środa, 31 marca 2010

Dzwon Zygmunta


Jeśli nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak bije serce Polski, zapraszam na Wawel. Tam bije Dzwon Zygmunta.

Spracowany, stary „Król” z delikatnym sercem, które trzeba co jakiś czas wymienić. Legenda mówi, że  jego pęknięcie, zwiastuje złe czasy dla Polski. Odzywa się tylko w szczególnych okolicznościach. W chwilach szczególnie ważnych. Najbliższa okazja, by posłuchać tego najcudniejszego dźwięku będzie już niebawem, w Wielkanoc.
Zawieszony na potężnych drewnianych konstrukcjach, czeka, aż dwunastu wyszkolonych dzwonników, rozkołysze tego olbrzyma, by swoim dźwiękiem znów przypomniał wszystkie wieki, których był świadkiem.


Słysząc go ludzie, idący plantami, zastygają w bezruchu i nasłuchują. Na te kilka chwil zatrzymuje się wszystko. Na ulicach bliższych zamkowi, przystają samochody, niektórzy wyłączają silniki. Nikt nie ma im tego za złe. Wszyscy rozumieją. Wiele osób przyjeżdża z bardzo daleka, by go posłuchać. Magia dzwonu roznosi się łagodnie po kamienicach i wąskich ulicach Starego Krakowa. Można go słyszeć w wielu miejscach: na Grodzkiej, Kanoniczej, Dunajewskiego, Franciszkańskiej, Plantach i innych krętych uliczkach. A pomylić nie można go z żadnym innym.

Jego dźwięk jest wyjątkowy, niepodobny do wszystkich innych tej wielkości dzwonów. Jego ton jest głuchy, matowy, złamany, a jednocześnie łagodny, miękki.
Najpiękniej słychać go w Katedrze Wawelskiej. Mury Katedry na chwilę ożywają. Marmury grobowców chłoną jego dźwięk. Katedralna cisza, napełnia się echem starych dziejów.
Ten dźwięk przenosi nas na chwilę w świat potężnej monarchii, świetności dawnej Polski, ale też w czasy zaborów, upadku, powstań, wojen i niepokoju. W życie każdego, małego człowieka, któremu bicie dzwonu odmierzało zwykłe, krótkie istnienie, które wespół z innymi wpisało się w dzieje całego wspaniałego narodu.

Dźwięk Dzwonu Zygmunta budzi w człowieku, często skrywane, a nawet u niektórych, niechciane poczucie przynależności i dziedzictwa historii Polski. Powoduje, że zasiana w nas miłość do tego miejsca, każe nam Ciągle tu wracać.

Bo tylko tu serce Polski bije najgłośniej. Chcesz tego czy nie, jeśli usłyszysz Dzwon Zygmunta, przystajesz zahipnotyzowany i zaczynasz mnie rozumieć. I wrócisz tu na pewno.

"DEO OPT[IMO] MAX[IMO] AC VIRGINI DEIPARAE SANCTISQVE PATRONIS SVIS DIVVS SIGISMVNDVS POLONIAE REX|CAMPANAM HANC DIGNAM ANIMI OPERVMQVE AC GESTORVM SVORVM MAGNITVDINE FIERI FECIT ANNO SALVTIS MDXX."



"BOGU NAJLEPSZEMU, NAJWIĘKSZEMU I DZIEWICY BOGARODZICY, ŚWIĘTYM PATRONOM SWOIM, ZNAKOMITY ZYGMUNT KRÓL POLSKI TEN DZWON GODNY WIELKOSCI UMYSŁU I CZYNÓW SWOICH KAZAŁ WYKONAĆ ROKU ZBAWIENIA 1520"




Dzwon Zygmunta- Informacje szczegółowe

poniedziałek, 29 marca 2010

Georges Bizet



„Muzyka – co za wspaniała sztuka!
I co za smutny zawód!”
G. Bizet










Jeżeli ktoś choć trochę lubi taki rodzaj muzyki jak operowa, to nazwisko Georges Bizet jest mu doskonale znane.
Człowiek, który całe swoje życie poświęcił muzyce, a zwłaszcza sztuce operowej. Sztuce niewdzięcznej, jak mu się wtedy wydawało i trudnej w wielu płaszczyznach.

