piątek, 24 grudnia 2010

24 grudnia 1939 roku

W tym roku noc Wigilijna wypadła w niedzielę. Dzisiaj wszyscy by się cieszyli, mając w perspektywie dodatkowe dwa dni wolnego. Wtedy nie miało to żadnego znaczenia.

Śnieg zalegał na ulicach i chodnikach. Z przyzwyczajenia dozorcy wykonywali swoje codzienne obowiązki, odśnieżali, wymiatali… Wojna, w czwartym miesiącu jej trwania, coraz bardziej rozpychała się po ulicach, niszcząc wszystko dookoła,  swoim zwyczajem.

Smutna rzeczywistość w tym dniu, na chwilę, przestała mieć śmiałość wdzierać się w serca Polaków. Na jedną marną chwilę, zapomnieli o tym, co już nastało i szczęśliwi, nie wiedzieli, co nastanie.

Warszawscy aktorzy, wieczór wigilijny spędzili w podziemiach „Cafe –Clubu”. Zeszło się gości nie mało. Pięćdziesięcioro aktorów i  drugie tyle zaproszonych gości. Prawie cała grupa Jaracza. Najbardziej znanego aktora teatralnego w Polsce.

„Nastrój nierówny. Maskowana uśmiechem nerwowość, zdradzająca dokuczliwą świadomość klęski, o której się nie mówi, ale o której ani na chwilę naprawdę zapomnieć się nie da.
Wieczerza wigilijna- nie bez wódki. Jaracz nie pije. Komuś dziwiącemu się tłumaczy po prostu, że od pierwszego dnia okupacji poprzysiągł sobie, że nie weźmie wódki do ust póki nie będzie końca temu wszystkiemu!”

A świat z czasem pod rękę poszedł dalej. Mijają pokolenia i ludzie mijają, a TEN dzień jak co roku, wstrzymuje na chwilę przemijanie. Zostawia nas samych ze swoimi małymi kłopotami i problemami i daje szanse, abyśmy zobaczyli ich prawdziwe miejsce i sens.

Ci, którzy umieją dostrzec swoje szczęście w każdej sytuacji, którzy optymistycznie patrzą naprzód, są zawsze wygrani.
Wszystkim targanym troskami i codziennymi smutkami, życzę optymizmu, a każdemu z Was, spokoju ducha i prawdziwej miłości, która zawsze jest najważniejsza.
Niech święta skłonią Was do zadumy nad prawdziwym sensem życia, a wynikiem zadumy niech będzie prawdziwe szczęście.


Cyt. Tomasz Mościcki „Teatry Warszawy 1939. Kroniki”, Bellona, Warszawa 2009

środa, 15 grudnia 2010

Amenouzume



-Nigdy cię nie zapuszczę- mówi, troszkę koślawiąc polską mowę malutka dziewczynka do swojego misia. Czy można jej wierzyć, choć czyste dobre serduszko wierzy w to najszczerzej?

Temat może wydawać się dość dziwny, ale z pewnością zaciekawiający. Organizatorzy tego wydarzenia kulturalnego stawiają sobie za zadanie, pracę z dziećmi i młodzieżą pochodzącym z rodzin dysfunkcyjnych. Projekt ten powtarzany jest co rok i jak co rok uczestniczą w nim dzieci skupione w ogniskach tanecznych, prezentując różne rodzaje tańca.

Sama możliwość występu na prawdziwej scenie daje tym młodym ludziom wiele frajdy i satysfakcji, a do projektu podchodzą z wielkim zaangażowaniem, powagą i solidnością.
Osobiście byłam na wszystkich spektaklach zorganizowanych przez fundację Amenouzme i z cała odpowiedzialnością mogę powiedzieć, ze każdy z nich odniósł sukces.

W ramach programu „Taniec- Pasja świata- Przenikanie Kultur” zrealizowany zostaje spektakl „ Nigdy cię nie zapuszczę”. W nim to wraz z młodzieżą, o której jest właśnie mowa, a która jest tu najważniejsza, wystąpią uczennice profesjonalnej Krakowskiej Akademii Tańca . Będzie to ukoronowanie całości projektu, na który składały się różne formy aktywności tanecznej: warsztaty taneczne, pokazy tańca, wieczory taneczne.

„Dzieciństwo i dorosłość. Beztroska, zabawa, uczucia, decyzje, problemy, walka. Granica nie jest wyraźna, a konieczność czasami psuje naturalny porządek rzeczy. A może to tylko kwestia perspektywy? Przedstawiona historia zaznacza pewne tematy, wiele pozostawiając w niedopowiedzeniach, a kluczem do ich interpretacji jest wyobraźnia widza.”

