Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Kino. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2016

Recenzja serialu "BODO"- nagrodzone prace cz. 3.

Bodo: Chcesz, to mnie bierz


Recenzja, która nic nie kosztowała



To ty, jako pierwsza, zrozumiałaś, że nie ma we mnie ani odrobiny talentu (…). Pewnie dlatego nie mogę z tobą zostać.


Śledzę zapowiedzi, rozmowy z twórcami, nie raz i nie dwa przewijam do początku fragmenty taneczne i wstawki wokalne. Ekscytuję się. Kiedy pojawia się 1. odcinek – nie oglądam, czekam na co najmniej 2 kolejne, bo wiem, jak boli syndrom odcinka pilotażowego. Jest już 3, zasiadam do maratonu, spodziewam się wszystkiego co najlepsze, fantazjuję o hiszpańskim Gran Hotelu i czeskiej Pierwszej Republice, o serialu nowoczesnym, biografii z elementami kina gatunkowego.


Oglądam.


W głowie kotłują mi się wyrażenia ze słownika mowy nienawiści. O A. Królikowskim myślę najgorzej jak można o aktorze, rodzice Bodo irytują mnie, matka (A. Wosińska) cierpiętnictwem, ojciec (M. Bonaszewski) nadekspresją. Retorycznie pytam, kto pozwolił Stasiowi Tarkowskiemu (A. Fidusiewicz) opuścić pustynię. Czuję, że kolejna scena z Morycem (P. Żurawski) uczyni ze mnie antysemitkę. Podoba mi się jedynie prof. Uziembło (S. Pawlak) i muzyka.


Seans przerywam w połowie 2. odcinka na rzecz przypadkowego fragmentu Przedwiośnia. Z żalem stwierdzam, że czasy, kiedy aktorami młodego pokolenia byli M. Stuhr, M. Dorociński i B. Szyc minęły bezpowrotnie. Postanawiam nie oglądać więcej serialu Bodo.



O czym marzy pensjonarka całym sercem...


Na facebookowym fanpage'u TVP czytam przypadkowy komentarz: Jeśli usunąć wulgarne sceny seksu, byłaby super produkcja rodzinna. Oburzam się na ten pomysł cenzurowania rzeczywistości, której nośnikiem powinien być serial biograficzny, dla potrzeb kina familijnego. To nie jedyny komentarz w tym tonie, na który natrafiam, dlatego wiedziona ciekawością, postanawiam sprawdzić, o co chodzi. Na powrót zaczynam wierzyć, że tło obyczajowe serialu nie ograniczy się tylko do długich ujęć łódzkiej ulicy.


Z nadzieją na skandal włączam 2. odcinek. Nudzę się, a kiedy Bodo w obronie swojego płaszcza gotów jest dać pokiereszować sobie twarz, patrzę na niego z politowaniem. Ciągle czekam na obiecane zgorszenie, które w końcu zabierze mnie w lata dwudzieste, lata trzydzieste. Trwam.


Niespodziewanie z marazmu wyrywa mnie 1. świetna, żywiołowa scena w przytułku dla bezdomnych. To przełom. 2. odcinek kończę oglądać z myślą, że tu będzie się jeszcze dziać.


3. odcinek utwierdza mnie w tym przekonaniu. Śmieję się z testu na dobrego chrześcijanina i innych dyskretnych żartów, zaczynam wciągać się w drobne intrygi, coraz bardziej ciekawi mnie: wróci do Łodzi czy nie. Zapominam nawet, po co właściwie znów zaczęłam oglądać Bodo. I wtedy początkująca aktorka Nina (A. Kurowska) oraz dyrektor teatru Apollo (O. Lubaszenko) przypominają mi. Spodziewam się witkacowskiego nienasycenia i tumanów kokainy, widzę kilkusekundową scenę interesownego, bezceremonialnego zbliżenia, które powraca także w następnym odcinku, tym razem z Bodo w roli głównej. Cieszę się tych scen i wszystkich innych, w których Bodo jest molestowany i w których kobiety i mężczyźni składają mu niemoralne propozycje. Ten serial, jeśli ma choć trochę przybliżyć epokę (i środowisko), potrzebuje ich tak samo jak odpowiedniej scenografii.


Według obliczeń Netflixa widz, żeby wciągnąć się w fabułę potrzebuje średnio 3 odcinki. Algorytmy Bodo sprawdzają się, 4. odcinka nie mogę się doczekać.



Nie przesadza pan? Znamy się krótko!


Jestem oczarowana. W 4. odcinku po kinie familijnym nie ma śladu. Najpierw scena występu w dość podejrzanym przybytku, później chwila nieodwzajemnionej namiętności z Adą i akcja rusza na dobre.


Bodo mężnieje, występy w niesławnych spelunkach i praca przy wywózce ciał zmarłych na grypę sprawia, że przestaje przypominać naiwnego wymoczka. Jest coraz bardziej odważny, czasem bezczelny, podoba się i wykorzystuje to. Mnie także, zaczynam być bezkrytyczna.


Oglądając 5. odcinek, w którym zmienia się aktor grający tytułowego bohatera, zapominam, że chciałam obejrzeć polski Gran Hotel – nonsens. Jestem zachwycona! Zdjęcia są jaśniejsze, więcej w nich przestrzeni, rozmachu, a w Bodo uroku. Tempo akcji przyśpiesza, emocje narastają (w 5. odcinku pierwszy raz się wzruszam), coraz częściej się śmieję.


Występ Bodo i Z. Pogorzelskiej (R.Gąsiorowska – całościowo wyborna) w odcinku 6. oglądam 3 razy, muzyka i choreografia to jedyne, co niezmiennie podoba mi się od początku serialu. Wkrótce zaczynam myśleć o Bodo źle, że interesowny bałamut i świnia, po chwili wzdycham jednak: Titina, wróć! I tak w pętli wielokrotnie. To już nie jest karuzela z momentami, ale rollercoaster wrażeń, i oglądając serial w maratonie, z ich nadmiaru, dopada mnie globus.



Dobrze by było, gdybyś zagrał nie jak ostatnia noga.


Rozumiem już dlaczego A. Królikowski dostał tę rolę i od 3. odcinka podoba mi się jego kreacja, choć w T. Schuchardtcie dostrzegam więcej stosownej charyzmy i naturalnego szarmu (odpowiadającego, oczywiście, wiekowi granej postaci). Nie drażnią mnie już rodzice Bodo (matka w 5. odcinku zaczyna być nawet zabawna) Moryc ani Hans. Zaczynam lubić K. Hanusza (E.Kulm). Podobają mi się epizodyczne role M. Stróżyńskiej (Trudi), M. Hirch (red. Drewiczówna), E. Herbuś (P. Negri) i wielu jeszcze krócej pojawiających się na ekranie postaci (m.in. N. Sikora).



Ja się nigdzie nie ruszam! Teraz to moje miasto.


Sprawdzam ile odcinków liczy serial. Jeszcze 7. Zostaję, chociaż poważnie grozi mi obłąkanie.


 Joanna Betlej

Recenzja serialu "BODO"- nagrodzone prace cz. 2.

Na wstępie przyznam się, że poczesne pierwsze miejsce w moim rankingu międzywojennych gwiazd zawsze zajmował Aleksander Żabczyński. Kiedy usłyszałam o planach dotyczących serialu „Bodo” ukłuło mnie takie maleńkie poczucie żalu. W końcu życiorys Żabczyńskiego jest również gotowym scenariuszem filmowym! Ale „żale na bok”, w końcu Bodo jest na drugim miejscu i na premierę serialu czekałam z niecierpliwością. Miałam nadzieje, że chociaż trochę poczuję tę atmosferę, której nazwę mi trudno określić. Chciałam, za pośrednictwem małego ekranu, znaleźć się w klimacie teatralno-kabaretowo-wodewilowym z domieszką kina, przeplatanym specyficznym dźwiękiem gramofonowej płyty. I nie zawiodłam się. Przynajmniej podczas obejrzanych dotąd czterech odcinków serialu. Szczególnie bliski dla mnie był epizod poznański. Fakt, że czekałam na niego również z chęci zobaczenia samego Poznania w roku 1916 i pod tym względem producenci mnie trochę zawiedli. Już pierwszy rzut oka upewnił mnie w przekonaniu, że do tego miasta ekipa nie zawitała. Nie był to ani dworzec, ani ulice poznańskie, a tym bardziej nie było to kino „Apollo”. Ale cóż. Plenery nie są najważniejsze. Trochę drażnił mnie również ten wszechobecny niemiecki język, ale w sumie to w końcu były jeszcze czasy zaborów i dyrektor teatru był Niemcem.