Nauki w konserwatorium pobierał już od 10 roku życia. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze kompozycje ( np. Symfonia C). Dobrze się zaczęło, jego praca przy kompozycji oper została zauważona i nagrodzona w 1857 roku, (Bizet miał wtedy 19 lat) wyróżnieniem Prix de Rome. Zaraz potem wyjechał do Włoch. Z tego okresu zachowały się tylko cztery utwory.
Po niezbyt brzemiennym w sukcesy pobycie we Włoszech , powrócił do Paryża. Jego pracę zdominowały wydarzenia życia prywatnego, śmierć matki i płomienny romans z pokojówką.

Wciąż nie wiodło się Bizetowi. Ciągle borykał się z problemami finansowymi. Nie umiał w swoje twórczości znaleźć tej pożądanej nutki komercyjnej, która by zrodziła przychylność krytyków, a zwłaszcza publiki. Pozostawał wierny swojej drodze.

Jedną z bardziej udanych w tym czasie oper, była zamówiona przez dyrektora paryskiego Théâtre Lyrique, opera „Poławiacze Pereł”. Inne zaś, takie jak „Piękne dziewczę z Perth” z nieudanym librettem, „Djamileh” okazały się klapą.

Ostatnim jego ukochanym dzieckiem, który miał przynieść mu sławę i nieśmiertelność ,była, dziś wszystkim znana, ceniona i uwielbiana, opera Carmen.
Ówczesne opery miały swoisty charakter. Opowiadały o życiu „wyższych swer”, dawnych epokach, mitach, legendach, postaciach pełnych patosu i bohaterstwa. Były proste, lekkie w odbiorze.
Ta była zupełnie nowa, inna, natenczas prawdziwa i bliska zwykłemu życiu. Bizet wprowadził w ten patetyczny świat herosów, zwykłych ludzi z ich słabościami i namiętnościami. Przedstawił ich skomplikowane relacje, odsłaniał głębokie ludzkie emocje: miłość, nienawiść, zazdrość, zdradę, pożądanie, namiętność. Pokazał na scenie prawdziwego człowieka z jego urodą i słabościami.

Takie ludzkie lustro, nie spodobało się publiczności. Premiera okazała się totalną klęską. Niezadowolona publiczność wychodziła w trakcie spektaklu.
Doznanie porażki było tak silne, że Bizet, który i tak nie miał dobrego zdrowia, doznał śmiertelnego w skutkach ataku serca. Zmarł w1875 roku. Pochowano go na tym samym cmentarzu co Fryderyka Chopina- Pere Lachaise.

Jego życie było trudne i ubogie, a muzyczny geniusz i wizja, niedocenione. Nowatorstwem wyprzedziły swoją epokę. Dopiero 20 lat później tzw. „weryzm”, którego Bizet został tragicznym prekursorem, został doceniony w twórczości Pucciniego, Leoncavalla czy Mascagniego. Taka już ciężka dola pionierów.


Czasami zastanawiam się, jak bardzo liczyć się z opinią innych ludzi, kiedy w środku nosi się głębokie przekonanie, że to co się robi jest słuszne, dobre i piękne?

czwartek, 25 marca 2010

Jerzy Franciszek Kulczycki


Pewne perypetie z zaprzaczem kawy o wdzięcznej nazwie Szecherezada, skierowały moje myśli ku historiom kawowym i zachęciły mnie do napisania o człowieku, którego niewiele osób w Polsce zna.
Jerzy Franciszek Kulczycki znany jest bardziej w Wiedniu niż w Polsce.
Co do polskiego pochodzenia tego człowieka, nie ma wiele informacji. Sam określał się „rodowitym Polakiem”.Podobno pochodził z podsamborskie wsi Kulczyce.
Do Wiednia przybył z Serbii. Zajmował się tłumaczeniami z języka tureckiego w belgradzkiej Kampanii Orientalnej. Potem, gdy uznał, że handel bardziej mu się opłaca niż tylko tłumaczenie, rozpoczął własną działalność handlową pod Wiedniem.

Z postacią tego tajemniczego człowieka, związana jest pewna legenda, wiążąca go z dziejami Polski.