Zapraszam serdecznie wszystkich:
22.12.2010
Nowohuckie Centrum Kultury
Godzina 12 i 17
Organizator:
Fundacja Amenouzume

sobota, 11 grudnia 2010

Urania Film


W pierwszym dziesięcioleciu XIX w do Polski razem z młodą żoną i dzieckiem przybył szwajcarski wizjoner Teodor Junod. W przeszłości zajmował się prowadzeniem objazdowego kina. Ze swoimi pokazami wędrował po Europie i Azji. Do Polski przybył przez wzgląd na polskie pochodzenie żony. Jego decyzją, rodzina Junodów osiadła w Łodzi na dobre.
Ponieważ kino i teatr były Junoda całym życiem, postanowił realizować i tutaj swoją pasję.
Zbudował specjalny do tego celu przeznaczony gmach przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Cegielnianej. Wykorzystał wszelkie nowinki techniczne i zabiegi „marketingowe” dostępne w tych czasach, aby varietes było miejscem naprawdę atrakcyjnym. Miało nawet centralne ogrzewanie i wentylatory.  Z założenia miało być ostoją ludzi łaknących kultury wyższej. Dbano tu o każdy detal wystroju. Widz miał się czuć komfortowo. W gmachu była weranda do spacerów i dwie orkiestry grające na zewnątrz i wewnątrz gmachu. Bufet zaopatrzono odpowiednio do standardu.
Łódzka prasa rozpisywała się w samych superlatywach:
„… przed kilku laty dwóch cudzoziemców :Szwajcar p. Junod, i Duńczyk p. Vorthell  zawiązali spólkę celem założenia teatru „Varietes” na wielką skalę i w najlepszym smaku.  Byli to ludzie o lepszych aspiracjach artystycznych. Za wzór wzięli sobie nie ordynarne cafe’s chatanty niemieckie, albo pornografie, uprawiające  beuglanty francuskie, ale wielkie music halle londyńskie. I odnieśli zwycięstwo, dzięki zręcznie dobranemu i systematycznie, co dwa tygodnie zmienianemu repertuarowi, który bawił nie siejąc zgorszenia i zepsucia, dzięki ruchliwości i dobrej organizacyi…”

środa, 17 listopada 2010

Kurier Szafarski


Wydaje się, że Chopin z dawna już nie żywy, nic nowego prócz swojej, skądinąd przecudownej, ale i skończonej twórczości, nie może zaoferować. Pogląd z samego założenia jest błędny. Wielkich geniuszy czas się nie ima, a ich duch wciąż żywy, ma siłę sprawczą i moc oddziaływania na rodzące się wciąż nowe pokolenia. 

Przebrzmiewają echa szesnastego Konkursu imienia Fryderyka Chopina. Jeśli ktoś lubi ten rodzaj rywalizacji, z pewnością zna wielkich wygranych i przegranych. Jeśli śledził wydarzenia konkursowe, słyszał o kontrowersyjnej zwyciężczyni i o przegranych, którzy nawet nie pojawili się na rozdaniu nagród. W informacje bieżące zaopatrywał nas obficie Narodowy Instytut Fryderyka Chopina oraz nieoceniona TVP kultura.
To właśnie ten rok, był rokiem przełomowym dla konkursu. W sposób najmocniejszy niż poprzednie, konkurs został przybliżony zwykłemu odbiorcy. Odbyło się to za pośrednictwem mediów, a w szczególności Internetu.
Na TVP Kultura założono forum dla „kibiców” konkursu, gdzie melomani-amatorzy mogli się wymieniać spostrzeżeniami i wrażeniami konkursowymi. Redaktorzy z wielką ochotą cytowani wypowiedzi zarejestrowanych użytkowników, a osoby, bardzo fachowe i światłe, polemizowały, biorąc pod uwagę zdanie forumowiczów. 

Mądre posunięcie redaktorów TVP Kultura zainteresowało szeroko publiczność, co zaowocowało ogromną ilością postów na forum. Niestety, jak w każdym społeczeństwie, nawet tym mini, coś kiedyś musi pójść nie tak. Na forum pojawiły się, korzystając z internetowej anonimowości, osoby, którym muzyka Chopina nie przeszkadza w okazywaniu ludzkiej małości, a spokój i kultura osobista najwyraźniej szkodzi. Zrodziła się potrzeba odizolowania się od incydentów braku wychowania, małostkowości, grubiaństwa. Kończący się konkurs napawał lękiem, że prawdziwe grono melomanów znów skryje się gdzieś i zaszyje na długie pieć lat.

W tle konkursu zawiązała się nowa społeczność. Grupa ludzi głodnych kultury wyższej. Ludzi pragnących wyjść z samotności swoich upodobań muzycznych, poczuć więź z podobnymi sobie osobami. Osoby te skupiły się w ciepłym miejscu- Kurierze Szafarskim. 

Można powiedzieć, że w jakimś sensie udało się stworzyć miejsce w przestrzeni, które będzie ich miejscem muzycznego dryfu, miejscem spotkań ludzi podobnie czujących.
Pod koniec konkursu powstało na darmowych serwerach forum :

Istnieje wciąż i ciągle powiększa się grono. Potrzebę tych ludzi zauważyła Gazeta Wyborcza, która napisała o nich, jako o nowym zjawisku, powstałym po Konkursie Chopinowskim.