Teatr jest bliski memu sercu, szczególnie od czasu jak dowiedziałam się o wielkiej miłości, którą darzył tę sztukę mój pradziadek. Mimo, że był synem stolarza z małego miasteczka, realizował swą pasję aktorską biorąc lekcje w teatrze Polskim w Poznaniu. Pod koniec dziewiętnastego wieku nie było to na pewno łatwe. Znalazłam nawet kilka prasowych recenzji z jego późniejszej działalności w teatrach amatorskich. Dla mnie pewnym łącznikiem z tamtym dawnym światem sceny były piosenki śpiewane jeszcze w siedemdziesiątych latach podczas imienin u moich „przedwojennych” stryjków – braci dziadka. Były „żywcem” wzięte z wodewili lat trzydziestych. Z kolei zainteresowanie kinem międzywojennym zaszczepił we mnie pan Stanisław Janicki na ekranie czarno-białego telewizora „Lazuryt” w czasach mojego wczesnego dzieciństwa.


Ale wracajmy do serialu „Bodo”. W końcu to o nim miałam pisać. Nie wiem jak sprawdzi się w roli Eugeniusza Bodo Tomasz Schuchardt, natomiast jeżeli chodzi o Antoniego Królikowskiego, to musze przyznać, że dotąd nie doceniałam jego aktorskich umiejętności. Może fizycznie nie przypomina Bogdana Junot, jednak nie o to chyba chodzi w serialu biograficznym. Wspaniale zagrał młodego upartego i dążącego do swojego celu przyszłego aktora. Podczas sceny warszawskiego debiutu Bodo, przeplatanej scenami śmierci jego ojca, wzruszyłam się nawet do łez. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Mariusz Bonaszewski, któremu bezbłędnie udało się zagrać faceta, któremu wiele można wybaczyć. Natomiast Maciej Damięcki rozśmieszył mnie zupełnie jak Antoni Fertner, którego aktor zagrał. Obsada serialu została świetnie dobrana. Zaczynając od Agnieszki Wosińskiej w roli matki Bogdana, kończąc na najmniejszych „rólkach”. Moją szczególną uwagę zwrócili Bartłomiej Kotschedoff, jako Adolf Dymsza i Kamila Kuboth-Schuchardt, jako Mira Zimińska.


Reasumując, obejrzane dotąd cztery odcinki serialu „Bodo”, mimo kilku wpadek, takich jak: ubrani w letnią odzież ludzie w listopadzie 1918 roku oraz pływające w wiadrze wigilijne karpie (karp został symbolem wigilijnym dopiero po drugiej wojnie światowej), jest świetnie nakręconym serialem oddającym klimat dawnej kabaretowej bohemy. Myślę, że kolejne odcinki zapowiadają się równie obiecująco.


Hanna Jałocha

Recenzja serialu "BODO"- nagrodzone prace cz. 1.

„Bodo” to kolejna genialna produkcja TVP. Świetnie dobrana obsada już od początku zachęciła do oglądania, nie tylko mam tutaj na myśli główne postaci, ale również wszystkie drugoplanowe i statystujące, bo bogactwo osobowe zdecydowanie umacnia rangę tejże produkcji. Wskazuje na fakt, że jest to opowieść o ludziach dla ludzi. Możemy nie tylko poznać koleje życia osobistego i zawodowego Eugeniusza Bodo, ale również wszystkich tych, których napotykał na swojej drodze. Ojca, który sobą i tym co robił zainspirował go do tego, aby dążył do realizacji marzeń, matkę która wiedząc czym rządzi się świat kina i teatru chciała zdecydowanie dla swojego syna innej drogi życiowej. Koleżankę, która nie zauważyła sympatii jaką darzył ją Bodo, kolegę który właśnie z nim chciał zdobywać świat, ale jak tylko miał okazję zaznać czegoś lepszego pozostawił Bodo na dworcu, nawet złodziejaszek okazał litościwe serce, bo zabrał Bodo na kwaterę, która może nie była hotelem 4 gwiazdkowym, ale jakoś pozwoliła zanocować w Warszawie, w której nikogo nie znał.


Moim zdaniem „Bodo” jest nie tylko swoistą biografią jednego z największych polskich aktorów okresu międzywojennego, ale doskonale pokazuje nam świat ówczesnego showbiznesu, którego mechanizmy, sposób działania w nim pewnych osób niewiele różni się od tego co możemy obserwować obecnie. Niby czasy się zmieniają, kultura i sztuka ma do dyspozycji różne środki wyrazu, ale jednak ludzi, a właściwie ich mentalność się nie zmienia i mechanizm postępowania bardzo zbliża się do dzisiejszego. „Bodo” jako wielkie, muzyczne widowisko jest świetnie nakręcony, doskonale się ogląda nie tylko z racji powrotu w plenery dwudziestolecia międzywojennego, ale również z racji doskonałych wnętrz jakie przygotowano, kostiumów i sekwencji muzycznych, które robią wrażenie. Ponadto zdjęcia są genialnie realizowane, kamera jest zawsze tuż przy prezentowanej postaci i prezentuje nam widzom wszystko to, co aktor w danym momencie wykonuje, bo jeśli tańczy to my widzowie widzimy jak to wszystko doskonale współgra, jak wiernie wtóruje kamera temu wszystkiemu co jest dynamiczne, szybkie i kolorowe na planie. Kiedy konwencja ma charakter fabuły, biografii, to faktycznie tak jest, ale jeśli coś ma bardzo dynamiczny przekaz i ma nas widzów wprowadzić w charakter kolorowego show, to doskonale zdjęcia taki charakter oddają.


Dzięki serialowi „Bodo” mamy okazje poznać niezwykłą osobowość przedwojennej rozrywki. Eugeniusz był nie tylko aktorem, ale z racji swojego talentu i wszechstronności był również piosenkarzem i tancerzem. Takie umiejętności nie powinny dziwić dzisiejszych adeptów aktorstwa, bo właśnie każdy aktor powinien potrafić zagrać swoją rolę, ale również powinien zaśpiewać i zatańczyć.


Łódź to miasto filmowe, dlatego bardzo pasuje do takiej produkcji, która przypomina symbol polskiego kina i teatru. Z pewnością można dopatrywać się nawiązania do „Ziemi obiecanej”, bo przecież postać Polaka, Niemca i Żyda stanowi takie sentymentalne nawiązanie, a ponadto przypomnienie tamtych czasów, w których właśnie takie rodzinne koleje i przyjaźnie miały wielonarodowościowe korzenie. Serial jak widzę ma w swoim zamyśle zaprezentować niewątpliwy fenomen Eugeniusza Bodo, który zaczyna swoją drogę zawodową od pasji i miłości do kina i teatru, przerysowaną różnymi kolejami losu wreszcie dochodzi na swój wymarzony Everest i … no właśnie czy jest szczęśliwy, spełniony, zapewne tak, ale mimo wszystko czegoś mu brakuje, tylko sam nie do końca wie czego tak naprawdę. Na obecny moment jestem pod ogromnym wrażeniem serialu i gry Antoniego Królikowskiego, który może nie jest doskonały w tej kreacji, ale czy młody Eugeniusz był doskonały, z pewnością nie, bo każdy dzień był dla niego czymś nowym, jakimś doświadczeniem nawet trudnym, którym zdobywał umiejętności jakże ważne i cenne w kolejnych podróżach, nowych rolach i środowiskach, w których miał przyjemność pracować i egzystować. Myślę, że warto jest pochylić się nad tą produkcją, obejrzeć do końca.