Ponieważ Kulczycki znał biegle język turecki, był tłumaczem kupców, którzy nabywali różne orientalne towary ze wschodu.W 1863 roku znalazł się, realizując swoje interesy, w Wiedniu. Wiadomym jest, że właśnie wtedy Turcy otoczyli i atakowali miasto. J.F. Kulczycki, poproszony przez samego burmistrza Wiednia,o pomoc. Z narażeniem życia, w przebraniu żołnierza osmańskiego, przedarł się przez całą hordę turków, by dostarczyć list do księcia lotaryńskiego, z błaganiem o pomoc dla miasta. Z odpowiedzią od księcia wrócił cało i zdrowo.

Tym wyczynem zyskał wielką sławę i zaszczyty.Legenda mówi, że po odsieczy Wiedeńskiej, król Jan Sobieski w uznaniu zasług, darował Kulczyckiemu cały zapas kawy przywieziony pod miasto przez Kara Mustafę. Dzięki swoim zasługom dla grodu, zyskał wdzięczność i profity, między innymi: nieruchomość w Wiedniu. Tu także założył pierwszą kawiarnię. Przywilej prowadzenia kawiarni nadał mu Leopold I.

Tym oto sposobem stał się on patronem wszystkich Wiedeńskich kawiarzy. Prócz tego został mianowany cesarskim tłumaczem języka tureckiego.
Wiedeń uczcił pamięć o tym człowieku, nazywając ulicę miasta jego imieniem.

Jest to bardzo ciekawa postać, o której dowiedziałam się w kawiarni „Pożegnanie z Afryką”. To właśnie ta kawiarnia odświeżyła pamięć o Jerzym Franciszku Kulczyckim, fundując mu tablicę pamiątkową w Krakowie przy ulicy Św. Tomasza.
Dają tam cudowną kawę cynamonową która najsmaczniejsza jest z ciemnym cukrem. Mniam!

niedziela, 21 marca 2010

Heraklit


Zwykle takie zdarzenia, jak urodziny skłaniają do przemyśleń. Zależnie od wieku solenizanta, przemyślenia te przyjmują rożny charakter. W pewnym wieku rozpoczyna się myślenie filozoficzne .

„Panta rei” ( wszystko płynie) powtarzam coraz bardziej świadomie za starożytnym filozofem, Heraklitem z Efezu. Odkrył to tak dawno (VI-V w.p.n.e), a my wciąż odkrywamy znaczenie tych słów na nowo. Heraklit przyjmował, że w świecie nic nie jest stałe. Wszystko się zmienia i rozpływa. Nie można dotknąć tej samej rzeczy dwa razy, tak samo jak nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Wszystko jest dynamiczne i choć trwa pozornie w niezmienionym stanie, to jednak zmienia się. Jest i go nie ma. Ta sama rzecz może zmienić się, przyjąć nową formę, więc jej już w zasadzie nie ma. Na to miejsce powstaje cos nowego.


Filozof przyjął , że symbolem przemijania i dynamiki jest ogień. On to zamienia się w powietrze i wodę. On jest początkiem wszystkiego, kiedy płonie i powodem śmierci gdy gaśnie. Człowiek składa się z wody, ziemi i ognia i umiera z braku tego ostatniego.
Wszystko w ludzkiej istocie jest w idealnej równowadze. Bo przeciwieństwa w nim istniejące, zgodnie się równoważą. Jakież to mądre.

Patrząc w swoją przeszłości ( czasami), oddaję Heraklitowi zupełną rację. Człowiek, jako część świata, zmienia się bardzo dynamicznie. Nie mówię o przemianach fizycznych, bo zwłaszcza w przypadku kobiet, po prostu nie wypada.
Zmienia się ludzki charakter, podejście do wielu spraw, rzeczy, ludzi, wydarzeń i jeśli tylko jest chłonny, zdystansowany i krytyczny- zmienia się na lepsze. Ileż dzięki zmianom można się nauczyć, przeżyć i zrozumieć…

Czy tego chcę czy nie, fizyczność, a zwłaszcza ona jest widoczna, zmienia się. Szczególnie boleją nad nią kobiety czując presję stworzoną przez kult ciała i młodości. Za chwilę, patrząc się w lustro, przyjmę te przemiany z uśmiechem.
Bo choć Heraklit mnie nie pocieszył przemijaniem, to Platon podniesie na duchu przypominając, że dusza człowieka jest źródłem prawdy, dobra i wszystkiego co cenne w człowieku.