Serdecznie zapraszam wszystkich  na forum.


P.S. Serdecznie wszystkich czytelników przepraszam za brak częstych wpisów. Przygotowuję smaczny kąsek dla kinomanów. Ma to być zadośćuczynienie za moją opieszałość. 

piątek, 29 października 2010

Ewa Kisza

„(…) śmierć nie przychodzi wraz ze
starością, lecz z zapomnieniem (…)”
List do przyjaciół
Gabriel Garcia Marquez
 
Noce czynią dzień coraz krótszym, liście pachną za dnia mdłym zapachem jesieni. Wieczorami snują się dymy z ludzkich siedzib- listopad.
Wieczna podróż pamięci i miłości do miejsc gdzie została już tylko przeszłość.
A co, gdy nad grobem nikt już się nie zatrzyma, nie wspomni imienia wykutego w pomniku, co gdy nikt nie wspomni chwili szczęścia, płaczu, a nawet istnienia?

O tej kobiecie prawie nic nie wiem. Wiem, że urodziła się w XIX wieku. Gdy wybuchła I Wojna Światowa, była już pielęgniarką. Pracowała podczas działań wojennych. Jej oddanie pracy było ogromne z nadrzędną wartością- ludzkiego życia. Nie liczyła się z polityką ni narodowością. Ranni żołnierze był tylko ludźmi. Wynosiła ich na plecach spod ostrzału. Po mundurze poznawała, do którego obozu ma ich transportować. Jej odwaga często zamieniała się w brawurę. Wspaniałym boskim nakazem, zawsze uchodziła z życiem.

Może by dzisiaj nikt o niej ni słowem nie wspomniał, gdyby nie gruntowne sprzątanie domu, od strychu po piwnicę. W małym skromnym pudełku dalekiej rodziny, odnalazły się najwyższe odznaczenia wojskowe „za odwagę” i szczególne zasługi. To nie były to tylko polskie odznaczenia. I może kiedyś będzie dane mi wymienić wam jej zasługi i przybliżyć koleje jej życia.
Liczę w tym względzie na pomoc jej Rodziny.

Palę dzisiaj świeczkę dla dzielnej Ewy Kiszy. Może ktoś odnajdzie jej grób i zrobi to samo, by nie umarła pamięć o dzielnej pielęgniarce.

piątek, 22 października 2010

Skarb

W okupowanej Warszawie już dawno pozbyto się złudzeń. Niemcy panoszyli się na ulicach. Przestały działać kina, teatry. Lokale” Nur für Deutsche” mnożyły się w stolicy jak grzyby po deszczu. Nowa rzeczywistość smętnie, co rano, przypominała mi o swoim istnieniu. Pojedyncze strzały, które kiedyś były sensacją w gazetach, dzisiaj były tylko oznaką, że Gestapo obudziło się do życia.  Grupy pijanych i głośnych żołnierzy przetaczających się co jakiś czas przez ulice, dotkliwie mi o tym przypominały. Nie można było nic zrobić, a ludność Warszawy wydawała się być wciąż oszołomiona i sparaliżowana. 

Szczególny strach padł na ludność pochodzenia żydowskiego. Pojawiające się informacje o tworzeniu getta budziły lęk i wciąż niedowierzanie. Informacje o zabitych, pojawiały się we wszystkich środkach przekazu. Hitlerowcy starannie o to dbali, by wywołać psychozę strachu.
Tak naprawdę, nikt nie był pewien tego, co zrobią i kogo wsadzą do getta. Większość zadeklarowanej ludności żydowskiej mieszkała tu od pokoleń. Złowroga cisza mówiła nam, że wszystkich sortują i lustrują.

 *

Przed wojną, od lat, brałem udział w warszawskich maratonach pływackich. Odbywały się na trasie Wilanów -Warszawa. Znałem warszawską Wisłę i jej zdradliwy nurt. Wiedziałem, gdzie można płynąć tak by przepłynąć, a nie było to łatwe.
Powstał pomysł, żeby uciekinierów transportować na drugi brzeg Wisły. Pływałem, jak ciężarówka niosąc na plecach różne, nieznane mi osoby. Nie wiedziałem, co stanie się z nim dalej i mam nadzieję, że przeżyli wojnę.
Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci.

Starszy mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Miał brodę, binokle, przykrótkie spodnie. Ze sobą miął jedynie skórzaną torbę lekarską. Był szczupły, więc transport nie wydawał się być kłopotliwy. Wyglądał cherlawo, natomiast jego uścisk był jak uścisk kowalskich obcęgów. Torba, okazała się być bardzo ciężka. Wysmarowana zjełczałym łojem, śmierdziała, przyprawiając mnie o mdłości. 