 Małgorzata Musiał

wtorek, 12 kwietnia 2016

Klimek-przedwojenny chłopak.

Screenshot_1


Ogłoszono nabór do nowego filmu. Michał Waszyński, bo tak nazywał się reżyser tego filmu, kompletował obsadę. Film miał się nazywać „Wacuś”. Wszystkie główne role były już obsadzone. Plejada gwiazd, bo tylko znane nazwiska mogły przyciągnąć do kin publiczność, która już zdążyła „zwybrednieć”. Adolf Dymsza był idealnym kandydatem na podwójną, główną rolę, a tu miał zagrać nastoletniego chłopca. Do obsadzenia pozostała rola prawdziwego nastoletniego chłopca, ucznia mieszkającego na stancji u pewnej niezamożnej rodziny. Postanowiono dobrać chłopca we właściwym wieku.


Klimek- tak nazywali go szkolni koledzy zawsze interesował się filmem. Marzył o karierze aktora. Był zwykłym chłopcem z błyszczącą blond czupryną i radosną twarzą. Po lekcjach w szkole pomagał swojemu ojcu, który miał kiosk na ulicy Czerniakowskiej i sprzedawał papierosy. Korzystając z bliskości sklepu z gazetami chłopiec wypożyczał ilustrowany tygodnik „Kino”. Z zachwytem czytywał wszystkie wzmianki prasowe o kinie i aktorach. Tak, przed wojną można było wypożyczyć ze sklepu gazetę. Ponoć kosztowało to 5 gr.


Pewnego dnia Klimek dowiedział się od swojego starszego kolegi o tym, że wytwórnia filmowa poszukuje chłopców w wieku 12-15 lat. Długo się nie zastanawiał. Pobiegł od razu na przesłuchanie.


Przyjęto go i wysłuchano. Zadeklamował „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Kto nie znał wtedy tego wiersza... Zrobił to z taką swobodą i żarem, że z miejsca dostał angaż do filmu „Wacuś” i choć jego nazwiska nie wymieniono w czołówce filmu to jego rola była zauważona i pozytywnie oceniona.


https://www.youtube.com/watch?v=_ICTHv3rtgQ


Wyzwaniem dla niego okazało się dotrzymanie kroku wytrawnym aktorom: Jadwidze Andrzejewskiej i Adolfowi Dymszy. Ich warsztat i życzliwość podczas kręcenia wspólnych scen sprawiły, że chłopiec wypadł świetnie, a przychylna ocena jego roli zaowocowała kolejnymi angażami.


https://www.youtube.com/watch?v=8HRoUQrGqKM


W każdym razie artysta...


W ten sposób Klemens Mielczarek rozpoczął swoja przygodę z aktorstwem i stał się jednym z pierwszych „złotych dzieci” polskiego kina dźwiękowego.


W 1937 roku zagrał najważniejszą ze swoich przedwojennych ról. U boku Karoliny Lubieńskiej zagrał Franka- pikolaka w komedii pomyłek „Książątko” w znakomitej obsadzie: Eugeniusz Bodo, wymieniona już wcześniej Karolina Lubieńska, Loda Niemirzanka, Antoni Fertner, Józef Orwid, Jerzy Marr.


Zagrał biednego pikolaka czyli  pomoc kelnera, który jedzie pociągiem na „gapę” do Krynicy Górskie, gdzie ma umówioną pracę. Zabiera ze sobą Władkę ( główną bohaterkę), którą uznaje za młodego chłopca. W Krynicy załatwia jej posadę fordansera. Było to jego ostatnie, przedwojenne, filmowe wyzwanie.


Nastała wojna, która zmieniła życie dziewiętnastoletniego  aktora. Zaletą młodych głów jest, że nie przestają marzyć i choć trudno, to przystosowują się do zaistniałej rzeczywistości. W trakcie wojny uczył się w podziemnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.Gdy nastał czas Powstania Warszawskiego, przedstawiciel pokolenia Kolumbów walczył w szeregach AK. Po upadku powstania jako jeniec wojenny został wywieziony do Niemiec.


Przetrwał wojnę, a po niej powrócił do Polski by zdać egzaminy na aktora i pracować jako aktor w Teatrze Miejskim w Częstochowie. Wojna zmieniła Klemensa nie do poznania.


Trudno skojarzyć te dwie osoby: smukłego, chudego blond młokosa i opalonego, muskularnego mężczyznę. Po wojnie rozpoczął prawdziwą pracę aktorską. Dużo pracował na scenie, a w filmach grał raczej role drugoplanowe, czasem epizodyczne.


hhh


Mimo tego jego powojenny filmowy dorobek jest imponujący:


1949 r.- „Czarci żleb”


1949 r.-”Dom na pustkowiu”


1953 r.- „Sprawa do załatwienia”


1953 r.- „Przygoda na Mariensztacie”


1953 r.-„Podhale w ogniu”


1953 r. -”Piątka z ulicy Barskiej”


1953 r. -” Żołnierz Zwycięstwa”


1953 r.-” Sprawa Szymka Bielasa”


1954r. _”Pokolenie”


1958 r.-„Wolne miasto”


1958r.- „Ósmy dzień tygodnia”


1959 r.-”Cafe pod Minogą”


1960 r.- „Krzyżacy”


1965 r.-”Sam pośród miasta”


1967 r.-”Westerplatte”


1977 r.-”Sprawa Gorgonowej”


1978 r. -”Wśród nocnej ciszy”


1978 r.-”Romas Teresy Hennert”


1981 r.-” Dziecinne pytania”


1981 r.-„Człowiek z żelaza”


1983 r.-”Szczęśliwy brzeg”


1988 r. -”Biesy”, „Zmowa”


1991 r.-”Skarga”


Seriale: „Dom”, „Polskie drogi”, „Zmiennicy”


Galeria aktora: http://fototeka.fn.org.pl/pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Mielczarek+Klemens&search_type_in=osoba&view_type=tile&sort=alfabetycznie&result%5B%5D=1873&lastResult%5B%5D=1873&pageNumber=1&howmany=50&view_id=


„Po przejściu na emeryturę stworzył dla dzieci własny teatr jednego aktora. Nazwał go Kuku-Ryku. Jeździł z nim po całej Polsce, odnosząc sukcesy. Dekoracje i maski woził w bagażniku. Sam był dyrektorem, aktorem, organizatorem i kierowcą. Konwencja jego teatru opierała się na maskach, które zaprojektowali Kazimierz Mikulski i Adam Kilian. Zarówno on, jak i zaproszone z widowni dzieci zakładali maski i wspólnie rozpoczynali wędrówkę w krainę bajek, ucząc się przy okazji różnego rodzaju tańców. Otrzymywał mnóstwo listów z podziękowaniami od kierownictwa szkół, a dzieciaki z utęsknieniem czekały na kolejne spotkanie z jego teatrem.”


W roku 1996 Klemens Mielczarek otrzymał Nagrodę miasta Warszawy. W gronie nagrodzonych tego roku znaleźli się między innymi: Mira Zimińska-Sygietyńska, Loda Halama, Maria Modzelewska, Lidia Wysocka.