Istnieją na świecie rzeczy które tak szybko nie przemijają, kiedy są prawdziwe:
miłość, przyjaźń, pamięć, dlatego życzę sobie w dniu moich urodzin (22 marca), byście tych trzech sobie nie skąpili dopóki pali się w Was ogień.

piątek, 19 marca 2010

Patron Krakowa


Co roku, 19 marca w Kościele Mariackim odprawiana jest Msza w intencji Krakowa. 296 lat temu Rada Miasta zdecydowała, że patronem naszego miasta będzie Święty Józef.
Dzisiaj także odbyła się piękna uroczysta Msza, której przewodził Kardynał Stanisław Dziwisz. Obecni byli przedstawiciele władz miasta, szkolnictwa i kultury, wojska, policji, straży miejskiej i pogotowia. Dużo było pocztów sztandarowych, kompanie honorowe utworzyły szpaler przez cały kościół. Śpiewał chór, grano hejnał. Jednym słowem, wspaniała uroczystość. Wśród duchownych wyłowiłam zawsze uśmiechniętego, ulubionego Ojca Leona Knabita.
Tylko ludzi jakby mniej, niż kiedyś bywało. A Rynek tętni życiem. Przez płytę przelewają się tłumy ucieszonych z cieplejszej aury ludzi. Mnóstwo turystów zwłaszcza z zagranicy, kakofonia zlewających się języków świata, a gdzie Krakowianie???


W galeriach…………….( nie artystycznych)

środa, 17 marca 2010

Halina Martin



"Here is a corner of an English field
That is for ever Poland"

Oto zakątek Anglii,

który na zawsze pozostanie Polską.






Nie posiadam się z dumy i radości. Mojego bloga, a tym samym mnie, odwiedził bardzo zacny gość, wydawca książki ze wspomnieniami Haliny Martin :"Nic się nie dzieje bez przyczyny", Przypadek albo przeznaczenie" i autor wstępu do obu pozycji, Pan Marian Miszczuk.

Pisałam już o tych książkach TU.
Osoba Haliny Martin na stałe zajęła miejsce w moim sercu, choć jej nie znałam.


My czytelnicy, poznaliśmy ją dzięki Pana pomocy i pracy, za co serdecznie dziękuję, jak również za wizytę.

Proszę być pewnym, że jeszcze wiele osób namówię do przeczytania tej książki.




( „Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Warszawa 2008, Wyd I, TOMIKO)

niedziela, 14 marca 2010

Zielone ręce


Młoda Polska to okres wspaniałego rozkwitu. To czas wspaniałych, eleganckich mężczyzn w dobrze skrojonych garniturach, kapeluszach. To czas cudnych kobiecych galanterii.
W latach trzydziestych lubiano się podobać szykiem i wytwornością.

W tą atmosferę wpisywał się również mój szanowny dziadek. Szalenie przystojny i elegancki mężczyzna. Potomek ziemian, lecz żyjący skromnie z pracy swoich rąk. Maniery i dobre wychowani, jak i zamiłowanie do elegancji pozostały.

Nie zrezygnował z nich nawet wtedy, kiedy nastała wojna i trzeba było kryć się przed Niemcami. Nawet wtedy, kiedy przyszli go aresztować, nie zrezygnował z misterium wiązania krawata. Przez to, nie zdążył uciec i zapakowano go w garniturze, pod krawatem do bydlęcego wagonu.

Lecz, to nie był jego czas. Z transportu zwalniano wszystkich wykwalifikowanych pracowników zakładów zbrojeniowych. Był ślusarzem. Puszczono go dzięki zdolnym rękom. W tym trudnym wojennym czasie było to prawdziwe szczęście. Tym większe, że musiał się troszczyć o żonę i dwójkę maleńkich dzieci.