Zająłem się „swoją pracą”. Byłem młody, silny, ogromnie wytrzymały. Ale wtedy, jak na złość był wartki nurt, a woda (październikowa) zimna. Traciłem sporo energii na ogrzanie. A torba stawała się coraz cięższa.
-Czemu ta torba taka ciężka?- pytałem. Człowiek nie odpowiadał, tylko coraz bardziej zaciskał mi na grzbiecie swoje obcęgi.

W połowie drogi, uderzyło w nas płynące krzesło. 
– Uderzył we mnie Biedermeier, cóż za upadek kultury-pomyślałem, niekontrolowanie zanurzając się pod wodą. Wiedziałem, że torba w rękach staruszka z pewnością została ponad taflą. Chociaż przez chwilę ustał smród i to uznałem za dobre w tej całej sytuacji.
Facet na plecach prychał wodą, napił się „wiślanki” spory łyk. To wyprowadziło go z równowagi. Kręcił się, kopał mnie nogą w nerkę. Jego torba wylądowała mi na głowie.

-Jeśli nie przestaniesz , to utoniemy-Biedermeier właśnie „zastanawiał” się, czy płynąć dalej.
-Może to krzesło wyłowić?- „stary” dalej kręcił się na moim grzbiecie. Sięgnął do krzesła i wypadł za „burtę”. Jego torba, którą pociągnął za sobą, wczepiła mi się we włosy. Poszedłem pod wodę. Nie boję się wody i nie łatwo mnie utopić. Stary jednak opadał z sił. Chwytał się krzesełka i mnie na zmianę. Druga ręka wciąż była zaciśnięta na torbie.

-Dość tego. Nie utopisz nas!- pomyślałem.
Albo puścisz to krzesło i torbę, albo nas utopisz!!- ryczałem, ciężko dysząc-Wybieraj!
Długo wybierał, a wyraźne cierpienie rysowało mu się na twarzy- Wybieraj!- krzyczałem.
-To mój cały życiowy dobytek!- wykrzywił w grymasie sine usta. Był wyczerpany, ciałem jego wstrząsały fale drgawek.
-W niebie ci się nie przyda! Rzucaj!
Rzucił, a resztę drogi przebył płacząc, nieświadom ogromnego niebezpieczeństwa, które ściągał na siebie i na mnie i na wszystkich przedostających się tą drogą, lamentując  wniebogłosy. Cudowi jedynie zawdzięczamy fakt, że w pobliżu nie znalazł się jakiś gorliwy Niemiec, który by powystrzelał nas jak kaczki.
Na brzegu po drugiej stronie, dowiedziałem się od staruszka więcej szczegółów na temat mojego nędznego życia.
Torba, którą utopił w nurtach Wisły była wypełniona po brzegi złotem i biżuterią. Kto wie, może do dzisiaj leży gdzieś tam na dnie.

sobota, 16 października 2010

Konkurs

Właśnie minął rok od czasu kiedy napisałam pierwszy post. Pozostaje mi tylko podziękować za uwagę i cierpliwość szanownych Czytelników. 
Dzisiaj, jak zapowiedziałam w poprzednich postach, odbyło się losowanie osoby, której prześlę skromny prezent. Chciałabym wysłać wszystkim, ale sami rozumiecie, że jest to niemożliwe.
Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim czytelnikom za uwagę i wszystkie komentarze, nawet te, które są trochę mniej miłe, ale i one mnie czegoś uczą i szlifują.
Dziękuję i proszę o jeszcze.
Album-biografia Chopina dotrze do Aga_xy jeśli tylko zechce ją przyjąć.

Nie rozwodzę się więcej, bo spieszno mi do Konkursu Chopinowskiego. Wciąż trwają przesłuchania, a ja żywo jestem zainteresowana wszystkimi uczestnikami konkursu i nie chcę przeoczyć jakiejś ciekawej interpretacji. 
Muszę posiadać argumenty do żywej dyskusji, jaka rozgorzała na forum TVP Kultura.
Zapraszam i Was do słuchania

piątek, 1 października 2010

Belle epoque


Straszny ze mnie malkontent i cyniczny typ. Nic mi się nie podoba. Począwszy od ogłupiających reklam w telewizji, poprzez współczesny język i pseudo-kulturę, a raczej jej brak, skończywszy na zaniku wszelkich form grzecznościowych. Tak boli mnie ta pauperyzacja.
Odarte do nagości dziedziny życia, pozostają szare i brzydkie, jak często spotykane twarze pijaczyn, wykrzywione w gombrowiczowskim stylu.
Na ulicach zbyt wiele Gombrowicza i Orwella, a za mało Leśmiana, Lechonia, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Staffa …
To nieuniknione, świat się zmienia. Ale dlaczego tak strasznie brzydnie?