Ze wspomnień Witolda Sadowego: „Moje przyjazne stosunki z Klimkiem datują się od bardzo dawna. Od czasów wojny i niemieckiej okupacji, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i świat należał do nas. Nawet wojna nie zabiła w nas optymizmu. Klimek był człowiekiem ciepłym, dobrym i pogodnym. Świetnym kolegą. Przez pewien czas pracowaliśmy razem w Teatrze Klasycznym i graliśmy w kilku sztukach. Dawno go nie widziałem, ale od czasu do czasu prowadziliśmy długie rozmowy przez telefon. Nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Był dumny ze swoich dzieci. Wiedziałem, że chorował, bo od dłuższego czasu nie spotykałem go ani w operze, ani w teatrach. Starał się nie opuścić żadnego przedstawienia. I choć to nie jest już ten teatr, na którym się wychowaliśmy, nie przestał go kochać. Żegnaj Klimku, pozostała już nas garstka.”


Klemens Mielczarek zmarł w 2006 roku przeżywszy 86 lat. Został pochowany na Starych Powązkach.


Polecam Waszej pamięci nietuzinkową postać Klimka.


Www.encyklopediateatru.pl „Klemens Mielczarek. Pożegnanie”. (Witold Sadowy) za Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 50


Zdjęcie: Reżyseria:Kański Tadeusz, Vergano Aldo, PrawaStudio Filmowe "Kadr", Autor: Wawrzyniak Kazimierz

niedziela, 13 marca 2016

Konkurs ruszył

Bodo_serial_tvp

 

Szanowni Państwo,

Już od dzisiaj rusza konkurs na najlepszą recenzję serialu o Eugeniuszu Bodo.  Piszcie o swoich przemyśleniach. Piszcze, czy tak sobie wyobrażaliście Eugeniusza Bodo i inne gwiazdy. Czy dobrze uchwycono znane postacie. Recenzujcie grę aktorów.

Trzy najpiękniejsze prace ( do 4 tyś znaków) będą nagrodzone najnowszą  książką Anny Mieszkowskiej "Bodo wśród gwiazd". Książka ta będzie dla Was dopełnieniem serialu. Niezbędnym kompendium wiedzy o życiu dawnych, przedwojennych gwiazd.

Serdecznie zachęcam, bo naprawdę warto powalczyć, bo otrzymać tę pozycję.  Prace nadsyłajcie na adres: mota@op.pl. Regulamin konkursu znajduje się TU

Na prace czekamy do 31 marca 2016r. 

 

Bodo-wsrod-gwiazd-1

niedziela, 6 marca 2016

Konkurs

Kochani!
Ogłaszam mini konkurs!
Konkurs na najciekawszą recenzję  serialu o Eugeniuszu Bodo.
Napiszcie jakie były wasze oczekiwania i czy nie zawiedliście się. Czy tak sobie wyobrażacie dawną kabaretową bohemę?
Piszcie!
Najciekawsza recenzja będzie nagrodzona książką "Bodo wśród gwiazd" autorstwa Anny Mieszkowskiej. Dodatkowo recenzję opublikuję na swoim blogu.
Recenzje proszę nadsyłać na adres : mota@op.pl

Szczegóły wkrótce.

Bodo_serial_tvp Bodo-wsrod-gwiazd-1

środa, 2 marca 2016

Eugeniusz Bodo-reaktywacja

 

wpid-wp-13973140432862Krakowskie Przedmieście, 1937 rok

Cukierniany gwar, szczęk naczyń, zapach waniliowych kremów odurza stałych bywalców. Zakochane pary, dzieci z umorusanymi od słodkości buziami, starsi panowie sączący „pół czarnej”, wsłuchują się w tony niegłośnej muzyki płynącej z adapteru.


Do lokalu wchodzi elegancki jegomość z psem o rozmiarach niewielkiego konia. Bydlątko nikogo nie przeraża, wręcz nie robi na obecnych żadnego wrażenia. Sprzedawczyni uśmiecha się promiennie, dając koleżance znaczącego kuksańca w bok. Teraz obie uśmiechają się do gościa.


Jesienno-zimowa aura sprawia, że elegant ubrany jest w markową pelisę z postawionym kołnierzem. Nosi także kapelusz z szerszym rondem. W powietrzu zapach waniliowych ciastek mąci francuska perfuma. Zapach luksusu. Przybysz jedną ręką zdejmuje kapelusz, drugą kontroluje stan swoich mocno nabłyszczonych, idealnie zaczesanych do tyłu włosów. Obdziela szczerym uśmiechem sprzedawczynie. Podchodzi do lady i zamawia dziesięć sztuk ptysiów z różowym kremem. Rzuca żarcik, anegdotkę o swoim małym Sambo (piesku), który zjada na śniadanie ludzi. W cukierni panuje ożywienie. -Bodo! Bodo!- niezbyt cicho powtarzają do siebie obecni.


Przyzwyczajony do takiego zachowania innych, Bodo kłania się uprzejmie i podąża do drzwi.


Tuż przed drzwiami zatrzymuje się i odwraca.


- Zapomniałem kupić jednego ptysia. Źle policzyłem osoby.


-Jak to? Mówił pan, że będzie dziesięć osób.


- Sambo jest jedenasty.


Młoda dziewczyna podaje osobny pakuneczek psu do pyska. Bodo i jego psina wsiąkają w jesienną pogodę.


*


Eugeniusz Bodo znany szerokiej przedwojennej publiczności jako elegancki mężczyzna, człowiek sukcesu, amant kina, bożyszcze kobiet, ale także nowoczesny celebryta i biznesmen. Dzisiaj, z perspektywy czasu i w kontekście jego wojennych losów, postrzegany jest jako tragiczna ofiara historycznej zawieruchy.


Rzeczywiście jego biografia, choć krótka, jest niezwykła i obfituje w wiele ciekawych zdarzeń.


Od najmłodszych lat mały Gienio, ruchliwy i wesoły chłopiec, był przyzwyczajony do dalekich podróży, które odbywał wraz z rodzicami. Ojciec Teodor był propagatorem sztuki filmowej. Dlatego ze swoim objazdowym kinem, wędrował po całej Azji. Dotarł nawet do Chin i Persji. Prezentował nowoczesne, jak na tamte czasy, prekursorskie rozwiązania techniki filmowej.


Decyzją ojca, po wielu latach tułaczki, rodzina Junodów osiedliła się w Łodzi. Tu także ojciec Gienia otworzył kino- Urania. Jedno z pierwszych w Polsce. Nie było to zwykłe kino. To było miejsce spotkań towarzyskich, gdzie prócz wyświetlania filmów prezentowano bogaty wachlarz kulturalnych wydarzeń.


Matka marzyła, że mały Gienio kiedyś zostanie lekarzem, ojciec natomiastprzewidział dla niego karierę handlowca.Nasz bohater zaś miał zupełnie inne plany i zamierzenia. Chciał zostać aktorem i na scenie widział swoją przyszłość. Przystąpił bardzo wcześnie do realizacji celu, choć aktorskie wykształcenieuznał za zbędne.


Nie godząc się z decyzją rodziców, uciekł z domu, poświęcając się pracy w prowincjonalnych teatrzykach. Zmienił rodowe nazwisko -Junod, na BoDo, powstałe ze zlepku pierwszych sylab swojego imienia ( Bogdan) i imienia matki (Dorota). Zachwycił się atmosferą kabaretów. Miał niesamowite wyczucie publiczności. Bardzo szybko został zauważony i zaangażowany do najlepszego w tym czasie kabaretu warszawskiego „Qui pro Qou” . Stąd był już tylko krok do kariery. Popularność na miarę dzisiejszych czasów przyniosły mu role w filmach dźwiękowy. Głównie w komediach. Najważniejszymi z nich były: „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Piętro wyżej”, „Książątko”, „Jego ekstelencja subiekt”, „Jaśnie pan szofer”, „Pieśniarz Warszawy”.


To komedie spowodowały, że stał się popularny, jednak jego marzeniem i ambicją było grać postaci tragiczne. Role trudne do zagrania i ambitne, np. w filmie „Kłamstwo Krystyny” gdzie zagrał okrutnego, pozbawionego wszelkich ludzkich odczuć stręczyciela.