Wojna przeszła. Czasy stał się bardziej spokojne, lecz zupełnie inne. Zręczne ręce, zaradne, wciąż pracowały, wiązały krawat co dnia z tęsknotą i melancholią.
W jego rękach kryła się jeszcze jedna tajemnica, odwieczny i wrodzony „głód ziemi”.

Jego mały ogródeczek przy skromnym mieszkanku stał się dla niego całym światem. Czarował ten kawałek ziemi przez wiele lat, a ona rodziła mu wdzięcznie to co jej nakazał. Każda grządka miała swoje przeznaczenie i kolejność obsadzania i wysiewu. Był dumny ze swoich plonów, bo wszystko rosło jak zaczarowane. Chętnie siadywał na specjalnej ławeczce i przyglądał się swojemu kawałkowi ziemi. Miał go zawsze na oku. W nim odbywały się spotkania. Przyjmował rodzinę i zdyscyplinowanych, nauczonych chodzić ścieżkami gości.

Z okna wygrażał wnukom wyciągającym z ziemi zbyt chude marchewki, robiących zupy błotno-agrestowe, kopiącym dziury na grządkach, huśtającym się na furtce i obrywającym zawiasy. Oczywiście to były tylko dobroduszne „fuki” i mamrotania. Zaraz potem obierał dzieciakom najbardziej soczyste ogórki, prosto z gruntu, albo zakładał huśtawkę pod krzakiem białego bzu.
Po jego śmierci bajeczny ogródeczek umarł razem z nim.

„Choroba zielonych rąk” jest genetyczna. Ma ją mama –zamiłowany działkowiec. Mam i ja. A ponieważ świat tylko pozornie się rozszerza, bo dla zwykłego człowieka, z racji coraz większej liczby ludzkości, kurczy się, to moje rośliny bujnie i cudnie rosną, ale tylko w doniczkach. Pozostaje tylko niespełniony „głód ziemi”, który odbija się gdzieś we mnie genetycznym echem i nie daje spokoju.
Bo jak cudownie jest wsadzić ręce w wilgotną ziemię, poczuć jej zapach, energię i ciągłą chęć wzbudzania życia.

piątek, 12 marca 2010

Stanisław Sielański




Oto kolejny przedwojenny aktor. Znany z wielu polskich produkcji komediowych. Występował głównie w rolach drugoplanowych, ale osiągał w nich mistrzostwo. Jego kreacje czasem przebijały się swoją wyrazistością na plan pierwszy.
Stanisław Sielański mógł poszczycić się najwyższym warsztatem aktorskim w przedwojennej Warszawie. Szlify zdobywał w Warszawskiej Szkole Dramatycznej.

Pochodził z Łodzi. Swój talent realizował w teatrach komediowych, kabaretach i rewiach. Jednak to nie sprawiło, że stał się popularnym. Dopiero praca w wielu przedsięwzięciach filmowych, a zwłaszcza komediach, zapewniła mu popularność.

Występował u boku najwspanialszych gwiazd kina: Jadwigi Smosarskiej, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Miry Zimińskiej, Aleksandra Żabczyńskiego, Eugeniusza Bodo, czy Adolfa Dymszy. Grał role charakterystyczne. Jego postaci były wyraziste, wesołe, dowcipne, zawsze pocieszne. Ujmowały nieporadnością, dobrocią delikatnością, a przede wszystkim dużym poczuciem humoru.

Tylko w jednym filmie zagrał rolę główną „Dorożkarz nr 13”, w którym brawurowo wykreował ”komunikacyjnego fachowca”, jakim sam się nazywał. Film ten był klasyczną lekką komedią.

*

Biedny warszawski birbant dostaje pracę dorożkarza. Razem z ubogą sprzedawczynią obwarzanków i zubożałym księciem, próbują związać koniec z końcem. Pewnego dnia znajduje w swojej dorożce pozostawiony portfel. Aby go oddać dostaje się do kasyna. Zastawia napiwek w loterii i rozbija bank. Pechowa trzynastka zaczyna przynosić mu szczęście i przygody.
Lekka, wesoła opowiastka, miód i ziółko na sterane codziennością nerwy.