 *

Jesteśmy w wielkim błędzie, jeśli uważamy naszą współcześnie epokę za prekursora wyzwolonego seksu. My tylko wymyśliliśmy jego brzydotę. Brzydka prawda i piękny fałsz, oto podstawowa różnica dzieląca nasze światy. 
*

Nie trzeba długo charakteryzować tego elementu naszego życia. Każdy, aż nazbyt dojmująco odczuwa wszech-panujący kult seksu. Ulice, szkoły, sklepy, gazety epatują bezwstydną nagością, czyniąc ją zwyczajną. Trudno jest nie zauważyć ogromnych bilbordów z półnagimi modelkami, filmów ociekających erotyką, w wielu przypadkach w złym guście. Współczesne trendy mody odzierają kobiety i mężczyzn z tajemniczości. Każą odsłaniać coraz więcej i więcej, nie pozostawiając nic, co by mogło być alkową ciała i duszy, dostępną tylko wybranym. Nic, co by mogło stać się przyczyną podniety i ekscytacji, źródłem domysłów i marzeń. Wszystko to staje się tylko przedmiotem niezdrowej i krótkotrwałej, konsumpcyjnej chuci.

*

W związku z ciągłym przesuwaniem granic dopuszczalnej, „publicznej erotyki”, oczywistym staje się fakt, że siła przyczyn podniety, musi być zdecydowanie większa. Wrażliwość na tą sferę nie jest już tak ogromna, przez co granica wolności musi wciąż się przesuwać naprzód. Podnieta staje się cenną, poszukiwaną i uzależniającą używką, która stale wymyka się z rąk. Aby jej sięgnąć, wynajduje się wciąż mocniejsze doznania.
Przez to, sfera intymna współczesnych, staje się smutnym wyścigiem, całkiem poważnym i profesjonalnym, według porad i podręczników, z migającym telewizorem w tle. To takie smutne. Oznaczać to może, że ludzkość wpada w zastawione przez siebie sidła wolności seksualnej.

*

Jeszcze nie tak dawno, w okresie międzywojennym, ten sam temat był towarzyskim tabu. 
„O tym się nie mówi, to się robi”, dewiza ta obowiązywała każdego prawdziwego gentlemana. Pomimo tego, nie brak było licznych, prawdziwych lub nie, plotek rozgrzewających wyobraźnię i atmosferę towarzyskich salonów. Jednak wszystko miało swój wyrafinowany smak i tajemnicę. Nikt tak naprawdę nie znał do końca romansowych powiązań, chyba, że zadeklarowali je sami zainteresowani. Tajemnica trwała za przyczyną dyskrecji mężczyzn i wstydliwości (jak kto woli pruderii) kobiet, li też poważnej dbałości o swoje związki oficjalne i opinię.

Sztuka uwodzenia istniała. Była wykwintna i rozbudowana. Stała się subtelną, rozpalającą zmysły grą. Trwała czasem zbyt długo, jak na współczesne gorące głowy, a nagroda w ostateczności mogła okazywać się wątpliwa. To nie miało znaczenia. To był, paradoksalnie, bez-parytetowy świat zdobywców obu płci. Bo zdobywanie było jak smakowanie wykwintnego dania. 




Nie dzisiaj wymyśliliśmy niekonwencjonalność i rozwody. Nasi przodkowie dużo śmielej myśleli o swoim intymnym życiu niż chcemy to przypuszczać. Prababcia to nie tylko zacna matrona ze zdjęcia w sepii- to również kobieta z krwi i kości, która przeżyła swoją młodość, być może radośnie i z „pieprzykiem”. Zachowując przy tym należytą dyskrecje i intymność swojego związku, ale co najważniejsze,  z fantazją.


Dwudziestolecie międzywojenne obfitowało w gorące, burzliwe związki wśród polityków, arystokracji i elit kulturalnych, ale też wśród zwykłych ludzi. O tych ostatnich wiemy najmniej.
Zofia Nałkowska prowadziła interesujące życie. Po zrzuceniu jarzma dwóch nieudanych związków, przeżywała burzliwe romanse, czasem z partnerami młodszymi o dwadzieścia lat, między innym z Bruno Shulzem. 
Podobnie Magdalena Samozwaniec, satyryczka, siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wyszła ponownie za maż za partnera, młodszego od siebie o dwadzieścia lat. 
Siostra- poetka zaś, trzykrotnie mężatka, nie pozostawała wierną żoną, przeżywając wciąż zawody miłosne.
Hanka Ordonówna, znana gwiazda przedwojennych kabaretów i filmów wiodła wolne życie artystki. Małżeństwo z hrabią Tyszkiewiczem, nie mogło zmusić jej do wierności. Legenda Ordonki przetrwała do dziś. Jej fascynująca osoba rozpalała męską wyobraźnie. Choć bywały ładniejsze i zgrabniejsze od niej, to żadna nie nosiła w sobie tej gorącej tajemnicy.
Fryderyk Jarosy uwielbiał kobiety, a one szalały za nim. Pomimo małżeńskich więzów, nie pozostawał obojętny na wdzięki płci przeciwnej, trwając w ślubnym związku, z przekonaniem, że rozwód byłby niegodziwością. 
Boy Żeleński wraz z żoną, swoje małżeństwo, zdefiniowali na swój sposób, dając sobie przyzwolenie na wielką intymną swobodę. Zawsze do siebie wracali. Dla związków nietradycyjnych również znalazło się miejsce w "belle epoque" –Szymanowski, Lechoń, Iwaszkiewicz pozostawali w związkach homoseksualnych.
Żadnego środowiska nie omijały takie wydarzenia. Skandale przenoszone pocztą pantoflową były równie pikantne jak dziś, a może nawet jeszcze bardziej interesujące. Niestety, wiele z nich, umotywowane utratą honoru, kończyły się dramatycznie. 