Mimo, że był najbardziej znanym aktorem w Polsce, nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa. „Pozornie niezgrabny, z lekka korpulentny, przysadzisty, na tle Brodzisza, czy Żabczyńskiego, prezentował się nieco gorzej. On jednak miał w sobie urok, „dużo szelmowskiego wdzięku” i magnetyzm wprost nie do uwierzenia.


Miał zamiłowanie do pięknych strojów i toalet. Ubierał się szalenie elegancko i szykownie. Na balu w hotelu Europejskim w 1936 roku zdobył tytuł „Króla Mody”. Bardzo chętnie przyjmował propozycje reklamowania odzieży. Flauszowe marynarki firmy „Old England”, pantofle od Kielmana, krawaty Chojnackiego, czy kapelusze Młodkowskiego, wszystko w najwyższym gatunku prezentował z przyjemnością. Uwielbiał wykwintne restauracje. Lubił wystawne kolacje w najsławniejszych lokalach Warszawy.


Razem z Brodziszem zawiązał spółkę producencką. To pozwoliło mu na realizację zamierzeń filmowych, o których zawsze marzył.


Życie prywatne Bodo nie obfitowało w skandale obyczajowe i szaleństwa towarzyskie. Mieszkał z matką i po burzach młodości bardzo cenił sobie jej towarzystwo i przyjaźń. Pani Jadwiga miała bardzo twarde zasady moralne i w takich wychowywała syna, nawet wtedy, gdy ten miał grubo po trzydziestce. Ojciec umarł w 1928 roku nie mając możliwości cieszenia się sukcesami syna.


Bodek cenił sobie raczej spokój i domową atmosferę. Lubił robótki domowe, nawet wyszywał makatki z koralików, którymi obficie obdarowywał znajomych. Pasjonował się filatelistyką. Miał bogaty zbiór unikatowych znaczków, posegregowanych w klasery, oprawionych białą skórą. Był wysportowany. Chodził na lekcje boksu i fechtunku. Zdał kurs na szofera. Lubił herbatę i podobno, ptysie z kremem.


Był człowiekiem bezkonfliktowym, choć posiadał dość nerwowy charakter o cechach choleryka. Szybko wybuchał, szybko mu przechodziło. Nie żywił urazy. W obyciu był miły, elokwentny z poczuciem humoru i skorością do żartów. W pracy dokładny, obowiązkowy, wymagający. Generalnie jednak, człowiek o gołębim sercu.


Zawsze elegancki, a do kobiet szarmancki, przyjaciołom oddany.  W sprawach sercowych, jak na bożyszcze tłumów, nietypowy. Gustował w skromnych dziewczynach, ale kochał raczej incydentalnie. W środowisku filmowym niechętny był do romansów. Łączono go jedynie z aktorką o dość oryginalnej urodzie: Norą Ney. Chodziły słuchy, że uwielbiał kobiety o ciemnej skórze. I jakby na potwierdzenie tej teorii można przytoczyć fakt romansu jego życia z gorącą pięknością z Wysp Bora Bora- Reri, a właściwie Anną Chevalier. Była to aktorka, która znalazła się w Warszawie dzięki promocji filmu „Tabu” produkcji niemieckiej. Film ten, pomimo rozpaczliwych zabiegów ratowania, zaliczył klapę, a młoda Reri pozostawiona w wielkim świecie, potrzebowała ratunku. Pomocną dłoń podał jej właśnie Bodo, ponoć zakochany w niej od pierwszego wejrzenia. Spisał z nią kontrakt opiewający na sześć tysięcy złotych i futro. Tak zaczęła się ich współpraca zawodowa i prywatna. Ona uwielbiała się bawić, kochała lalki i pajacyki, on pracę i scenę. Niepohamowany pociąg Reri do trunków wyskokowych i niechęć matki aktora do ciemnoskórej piękności, zniweczył ich nieśmiałe plany małżeńskie. W 1935 roku Anna Chevalier wyjechała z Polski do Berlina i nigdy już nie powróciła, a Bodo nie powrócił do myśli o małżeństwie.


W czasie wojny Eugeniusz wraz z zespołem Henryka Warsa, występował jako śpiewak, aktor i konferansjer we Lwowie. Znakomita znajomość języka rosyjskiego umożliwiała im kilkukrotne tournee po ZSRR (Charków, Kijów, Moskwa). Z początku lwowska atmosfera sprzyjała występom, co bardzo zachęcało polskich aktorów, a tournee dawało poczucie bezpieczeństwa. 


 


Wszędzie przyjmowany był przyjaźnie i należycie dla swojej sławy. Nawet nie wiedział, po jak cienkim lodzie stąpa i jak bardzo krucha jest jego pewność bezpieczeństwa. Należy przypomnieć, że Eugeniusz Bodo było w połowie Polakiem, w połowie Szwajcarem i to miało dać mu bezpieczeństwo u Niemców, a także i Rosjan. Wkoło roiło się od agentów, którzy donieśli gdzie trzeba, że Bodo zaplanował emigrację do USA. To wystarczyło wystarczyło.


Uznano go za szpiega i natychmiast aresztowano. Zrobiono to tak szybko, że słuch o nim nagle zaginął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Było kilka wersji. Wiele osób przysięgało, że widziały moment egzekucji Bodo we Lwowie. Dzięki świadectwu więźnia, z którym Eugeniusz rozmawiał wiemy, że wywieziono go do Moskwy, potem do Kotłasu. 26 czerwca skazano go na 5 lat więzienia. Nazwano go elementem szczególnie niebezpiecznym. Informacje o jego losie były nierzetelne i często wykluczające się. Nikt też nie chciał się przyznać do jego aresztowania. Za najpewniejszą wersję przyjęto tą, że został ujęty i wywieziony w głąb ZSRR.


Poszukiwała go rodzina, matka wciąż wierzyła, że żyje. Poruszono nawet ambasadę. Pomimo niepewnych wieści, prowadzono intensywne wyjaśnienia i negocjacje z Sowietami.


Dzięki relacjom współwięźnia Alfreda Mirka, można było poznać jego dalsze, tragiczne losy. Bodo był wykończony i wychudzony. Trudno było w nim rozpoznać dawnego amanta filmowego. Zniknęły jego wspaniałe, gęste i lśniące włosy, zniknął promienny uśmiech. Był wyniszczony, opuchnięty i słaby. Miał przeczucie, że już nie wyjdzie na wolność. W 1943 nie objęła go amnestia obywateli polskich, miał przecież obywatelstwo szwajcarskie.


Zmarł samotnie z głodu i wycieńczenia 7 października 1943roku w Kotłasie. Miejsce jego pochówku pozostało nieznane. Najprawdopodobniej leży w jednej ze zbiorowych mogił.


Nieustające starania krewnej- Wiery Rudzkiej o informacje na temat Eugeniuszu Bodo przyniosły efekt dopiero dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Podano wtedy przyczynę jego aresztowania i datę śmierci.


Jego historia skończyła się 18.10. 1991 roku, kiedy to władze Rosji ostatecznie przyznały się do aresztowania Eugeniusza Bodo.


Jeszcze przed wojną, kiedy śpiewał w jednym ze swoich filmów „ Za parę lat, kto wie, co jeszcze spotka mnie. Więc póki czas korzystam z życia. Co będzie jutro nie moja rzecz. Nie patrzę na przód. Nie patrzę wstecz. I Jedno wiem, wiem, wiem- żyję dzisiejszym dniem”.


Czyż nie warto czasem warto posłuchać gwiazd?


 


Bibliografia:


 „W starym kinie” Stanisław Janicki, KAW Warszawa 1985 r


„Powróćmy jak za dawnych lat”, Dariusz Michalski, ISKRY, Warszawa 2007 r


„Już nie zapomnisz mnie”, Ryszard Wolański, Muza S.A. Warszawa, 2010


„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Bellona, Warszawa, 2010


 


„Zakochany Bodo” ODEON Stanisław Janicki RMF Classic


Jego Królewska Mość Bodek Jedyny, Konrad J. Zarębski


z czasopisma Film 1983, nr 28


„Za winy nie popełnione”  reportaż Stanisława Janickiego


Zdjęcia źródło: http://www.facebook.com/pages/Cafe-Bodo/367643144590 (polecam profli tematyczny)


 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dziewczyna o smutnych oczach. Tajemnicza Tamara Wiszniewska, polska Greta Garbo.