*

Po wojnie Sielański pozostał na stałe w Nowym Jorku. Nie mógł i nie chciał wrócić do swojej ojczyzny, z którą był tak mocno związany przed wojną. Dlaczego nie chciał wrócić? Z pewnością każdy się domyśli. Podzielił los wielu przedwojennych aktorów. Zmarł w USA i tam został pochowany.



Zdjęcie: www.filmpolski.pl

wtorek, 9 marca 2010

Asnyk


Wczoraj rozmawiałam z Asnykiem. Dziwne, prawda?
A przecież mieliśmy się niczemu nie dziwić!

Oczywiście, że nie rozmawiałam. Czytałam tylko jego poezję, w której na nowo widziałam myśli, które uznałam za swoje.
Odpowiedział mi składnie i pięknie na to co we mnie tli się od dawna, a przez zwykłą ubogość literacką, tak pięknie wypowiedzieć nie umiem.

Pytają się niektórzy:
- Po co to piszesz? Kogo mogą obchodzić zdjęcia w sepii? -Dlaczego wciąż odkurzam. Czemu nie dam spać spokojnie zasłużonym ludziom, ciągłe przywołując ich z zaświatów.


Mogę nawet wydawać się śmieszna, pisząc na nowo, w licealnym tonie, prawdy, które ważne są tylko do matury.
I trudno, będę śmieszna.

Moim marzeniem, paradoksalnie, jest, byśmy wyszli z cienia dawnych „dziejów”, a tylko wzmocnieni kręgosłupem dawnej świetności, zaczęli zmieniać stosunek do nas samych, bo jaki mamy, to każdy wie.


DO MŁODYCH
Szukajcie prawdy jasnego płomienia-
Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg:
Za każdym krokiem w tajniki stworzenia
Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia
I większym staje się Bóg!

Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mitów,
Choć rozproszycie legendowy mrok,
Choć mgłę urojeń zedrzecie z błękitów,
Ludziom niebiańskich nie zabraknie zachwytów,
Lecz dalej sięgnie ich wzrok.

Każda epoka ma swoje własne cele
I zapomina o wczorajszych snach;
Nieście więc wiedzy pochodnię na czele
I nowy udział bierzcie w wieków dziele,
Przyszłości podnoście gmach!

Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,
Choć macie sami doskonalsze wznieść;
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy,
I wy winniście im cześć!

Ze światem, który w ciemność już zachodzi
Wraz z całą tęczą idealnych snów,
Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi,
I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi,
W ciemnościach pogasną znów!


[1880]

sobota, 6 marca 2010

PLASTER


Zepsuł mi się ciśnieniowy ekspres do kawy. Taki starodawny zaparzacz, sprzedawany w „Pożegnaniu z Afryką”. Istotną część zaworu ciśnieniowego, który gdzieś przepadł, zastąpiłam, z powodzeniem, łyżeczką do herbaty.
Wspaniały patent, i nie musiałam wydawać pieniędzy na naprawę.
Zdziwiłam się, gdy po obejrzeniu mojego znakomitego wynalazku znajomy powiedział mi, że właśnie dlatego, w Polsce, nie powinno być elektrowni atomowych.
-Co ma piernik do wiatraka?

***

Wydawało mi się, że jestem zaradna i oszczędna, nawet byłam dumna ze swojej pomysłowości. Pominęłam tylko straty energii na wadliwym zaworze. Nie uzmysłowiłam ich sobie po prostu. Koszt naprawy okazał się wielokrotnie niższy, niż straty energii spowodowane wadliwym działaniem sprzętu. Ot i cała oszczędność.
Jako społeczeństwo, jesteśmy mistrzami prowizorek. Mało tego, uważamy je za trwalsze od rozwiązań radykalnych i prawdziwie naprawczych.

***



Znając i wstydząc się powyższego, jak w „olśnieniu schizofrenicznym”, nareszcie zrozumiałam, jak wielką i niezastąpioną rolę, w naszych placówkach służby zdrowia, spełnia PLASTER.


Plaster, to nieocenione dobrodziejstwo szpitali i do tego bardzo tanie. Uniwersalność tego dobrodziejstwa jest wprost nie do uwierzenia i nie do ocenienia.