*

W porównaniu tych dwóch światów, można orzec, że zasadniczo nic się nie zmieniło. Ludzie pozostają tacy sami, ze swoimi wadami i zaletami, namiętnościami i pragnieniami. Zmienia się rzeczywistość, ale szala, w mojej opinii przechyla się na korzyść epoki poprzedniej. 

Brzydota naszego świata, wyzucie z tajemnicy, piękna, subtelnej romantyki, zubożało nas do kości. Ogólnodostępny świat mediów, na stałe podłączył nas do obrazów, które kiedyś chciano wyobrażać sobie i powtarzać wstydliwym szeptem na ucho. 
Wypruto wnętrzności intymnemu światu, wsadzono do szklanego słoja i udostępniono na widok publiczny.
Anatomicznie i szczegółowo rozpracowano technikę bliskich relacji partnerów, kradnąc im twarze i dusze. Młodym umysłom zaprogramowano techniki, medyczne formułki.
Zatruto ich psychikę obrzydliwymi szczegółami odzierającymi z subtelności i tkliwości, odbierając im niewinne pierwsze zadurzenie .Bo nie nadało się mu  należnego  znaczenia. 
Zapominając o najwyższych przymiotach człowieczeństwa, młodym daje się wciąż mniej romantyki, coraz więcej techniki.

Oto co dzieje się z naszym światem- „robotyziejemy”






wtorek, 21 września 2010

Na rocznicę

Zaczęło się od Chopina. Tym postem rozpoczęłam swoją „blogową” działalność i oto proszę mija prawie rok. Ten rok przepłynął szybko z walcem a mol w tle, w końcu to Rok Chopinowski.
Co z mojej rocznej pracy wyszło, pozostawiam pod ocenę czytelników. 

Zawczasu uprzedzam rocznicowy fakt, ponieważ chciałabym, w związku z nim ofiarować któremuś z czytelników, album biograficzny o Fryderyku Chopinie. 
"Od Żelazowej Woli i pierwszego poloneza do koncertu w Paryżu i Londynie" Jan Pyzio. 
Bogato ilustrowany życiorys kompozytora w pigułce. Będzie to podziękowanie za uwagę, czasem cenne, krytyczne oko i wiele życzliwych słów pod moim adresem.

Na innych blogach akcja taka zwie się "candy". Celowo nie chcę używać tego zwrotu. Wydaje mi się on mniej uroczysty. Zasady, również nie będą te same.
Wystarczy tylko wpisać w komentarzach poniżej, swoje imię, lub blogowy nick umożliwiający losowanie. Gdyby ktoś miał życzenie wkleić zdjęcie na swój blog tak, jak to się robi podczas „candy”, będzie mi bardzo miło, ale to nie jest warunek.

Życzę wszystkim szczęścia i dziękuję jeszcze raz za ciepłe przyjęcie i przyjazny odbiór.
Losowanie właściciela albumu 16 października.

piątek, 10 września 2010

Aleksander Żabczyński


Nie było jakąś specjalnie nadzwyczajna rzeczą, że sala została napełniona po brzegi. Czasy, co prawda, dla kultury, podłe, ale i na tej ziemi, ciut suchej i nie zadbanej, mogło wyrosnąć zasiane ziarno sztuki. Z tego powodu scena powojenna tak szybko się odrodziła, wzbudzając do istnienia nowe talenty, ale też przygarniając po macoszemu niektóre złamane, przedwojenne, aktorskie serca.


Coś w tym było nadzwyczajnego, że kulisy przed i po wojnie pachniały tak samo, drewnem, pastą, naftaliną i kurzem. Zaciągając się tym powietrzem, jak nałogowy palacz, aktor zapominał o świecie, o sobie, o wszystkim i wtedy było lepiej, bo było tak, jakby nigdy nic się nie stało.

Za chwilę, wyjdzie po raz setny, jako doświadczony, już niemłody, bo nie raz przyszło mu grać trudne role. Dzisiaj, krótko, tylko pieśń. Głęboki wdech.

Drżące, spocone dłonie, niepewny krok. Rozbrzmiewają pierwsze takty znanej, ukochanej pieśni i cisza…
Spogląda speszony jeszcze w stronę muzyki- dadzą od nowa.