Tamara ww


To był wspaniały początek kariery. Debiut na miarę współczesnych czasów. Prawie jak wybuch supernowej. Pierwszy poważny film z doborową obsadą wielkich kinowych gwiazd i ona. Obsadzona w jednej z kluczowych ról w kolejnej, modnej i porywającej za serce ekranizacji powieści Mniszkówny pt. „Trędowata”. Zagrała Lucię. Młodszą siostrę Ordynata Michorowskiego. W 1936 roku miała siedemnaście lat, a przed sobą prostą drogę do wspaniałej kariery. Najwyraźniej jej kreacja oraz wyrazista gra spodobała się reżyserom, bo odtąd była obsadzana w poważnych rolach i w ciągu czterech lat wystąpiła w czternastu kinowych przebojach. Wpadła w wir intensywnej pracy na planie. Była jedyną aktorką, która w tak młodym wieku odniosła ogromny sukces.


Od samego początku swoją grą zaznaczyła bardzo wyraźnie, że jest urodzona aktorką dramatyczna. Grała dostojnie i dojrzale, co przy jej wieku czyniło ją wyjątkową. Miała ogromną grację i dostojeństwo. Jej spojrzenie było wręcz magnetyczne i przenikające, pełne nostalgii. Od jej twarzy bił ogromny spokój. Powaga rysów sprawiała, że wyglądała na dojrzalszą i starszą. To wszystko, a na dodatek blady uśmiech i tajemniczość to cechy, dzięki którym stała się aktorką typu Grety Garbo.


Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie, zgrabnej sylwetce oraz niekwestionowanemu talentowi została amantką filmową i występowała z takimi sławami jak: Aleksander Żabczyński, Jerzy Pichelski czy Franciszek Brodniewicz. W 1938 roku Wiszniewska oraz aktor Mieczysław Cybulski grający razem w filmie „Dziewczyna szuka miłości” zostali okrzyknięci „najpiękniejszą parą kochanków ekranu”.


tamara i czb


Tamara trafiła na warszawskie salony. Była bywalczynią wspaniałych, wykwintnych przyjęć. Była oklaskiwana i niejednokrotnie wyróżniana jako „królowa balu”. Na planie „Ordynata Michorowskiego”, w 1937 roku poznała starszego od siebie o dwanaście lat Władysława Mikosza, producenta filmowego. Bardzo szybko zdecydowali się na ślub, a niedługo potem na świat przyszła ich córka- Irena.


Jej dorobek artystyczny jest imponujący: „Trędowata”, „Ordynat Michorowski”, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Kobiety nad przepaścią”, „Dziewczyna szuka miłości”, „Biały murzyn” to najważniejsze filmy w jej karierze.


Niewiele wiadomo o Tamarze Wiszniewskiej prywatnie. Jej dzieciństwo i okres dorastania to niestety czarna plama. Wiadomo tylko, że rodzina jej pochodziła z Wołynia. Jakim cudem znalazła się w Warszawie? W jaki sposób dostała się do filmu? Nie ma informacji.


W przedwojennej prasie są tylko wzmianki. Nie trafiłam na żaden wywiad.


Z pewnością życie młodej, zakochanej i szybko zamężnej aktorki nie było tak ekscytujące dla publiczności jak podboje sercowe Iny Benity czy Elżbiety Barszczewskiej.


Wiemy, że była kobietą elegancką i wytworną, lubiła piękne stroje i ekskluzywną biżuterię. Paliła papierosy.


Gdy nastała wojna, Tamara Wiszniewska-Mikosz zadecydowała o wyjeździe z Polski. Mąż działał aktywnie w podziemiu dlatego para na okres wojenny została rozdzielona. Ona wraz z córką wyjechała do Czech.


Fragmenty wywiadu w amerykańskiej gazecie „Times Union” z 1974 roku potwierdzają jej wojenne dzieje:


"Kiedy przyszli Niemcy, intuicja podpowiadała mi, że powinnam mieć na sobie coś cennego do wymiany. (...) Wszyłam biżuterię w ubranie. W ten sposób kupiłam bilet do wolności, kupiłam chleb i dzięki temu nigdy nie byłyśmy ( przyp. ja i córka) głodne"


Tamara wspominała: „Sprzedałam ostatni dwukaratowy diament, żeby wykupić swoich rodziców z okupowanej przez Rosjan Czechosłowacji i sprowadzić ich do zachodnich Niemiec. Wtedy papierosy i kawa były więcej warte niż biżuteria”


Ona i Władysław Mikosz zobaczyli się dopiero po wojnie w Bawarii w obozie uchodźców, gdzie Tamara uczyła języka angielskiego oraz matematyki, a jej mąż prowadził programy YMCA.


Organizacja ta umożliwiła przeniesienie rodziny Mikoszów do Rochester w stanie New York w 1950 roku.


W tym samym wywiadzie małżeństwo opowiedziało dalej, że nie pozostało im nic z dawnego życia. Sprzedali całą biżuterię i kosztowności. Wszystko oddali organizując życie i ratując się z zawieruchy wojennej. Jedyne co im zostało jako relikt przeszłości i wspomnienie dawnego życia to trzy ozdoby świątecznie: tradycyjny polski Anioł, gwiazda i srebrny ptak.


Osiedlili się w Rochester. Tamara już nie powróciła do swego zawodu. Pracowała jako recepcjonistka w George Eastman House w Rochester oraz jako tłumaczka.


Umarła w wieku 62 lat.


Tamara


W Rochester pozostała jej rodzina. Moje próby skontaktowania się z wnuczką Tamary Wiszniwewskiej, panią Lindą na chwilę obecną nie przynoszą rezultatu. Jednak nie poddaję się.


Źródła informacji: http://blogs.democratandchronicle.com


Zdjęcie z Cmentarza: Alan Brownsten


 Zdjęcia: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/


Materiał o charakterze edukacyjnym.

czwartek, 13 listopada 2014

Zrozumieć przedwojenne kino.

 

[caption id="attachment_911" align="aligncenter" width="392"]Screenshot_3 Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych[/caption]

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.


Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.


Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?


Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.


Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.










Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.




[caption id="attachment_912" align="aligncenter" width="211"]Screenshot_1 Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl[/caption]

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.


Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.


A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.




[caption id="attachment_914" align="aligncenter" width="672"]94c51b5661 Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie "Dwie Joasie". Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności[/caption]

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.




[caption id="attachment_915" align="alignnone" width="625"]Pola_Negri_fot_Hulton_5851916 Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl [/caption]

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.


Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.


Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.


http://youtu.be/ixQFgM7Xryo


Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.


http://youtu.be/W5iNIReCaD8?t=3m28s


W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projekt„Konserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.


Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.


Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



http://youtu.be/0NXVJSiBlLw


piątek, 19 września 2014

Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001


Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.


Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.


Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.


Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.


Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.


Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.


Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.


Screenshot_2

sobota, 2 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.


Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.


Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.


Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.


Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”


Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.


Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.


http://youtu.be/wBBoFjUDSjA


Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.


Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy-Mieczysław Fogg


M. Fogg
Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.
Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.
Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławny chórze Dana.
Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.
Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno 104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”
Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.
Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował tą właśnie piosenkę Mieczysławowi Foggowi.
http://youtu.be/wBBoFjUDSjA

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.
Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

środa, 30 kwietnia 2014

Aleksander Żabczyński- czarujący amant.






Minęło 110 lat od jego urodzin. Aleksander Żabczyński nigdy nie planował zostać aktorem. Sam twierdził, że pociągała go matematyka i architektura. Ponieważ jego ojciec był generałem, oczywistym było, że kariera wojskowego została mu przyporządkowana. Z powodzeniem więc skończył szkołę podchorążych. Po powrocie ze służby wojskowej podjął studia prawnicze, których nie ukończył z powodu różnicy zdań z nauczycielem podczas egzaminu.