Służy do zabiegów specjalistycznych. Przykleja się nim dreny, rurki intubacyjne, worki, kabelki od aparatury, zasłony na stole operacyjnym, oznacza się narzędzia ( te niejałowe) i leki.
Okleja rany pooperacyjne i nie tylko. Uszczelnia ssaki, maseczki tlenowe, nieszczelny sprzęt, cieknące płyny w butelkach. Używa się go do montażu sprzętów szpitalnych. Udoskonala nim niedoskonałe urządzenia.

W zapleczu szpitalnym okleja się wanny, naczynia do sterylizacji, pakiety i zestawy zabiegowe, oznacza się pobrane preparaty i materiał do badań. Plastrem zakleja się nieszczelne okna i wiejące dziury na salach chorych. Domyka się niedomykalne okna, zawiesza kroplówki ( chociaż tu, plaster ustępuje kolejnej zdobyczy techniki-bandażowi). Okleja wenflony, opatrunki, okłady, kompresy.

W toaletach, wdzięcznie służy jako gazetka ścienna z lakonicznymi informacjami dla pacjentów typu: „nieczynne”, „nie kąpać się w wannie”, „prysznic tylko przed wizytą”, „tylko dla personelu”.

Służy jako etykiety do leków i kroplówek, jako zamknięcie do szafek z lekami, jako zakładka do dokumentacji, jako uzupełnienie ubioru personelu ( zamiast guzika), jako identyfikator, jako znacznik w kalendarzu, jako niezastąpiony łącznik rzeczy rozdartych, rozpadniętych, rozerwanych, rozklekotanych, zużytych i generalnie pamiętających czasy, kiedy elementem scalającym cegły były jajka.

Smutną rzeczą jest to, że w latach dziewięćdziesiątych, w szkołach medycznych uczono personel zaradności właśnie taką uniwersalną metodą: Nie wiesz co robić? Użyj plastra. Wtedy było to może uzasadnione, ale stan taki nie może trwać w XXI wieku.


Tę smutną prawdę naszych czasów trudno pozostawić bez komentarza. Można się śmiać, można dyskutować, ale co dalej?

Sytuacja się zmienia, kiedy ty sam leżysz na stole i masz świadomość, że właśnie przystępują do ciebie skądinąd bardzo zdolni, wykształceni i mądrzy , ale w wielkim stopniu, ograniczeni w swoim działaniu lekarze.
Ograniczenia są spowodowane nie tylko ubogością sprzętową, ale również plastrem mentalnym*, który to na ich umiejętności i fachowość nakleja wszechwładny urzędnik funduszu.
Tak w ten sposób młodzi, zdolni i sfrustrowani lekarze, ze związanym rękoma, wyjeżdżają za granicę. Nie tylko by godniej zarabiać, ale by godnie pracować, wykorzystując wszelkie możliwe środki i sprzęty, oraz swoją wiedzę do ratowania ludzi.

A sytuacja u nas w kraju pozostaje bez zmian. Chorzy, cierpiący, starsi, ale też i młodzi, biedni ludzie, powiązani plastrem czekają dobrej nowiny. Czekają na rzetelne leczenie, na wyrok i szczęście w nieszczęściu, że ich choroba jest w spisie chorób, których leczenie jest refundowane. Czekają na decyzję urzędnika, czy pacjent będzie mógł być leczony czy nie. Czy jego stan rokuje powrót do produktywności sprzed choroby, by mógł ponownie być przydatny jako podatnik.

Tu, niemający nic wspólnego z medycyną urzędnicy, stają w roli boskiej, decydując na papierze o życiu ciężko chorych ludzi. Tłumacząc się przepisami i prawem, zwalniają się z odpowiedzialności i uwalniają od wyrzutów sumienia.

Mam dla nich jedną cenną radę:

Jeśli bezsenną nocą, oczy nie będą chciały im się zamknąć do snu, polecam PLASTER.


*Plaster mentalny- myślenie w kategoriach podpisanych kontraktów , które określają konkretnie ilość, rodzaj wykonanych i refundowanych zabiegów. Myśli o dopasowaniu się do wymogów kontraktu, zaważają na decyzji o sposobie i jakości opieki i leczenia.