Pierwsze takty i znów głos więźnie mu w krtani.
Ma śpiewać „ Czerwone maki na Monte Cassino”. Obiecał, a wszystkim zależy i jemu zależy także. Ale dzisiaj, czerń widowni jest za głęboka...
Zwykle widać twarze. Gra się tylko dla jednej, wybranej. Reflektor niedoskonały, zbyt mocno świeci.

W tej czerni, widzi, lub to przywidzenie, twarz i jeszcze jedną. Znajome obie i tak młode.
I jeszcze trzecia tam dalej, także znana. Nie powinno ich tu być. Zginęli pod Monte Cassino.

Potem znów następną, a wszystkie roześmiane, jakby „tego” w ogóle nie było.
Reflektor pali zbyt mocno, oczy tak błyszczą wstydliwie, a głos ciągle odmawia posłuszeństwa i nie starcza siły, aby z nim walczyć.

- Przepraszam Państwa, nie zaśpiewam, nie mogę,  mam ich wciąż przed oczyma. 

Schodzi speszony, wzruszony, taki samotny, w burzy współczujących, gorących oklasków.

*

Minęło 110 lat od jego urodzin. Aleksander Żabczyński nigdy nie planował zostać aktorem. Sam twierdził, że pociągała go matematyka i architektura. Ponieważ jego ojciec był generałem, oczywistym było, że kariera wojskowego została mu przyporządkowana. Z powodzeniem więc skończył szkołę podchorążych. Po powrocie ze służby wojskowej podjął studia prawnicze, których nie ukończył z powodu różnicy zdań z nauczycielem podczas egzaminu.

Aktorstwo miało być zabawą i odskocznią od poważniejszych zajęć. Wstąpił do szkoły filmowej za namową uniwersyteckiego kolegi. Po niej zaś do nowotworzonej w 1922 r „Reduty”(instytutu teatralnego zrzeszające polskie środowisko teatralne), również za namową tegoż samego kolegi. Od tego czasu rozpoczęła się jego wielka przygoda z teatrem. Okazał się pracowitym, pochłoniętym pasją aktorem. Tutaj poznał swoją przyszła żonę, której, jak sam twierdził, zawdzięczał wiele, pod względem aktorskim. Szybko zdobywał nowe umiejętności.

Mówił w wywiadzie: „Kto się zaprzęgnie w rydwan przemożnej pani sztuki, ten musi się jej całkowicie oddać”. Tak też czynił. Jego wdzięk, pełna uroku aparycja, z lekka nonszalancki styl bycia, bynajmniej, mu w tym nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, stały się jego dodatkowym atutem w zdobywaniu popularności, oraz serc niewieścich. Młode panienki kochały się w nim na zabój. Wystawały pod jego oknami, teatrami w których grywał. Był bożyszczem wciąż otoczonym wianuszkiem zakochanych pensjonarek.


„Żaba”, czule nazywany przez znajomych, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów przedwojennego kina w Polsce. W swojej osobie, tak doskonale skupił wszystkie pożądane cechy klasycznego amanta filmowego. Był przystojny, miał namiętny głos, wybitnie arystokratyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, zawsze wykwintnie ubrany- jednym słowem-doskonały.
W przeciwieństwie do ulubionego przeze mnie Eugeniusza Bodo, który był zbyt krępy i mniej urodziwy, Żabczyński samą swą urodą łamał niewieście serca. Miał twarz szlachetną, przyjemną, uwodzący uśmiech i spojrzenie. Nonszalancję w gestach i postawie, swobodę i niezaprzeczalny urok. Miał zamiłowanie do eleganckich toalet i wyborowego towarzystwa.

Popularność wśród kinowej publiczności zdobył dzięki lekkim, przyjemnym komediom, w którym, jak zwykle, grywał role pierwszoplanowe. W sumie zagrał w 26 filmach.
 „Pani minister tańczy”, „Manewry miłosne”, „Jadzia”, „Sportowiec mimo woli”, „Ada to nie wypada”, „Panienka z post restante”, „Zapomniana melodia” to tylko niektóre produkcje komediowe, w których grywał. Jako aktor, swój kunszt aktorski udowodnił w dramatach: Np. „Trzy serca”, „Biały murzyn”, „Złota maska”. 

W kreacjach bohaterów komediowych potrafił być zabawny, ale nigdy nie pozbawiał się tej nutki wyniosłości, arystokratycznej swobody. Miał jedyny w swoim rodzaju sceniczny urok „niebieskiego ptaka”. Skupiał w sobie wiele sprzeczności: namiętność z zimną wyniosłością, delikatność z wykwintnością, gorące serce i nonszalancję.