 




Aktorstwo miało być zabawą i odskocznią od poważniejszych zajęć. Wstąpił do szkoły filmowej za namową uniwersyteckiego kolegi. Po niej zaś do nowo tworzonej w 1922 r,  przez Juliusza Osterwę „Reduty”(nowatorskiego instytutu teatralnego zrzeszające polskie, młode środowisko teatralne), również za namową tego samego kolegi. Od tego czasu rozpoczęła się jego wielka przygoda z teatrem. Okazał się pracowitym, pochłoniętym pasją aktorem. Tutaj poznał swoją przyszła żonę, której, jak sam twierdził, zawdzięczał wiele, pod względem aktorskim. Szybko zdobywał nowe umiejętności.




 




Mówił w wywiadzie: „Kto się zaprzęgnie w rydwan przemożnej pani sztuki, ten musi się jej całkowicie oddać”. Tak też czynił. Jego wdzięk, pełna uroku aparycja, z lekka nonszalancki styl bycia, bynajmniej, mu w tym nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, stały się jego dodatkowym atutem w zdobywaniu popularności, oraz serc niewieścich. Młode panienki kochały się w nim na zabój. Wystawały pod jego oknami, teatrami w których grywał. Był bożyszczem wciąż otoczonym wianuszkiem zakochanych pensjonarek.




„Żaba”, czule nazywany przez znajomych, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów przedwojennego kina w Polsce. W swojej osobie, tak doskonale skupił wszystkie pożądane cechy klasycznego amanta filmowego. Był przystojny, miał namiętny głos, wybitnie arystokratyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, zawsze wykwintnie ubrany- jednym słowem-doskonały.




W przeciwieństwie do ulubionego przeze mnie Eugeniusza Bodo, który był zbyt krępy i mniej urodziwy, Żabczyński samą swą urodą łamał niewieście serca. Miał twarz szlachetną przyjemną, uwodzący uśmiech i spojrzenie Nonszalancję w gestach i postawie, swobodę i niezaprzeczalny urok. Miał zamiłowanie do eleganckich toalet i wyborowego towarzystwa.




 




Popularność wśród kinowej publiczności zdobył dzięki lekkim, przyjemnym komediom, w którym, jak zwykle, grywał role pierwszoplanowe. W sumie zagrał w 26 filmach.




„Pani minister tańczy”, „Manewry miłosne”, „Jadzia”, „Sportowiec mimo woli”, „Ada to nie wypada”, „Panienka z post restante”, „Zapomniana melodia” to tylko niektóre produkcje komediowe, w których grywał. Jako aktor, swój kunszt aktorski udowodnił w dramatach: Np. „Trzy serca”, „Biały murzyn”, „Złota maska”.




 




W kreacjach bohaterów komediowych potrafił być zabawny, ale nigdy nie pozbawiał się tej nutki wyniosłości, arystokratycznej nonszalancji.. Miał jedyny w swoim rodzaju sceniczny urok „niebieskiego ptaka”. Skupiał w sobie wiele sprzeczności: namiętność z zimną wyniosłością, delikatność z wykwintnością, gorące serce i nonszalancję.




 




 




Był bardzo lubiany przez kolegów z branży. Jadwiga Andrzejewska mówiła o nim: „bardzo przyjemny kolega”. Powszechnie znany był ze swojej wysokiej kultury osobistej i taktu. Jego dobre wychowanie stało się wręcz przysłowiowe. Żartowano z niego, że gdy ma otworzyć pudełko sardynek, wpierw puka w wieczko.




Gdy nastała wojna, bardziej niż aktorem, poczuł się żołnierzem. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako porucznik artylerii przeciwlotniczej do 18 września. Został jeńcem, internowanym do oflagu na Węgrzech. Stamtąd zbiegł do Francji i przebywał tam aż do ogłoszenia kapitulacji. Od 1942 roku z Armią Polską przebywał na Bliskim Wschodzie ( Bagdad, Palestyna, Egipt, Irak). Przeszedł całą kampanię włoską, walczył o Monte Cassino, gdzie został ranny. Za zasługi wojenne został odznaczony Krzyżem Walecznych i awansowano go do stopnia kapitana. Po wojnie pracował w Salzburgu przy Czerwonym Krzyżu, ale skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji by powrócić do Polski.




Cieszył się na myśl powrotu na sceny polskie. Po wojnie nie występował już w filmach. Nie był już tak jak przed wojną beztroskim amantem filmowym. Miał za sobą ciężkie wojenne przejścia i niemłody już wiek. Uwarunkowania polityczne w jakich się znalazł, z pewnością nie pomogły mu w kontynuowaniu kariery aktorskiej. Był synonimem dawnego, kapitalistycznego świata, przypomnieniem znienawidzonej arystokracji co z góry skazywało go na niepowodzenie. Mimo to znalazł swoje miejsce.




 




Brał udział w słuchowiskach radiowych, często grywał w teatrze. Jako jeden z pierwszych aktorów grywał w teatrach telewizji. Zmarł w 1958 roku. Jego skromny grób znajduje się na warszawskich Powązkach.

Nie zapomnijcie o nim. Bardzo proszę.

Jego żonie, mądrej osobie, niedocenionej aktorce poświęcę osobny wpis.

 









Zdjęcie powojenne

 



*





Przemijanie jest wolne, prawie niewidoczne, lecz w ostateczności bolesne. Przemijają czasy, wydarzenia i ludzie. Tak mi jest ich żal. Żal mi i nas, bo wiem, że ten czas zapomnienia nadejdzie i dla nas. Więc czy nie warto pamiętać? Twarz roześmianą, pogodną, człowieka wielkiego ducha i serca, tak bardzo wartościowego. Człowieka kiedyś tak bardzo znanego i kochanego, teraz kompletnie zapomnianego. Cóż będzie z nami, skoro taka kolej losów ludzi, którzy ze sławą byli na „ty”?






Aleksander Żabczyński- czarujący amant.


Minęło 110 lat od jego urodzin. Aleksander Żabczyński nigdy nie planował zostać aktorem. Sam twierdził, że pociągała go matematyka i architektura. Ponieważ jego ojciec był generałem, oczywistym było, że kariera wojskowego została mu przyporządkowana. Z powodzeniem więc skończył szkołę podchorążych. Po powrocie ze służby wojskowej podjął studia prawnicze, których nie ukończył z powodu różnicy zdań z nauczycielem podczas egzaminu.

Aktorstwo miało być zabawą i odskocznią od poważniejszych zajęć. Wstąpił do szkoły filmowej za namową uniwersyteckiego kolegi. Po niej zaś do nowo tworzonej w 1922 r,  przez Juliusza Osterwę „Reduty”(nowatorskiego instytutu teatralnego zrzeszające polskie, młode środowisko teatralne), również za namową tego samego kolegi. Od tego czasu rozpoczęła się jego wielka przygoda z teatrem. Okazał się pracowitym, pochłoniętym pasją aktorem. Tutaj poznał swoją przyszła żonę, której, jak sam twierdził, zawdzięczał wiele, pod względem aktorskim. Szybko zdobywał nowe umiejętności.

Mówił w wywiadzie: „Kto się zaprzęgnie w rydwan przemożnej pani sztuki, ten musi się jej całkowicie oddać”. Tak też czynił. Jego wdzięk, pełna uroku aparycja, z lekka nonszalancki styl bycia, bynajmniej, mu w tym nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, stały się jego dodatkowym atutem w zdobywaniu popularności, oraz serc niewieścich. Młode panienki kochały się w nim na zabój. Wystawały pod jego oknami, teatrami w których grywał. Był bożyszczem wciąż otoczonym wianuszkiem zakochanych pensjonarek.