środa, 3 marca 2010

Fryderyk Jarosy


"Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”
( Kazimierz Krukowski)

Uzupełniając powyższe, z urzędu Austriak, ponieważ posiadał obywatelstwo tego kraju. Czytając lekturę na temat Jarosyego, postanowiłam zobaczyć jego postać w formie „ruchomej”. Pogrzebałam w swoich zasobach i oto w przedwojennym filmie z Mirą Zimińska- „Papa się żeni,” znalazłam.

Miał ciepły, zdecydowany głos z wdzięcznym „wschodnim", modnym natenczas akcentem. Należy koniecznie zaznaczyć, że przyjechał do Polski w wieku 35 lat, bez podstaw znajomości języka polskiego i wkrótce potem stał się najbardziej znanym konferansjerem kabaretowym w całej przedwojennej Warszawie. Jego talent do języków sprawił, że przyswoił „polski” zadziwiająco szybko i posługiwał się nim w sposób wykwintny i z klasą.

„Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością.” (Tadeusz Boy-Żeleński)
Stał się ważną osobistością życia kulturalnego stolicy. Był uznawany, kochany, rozpoznawalny i zamożny. Jego trwałym i nieocenionym wkładem w klasykę polskiej sceny jest odkrycie takich sław jak: Hanka Ordonówna, Bronisław Horowicz, Stefania Grodzieńska i Jerzy Jurandot.
Przy tym wszystkim był szalenie miłą, lubianą osobą w środowisku poetów, aktorów, kompozytorów i krytyków.

***

Przyjął na siebie trudny los polskiego Narodu i nie wyrzekł się go do ostatnich chwil swojego życia. Trudne losy Polaków stały się jego świadomym wyborem. Po wybuchu II wojny światowej stracił wszystko co zbudował. Z austriackim paszportem mógł wyjechać i żyć spokojnie poza piekłem wojny. Pozostał, a to przyniosło mu areszt przez Gestapo, tułaczkę, ukrywania, obóz w Buchenwaldzie.
Przetrwał to i po wojnie znów pragnął powrócić do teatru. Szukał zagubionych aktorów po zawierusze wojennej, z których pomocą, założył teatr „Cyrulik Warszawski”, występujący na emigracji.
***

Ostatnie lata życia były dla niego przykre i upokarzające. Jako starszy człowiek, nie mógł znaleźć zajęcia zarobkowego. Duma, bieda, pokora i zasiłek –ot czego się doczekał pod koniec swoich trudnych lat życia. W Londynie, schorowany i wyczerpany przeżyciami wojennymi cierpiał niedostatek.
Czy gdyby wiedział, że Polakom los gotuje trudne życie, zdecydowałby się na przyjęcie takiego dziedzictwa?

A odpowiedzią niech będzie ten cytat:
„Kochany mój, najdroższy Julek!(Tuwim) Na niczym się nie znam, prócz jednym: że kocham i uwielbiam Cię niezmiennie i płakałem jak bóbr, kiedy ukrywając się przed gestapo, dostałem w swoje ręce Twoje "Kwiaty Polskie". Jesteś i zostajesz na zawsze jednym z moich najcenniejszych wspomnień mego cygańskiego życia. Całuję z całego serca-Twój Jarosy” (Fryderyk Jarosy)

***

Cytaty: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, WWL MUZA SA, Warszawa 2006

P.S.

Ta książka została przeze mnie wygrzebana z upokarzających przecen. 9,90 zł z 49,90 za piękne wydanie w twardej oprawie. Cena upokarzająca dla autora, którego książka jest jakby dzieckiem. Cena, która osądza również czytelników, zwłaszcza, że lektura traktuje o rzeczach ważnych.
Fotografia pochodzi z portalu : www.e-teatr.pl ( artykuł Polak humoris causa) po mojej korekcie

poniedziałek, 1 marca 2010

Chopin secundo


Dzisiaj rozpoczyna się piękny miesiąc. Miesiąc ożywczy, pełen nowej energii, życia i pasji. W tym miesiącu rodzą się wyjątkowi ludzie.
Pierwszym z nich jest Fryderyk Chopin, który urodził się dokładnie 1 marca dwieście lat temu. Czyż to nie wyjątkowa data?

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...