W moich zdjęciach panuje porządek. Nie zawsze tak bywało, ale całkiem niedawno posegregowałam i wydzieliłam albumy. Albumy nie są poukładane chronologicznie, tylko tematycznie.

W tamtym roku, odbyłam wspaniałą wycieczkę motocyklową w Kotlinę Kłodzką. Jest to już , chyba, jedno z ostatnich miejsc, gdzie nie dotarła współczesność. To ostatnie lata, kiedy można ją zobaczyć spokojną, surową, prawie nietkniętą.
Sytuacja zmienia się z roku na rok. Zdaje się, że gminy pozyskują coraz więcej funduszy na modernizację miast i dróg. Mimo to, nadal jest cudownie spokojne, choć nie dla motocyklistów. Drogi, zwłaszcza te trakty, ciągnące się przez lasy, pamiętają jeszcze czasy, kiedy kotlina była pod niemiecką jurysdykcją.

Dotarliśmy w wiele ciekawych i pięknych zakątków tej krainy. W Międzygórzu zwiedziliśmy malowniczą osadę i piękny, wielki wodospad. W Kłodzku ogromną, monumentalną twierdzę. W Dusznikach, Park Zdrojowy, no i oczywiście Dworek Chopina (nie mogło być inaczej). W Kudowie, leżąc na trawniku, słuchaliśmy występów orkiestr. W Czermnej z zadumą zwiedziliśmy Kaplicę Czaszek. Na Szczeliniec nie chciało nam się wchodzić w motocyklowych strojach,bo groziło nam przegrzanie. Jeszcze zwiedziliśmy ekskluzywną Polanicę, no i oczywiście perłę architektury na skale europejską - Bystrzycę Kłodzką.

Miasto unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Osadzone malowniczo na wzgórzu. Ścisła, zwarta zabudowa, poskręcane, wąskie uliczki. Wysokie, niedostępne mury, przedzielone gdzieniegdzie wejściem i schodami. Typowe miasto obronne.
Teraz bardzo stare i zniszczone, nieremontowane i niezadbane. Tu każdy budynek ma informację, że jest zabytkiem chronionym prawem. Widzę, że to wszystko, co na razie robi się, aby ocalić to wspaniałe miasto.
Trafiłam na miejscowy, bardzo stary cmentarz. Ponieważ uwielbiam stare cmentarze, więc i ten, bardzo cudowny, musiałam sfotografować.

U wejścia, stoi marmurowy głaz z napisem:

"Na tym miejscu, spoczywają dawni niemieccy mieszkańcy Bystrzycy Kłodzkiej i okolic, którzy mieli tu swoją ojczyznę do roku 1946. Módlmy się za ich dusze i wzajemne zrozumienie, między Naszymi Narodami"
Heimatguppe Habelschwerdt
A.D 2006

Leżą sobie spokojni, w szacunku obecnych mieszkańców. Dziejowe losy sprowadziły do Bystrzycy polskich osadników. Ta ziemia została im dana i ją objęli, jako swoją ojczyznę. Ta wspólnota ich łączy Niemców i Polaków. Widziałam świeczkę na grobie i świeże kwiaty.
Modlę się za dusze zmarłych i za to miasto, któremu należy się szczególna opieka i troska.

P.S.
Zapraszam Was wszystkich, którzy chcecie wziąć udział. Umieśćcie 10 zdjęcie ze swego komputera.

Bystrzyca Kłodzka


Nettika po raz kolejny zainspirowała mnie do działania. Mam wystawić 10 zdjęcie ze swojego komputera. W moich zdjęciach panuje porządek. Nie zawsze tak bywało, ale całkiem niedawno posegregowałam i wydzieliłam albumy. Albumy nie są poukładane chronologicznie, tylko tematycznie.

W tamtym roku, odbyłam wspaniałą wycieczkę motocyklową w Kotlinę Kłodzką. Jest to już , chyba, jedno z ostatnich miejsc, gdzie nie dotarła współczesność. To ostatnie lata, kiedy można ją zobaczyć spokojną, surową, prawie nietkniętą.
Sytuacja zmienia się z roku na rok. Zdaje się, że gminy pozyskują coraz więcej funduszy na modernizację miast i dróg. Mimo to, nadal jest cudownie spokojne, choć nie dla motocyklistów. Drogi, zwłaszcza te trakty, ciągnące się przez lasy, pamiętają jeszcze czasy, kiedy kotlina była pod niemiecką jurysdykcją.

Dotarliśmy w wiele ciekawych i pięknych zakątków tej krainy. W Międzygórzu zwiedziliśmy malowniczą osadę i piękny, wielki wodospad. W Kłodzku ogromną, monumentalną twierdzę. W Dusznikach, Park Zdrojowy, no i oczywiście Dworek Chopina (nie mogło być inaczej). W Kudowie, leżąc na trawniku, słuchaliśmy występów orkiestr. W Czermnej z zadumą zwiedziliśmy Kaplicę Czaszek. Na Szczeliniec nie chciało nam się wchodzić w motocyklowych strojach,bo groziło nam przegrzanie. Jeszcze zwiedziliśmy ekskluzywną Polanicę, no i oczywiście perłę architektury na skale europejską - Bystrzycę Kłodzką.

Miasto unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Osadzone malowniczo na wzgórzu. Ścisła, zwarta zabudowa, poskręcane, wąskie uliczki. Wysokie, niedostępne mury, przedzielone gdzieniegdzie wejściem i schodami. Typowe miasto obronne.
Teraz bardzo stare i zniszczone, nieremontowane i niezadbane. Tu każdy budynek ma informację, że jest zabytkiem chronionym prawem. Widzę, że to wszystko, co na razie robi się, aby ocalić to wspaniałe miasto.
Trafiłam na miejscowy, bardzo stary cmentarz. Ponieważ uwielbiam stare cmentarze, więc i ten, bardzo cudowny, musiałam sfotografować.

U wejścia, stoi marmurowy głaz z napisem:

"Na tym miejscu, spoczywają dawni niemieccy mieszkańcy Bystrzycy Kłodzkiej i okolic, którzy mieli tu swoją ojczyznę do roku 1946. Módlmy się za ich dusze i wzajemne zrozumienie, między Naszymi Narodami"
Heimatguppe Habelschwerdt
A.D 2006

Leżą sobie spokojni, w szacunku obecnych mieszkańców. Dziejowe losy sprowadziły do Bystrzycy polskich osadników. Ta ziemia została im dana i ją objęli, jako swoją ojczyznę. Ta wspólnota ich łączy Niemców i Polaków. Widziałam świeczkę na grobie i świeże kwiaty.
Modlę się za dusze zmarłych i za to miasto, któremu należy się szczególna opieka i troska.

P.S.
Zapraszam Was wszystkich, którzy chcecie wziąć udział. Umieśćcie 10 zdjęcie ze swego komputera.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...