„Żaba”, czule nazywany przez znajomych, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów przedwojennego kina w Polsce. W swojej osobie, tak doskonale skupił wszystkie pożądane cechy klasycznego amanta filmowego. Był przystojny, miał namiętny głos, wybitnie arystokratyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, zawsze wykwintnie ubrany- jednym słowem-doskonały.
W przeciwieństwie do ulubionego przeze mnie Eugeniusza Bodo, który był zbyt krępy i mniej urodziwy, Żabczyński samą swą urodą łamał niewieście serca. Miał twarz szlachetną przyjemną, uwodzący uśmiech i spojrzenie Nonszalancję w gestach i postawie, swobodę i niezaprzeczalny urok. Miał zamiłowanie do eleganckich toalet i wyborowego towarzystwa.

Popularność wśród kinowej publiczności zdobył dzięki lekkim, przyjemnym komediom, w którym, jak zwykle, grywał role pierwszoplanowe. W sumie zagrał w 26 filmach.
„Pani minister tańczy”, „Manewry miłosne”, „Jadzia”, „Sportowiec mimo woli”, „Ada to nie wypada”, „Panienka z post restante”, „Zapomniana melodia” to tylko niektóre produkcje komediowe, w których grywał. Jako aktor, swój kunszt aktorski udowodnił w dramatach: Np. „Trzy serca”, „Biały murzyn”, „Złota maska”.

W kreacjach bohaterów komediowych potrafił być zabawny, ale nigdy nie pozbawiał się tej nutki wyniosłości, arystokratycznej nonszalancji.. Miał jedyny w swoim rodzaju sceniczny urok „niebieskiego ptaka”. Skupiał w sobie wiele sprzeczności: namiętność z zimną wyniosłością, delikatność z wykwintnością, gorące serce i nonszalancję.


Był bardzo lubiany przez kolegów z branży. Jadwiga Andrzejewska mówiła o nim: „bardzo przyjemny kolega”. Powszechnie znany był ze swojej wysokiej kultury osobistej i taktu. Jego dobre wychowanie stało się wręcz przysłowiowe. Żartowano z niego, że gdy ma otworzyć pudełko sardynek, wpierw puka w wieczko.
Gdy nastała wojna, bardziej niż aktorem, poczuł się żołnierzem. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako porucznik artylerii przeciwlotniczej do 18 września. Został jeńcem, internowanym do oflagu na Węgrzech. Stamtąd zbiegł do Francji i przebywał tam aż do ogłoszenia kapitulacji. Od 1942 roku z Armią Polską przebywał na Bliskim Wschodzie ( Bagdad, Palestyna, Egipt, Irak). Przeszedł całą kampanię włoską, walczył o Monte Cassino, gdzie został ranny. Za zasługi wojenne został odznaczony Krzyżem Walecznych i awansowano go do stopnia kapitana. Po wojnie pracował w Salzburgu przy Czerwonym Krzyżu, ale skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji by powrócić do Polski.


Cieszył się na myśl powrotu na sceny polskie. Po wojnie nie występował już w filmach. Nie był już tak jak przed wojną beztroskim amantem filmowym. Miał zasobą ciężkie wojenne przejścia i niemłody już wiek. Uwarunkowania polityczne w jakich się znalazł, z pewnością nie pomogły mu w kontynuowaniu kariery aktorskiej. Był synonimem dawnego, kapitalistycznego świata, przypomnieniem znienawidzonej arystokracji co z góry skazywało go na niepowodzenie. Mimo to znalazł swoje miejsce.

Brał udział w słuchowiskach radiowych, często grywał w teatrze. Jako jeden z pierwszych aktorów grywał w teatrach telewizji. Zmarł w 1958 roku. Jego skromny grób znajduje się na warszawskich Powązkach.
Nie zapomnijcie o nim. Bardzo proszę.
Jego żonie, mądrej osobie, niedocenionej aktorce poświęcę osobny wpis.

Zdjęcie powojenne 


*
Przemijanie jest wolne, prawie niewidoczne, lecz w ostateczności bolesne. Przemijają czasy, wydarzenia i ludzie. Tak mi jest ich żal. Żal mi i nas, bo wiem, że ten czas zapomnienia nadejdzie i dla nas. Więc czy nie warto pamiętać? Twarz roześmianą, pogodną, człowieka wielkiego ducha i serca, tak bardzo wartościowego. Człowieka kiedyś tak bardzo znanego i kochanego, teraz kompletnie zapomnianego. Cóż będzie z nami, skoro taka kolej losów ludzi, którzy ze sławą byli na „ty”?


poniedziałek, 31 marca 2014

Władysław Grabowski- baron na scenie



-Tym razem -panie fryzjer- proszę przerzucjic mi loki na drugą stronę, i w końcu- panie fryzjer- okielznaj pan moją burzę wlosów-






Panie, tak lubiłem jak on do mnie przychodził. Sypał kawałami jak z rękawa. Moja koleżanka Lodzia, nie mogła przy nim pracować. Mówił jej komplementy i miny do niej stroił.  Zaraz się czerwieniła i przypalała loki żelazkiem. Nawet powiedział, że gdyby nie był taki stary to...  reszty nie dosłyszałem bo je na ucho powiedział, a biedaczka zaczerwieniła się jak piwonia.Oj kobietki go lubiły.




Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.




Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.




Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.




 W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.




Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.




Był lubianym i stałym bywalcem towarzyskiej śmietanki. Nie stronił od wykwintnego towarzystwa artystycznej bohemy, lubianym, bo rubasznym i skorym do żartów.. Był znanym i stałym bywalcem warszawskich lokali.




Z kinem zbratał się od samego początku. Swoje pierwsze kroki nac kinowym ekranie, stawiał jeszcze za czasów kina niemego. Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:




„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)




Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…




Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)




 W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).




Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.




Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.




Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”. W kreacjach komediowych można go było zobaczyć w takich filmach jak: "Mój papa się żeni", "dwie Joasie".




Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.




W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.




Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup. Nie wiem, co się z nim działo podczas wojny, co robił i jak ją przeżył...




Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy, natrafiłam na pozowanefotografie aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.



Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.





Bibliografia:




"W starym kinie" Stanisław Janicki, KAW, Warszawa, 1985 r




„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Sławomir Koper, Bellona, Warszawa, 2010




Władysław Grabowski-baron na scenie.

-Tym razem -panie fryzjer- proszę przerzucjic mi loki na drugą stronę, i w końcu- panie fryzjer- okielznaj pan moją burzę wlosów-
Panie, tak lubiłem jak on do mnie przychodził. Sypał kawałami jak z rękawa. Moja koleżanka Lodzia, nie mogła przy nim pracować. Mówił jej komplementy i miny do niej stroił.  Zaraz się czerwieniła i przypalała loki żelazkiem. Nawet powiedział, że gdyby nie był taki stary to...  reszty nie dosłyszałem bo je na ucho powiedział, a biedaczka zaczerwieniła się jak piwonia.Oj kobietki go lubiły.
Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.
Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.
 W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.
Był lubianym i stałym bywalcem towarzyskiej śmietanki. Nie stronił od wykwintnego towarzystwa artystycznej bohemy, lubianym, bo rubasznym i skorym do żartów.. Był znanym i stałym bywalcem warszawskich lokali.
Z kinem zbratał się od samego początku. Swoje pierwsze kroki nac kinowym ekranie, stawiał jeszcze za czasów kina niemego. Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)
 W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).
Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”. W kreacjach komediowych można go było zobaczyć w takich filmach jak: "Mój papa się żeni", "dwie Joasie".
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup. Nie wiem, co się z nim działo podczas wojny, co robił i jak ją przeżył...
Przeglądając zdjęcia w internetowej bazie, natrafiłam na pozowane zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.

Bibliografia:
"W starym kinie" Stanisław Janicki, KAW, Warszawa, 1985 r
„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Sławomir Koper, Bellona, Warszawa, 2010

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...