Był bardzo lubiany przez kolegów z branży. Jadwiga Andrzejewska mówiła o nim: „bardzo przyjemny kolega”. Powszechnie znany był ze swojej wysokiej kultury osobistej i taktu. Jego dobre wychowanie stało się wręcz przysłowiowe. Żartowano z niego, że gdy ma otworzyć pudełko sardynek, wpierw puka w wieczko.
Gdy nastała wojna, bardziej niż aktorem, poczuł się żołnierzem. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako porucznik artylerii przeciwlotniczej do 18 września. Został jeńcem, internowanym do oflagu na Węgrzech. Stamtąd zbiegł do Francji i przebywał tam aż do ogłoszenia kapitulacji. Od 1942 roku z Armią Polską przebywał na Bliskim Wschodzie ( Bagdad, Palestyna, Egipt, Irak). Przeszedł całą kampanię włoską, walczył o Monte Cassino, gdzie został ranny. Za zasługi wojenne został odznaczony Krzyżem Walecznych i awansowano do stopnia kapitana. Po wojnie pracował w Salzburgu przy Czerwonym Krzyżu, ale skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji by powrócić do Polski.


Cieszył się na myśl powrotu na sceny Polskie. Po wojnie nie występował już w filmach. Nie był już tak jak przed wojną beztroskim amantem filmowym. Miał zasobą ciężkie wojenne przejścia i niemłody już wiek. Uwarunkowania polityczne w jakich się znalazł, z pewnością nie pomogły mu w kontynuowaniu kariery aktorskiej. Był synonimem dawnego, kapitalistycznego świata, co z góry skazywało go na niepowodzenie. Mimo to znalazł swoje miejsce.

Brał udział w słuchowiskach radiowych, często grywał w teatrze. jJako jeden z pierwszych aktorów grywał w teatrach telewizji. Zmarł w 1958 roku. Jego skromny grób znajduje się na warszawskich Powązkach. Nie zapomnij.

*

Przemijanie jest wolne, prawie niewidoczne, lecz w ostateczności bolesne. Przemijają czasy, wydarzenia i ludzie. Tak mi jest ich żal. Żal mi i nas, bo wiem, że ten czas zapomnienia nadejdzie i dla nas. Więc czy nie warto pamiętać? Twarz roześmianą, pogodną, człowieka wielkiego ducha i serca, tak bardzo wartościowego. Człowieka kiedyś tak bardzo znanego i kochanego, teraz kompletnie zapomnianego. Cóż będzie z nami, skoro taka kolej losów ludzi, którzy ze sławą byli na „ty”?






FOT: filmpolski.pl
Źródła:
„Aleksander Żabczyński” Stanisław Janicki „Odeon” RMF Classic
„Od ślepej Temidy pod blask jupiterów” Wywiad z Aleksandrem Żabczyńskim zamieszczony w przedwojennym numerze miesięcznika „Kino”.
„Aleksander Żabczyński o swych FILM (1946-1973) 1947 r. , nr 13, s. 5

niedziela, 5 września 2010

Lubię


Zachęcona do kolejnej zabawy, starałam się wypisać w dziesięciu punktach, co lubię i rzeczywiście miałam z tym problem, bo okazało się, ż lubię dużo więcej, niż zdoła się pomieścić w dziesięciu punktach. Może w tym cała sztuka, żeby przecedzić te najważniejsze rzeczy. Poza tym, co szczerze kocham, lubię…


1.Lubię ludzi
2. Lubię gęsią „skórkę” od muzyki
3. Lubię upał
4. Lubię stare przedwojenne filmy
5. Lubię energię, dynamikę-zmiany
6. Lubię swój dom
7.Lubię zwierzęta i rośliny
8. Lubię marzyć
9.Lubię jazdę jedno, dwuśladami
10. Lubię siebie


Czyli zwykły tuzinkowy człowiek   :)

środa, 1 września 2010

Tobie, mnie, nam



Wrócę do Polski, i znów będą wrześnie,
będą spadały z drzew grusze i śliwy,
w niebo popatrzę i będzie boleśnie:
pod słońcem września nie będę szczęśliwy.

To słońce stało ponad horyzontem,
błogosławiące wrogim samolotom,
to słońce biło nas żelaznym frontem,
dział hukiem, czołgów złowrogim łoskotem.

A czołgi w bagnach wyschniętych nie grzęzły,
szły armie, szybsze niźli polski piechur,
bomby waliły w kolejowe węzły,
płonęły miasta, rzucane w pośpiechu,
szli Niemcy...
Któż to niegdyś wstrzymał słońce?
Czemu nie zgasło nad warszawską bitwą?
Ono świeciło - okrutne, palące -
w oczy żołnierza, który trwał i wytrwał.

Słońce wspaniałe!... Słońce nad Warszawą,
nad Westerplatte, nad Helem, nad Kutnem,
wschodzące krwawo, zachodzące krwawo,
nie nasycone widokiem okrutnym!

I już go odtąd nie ujrzę inaczej
niż w krwi oparach, brzemienne przekleństwem,
w dymach ze stosu męstwa i rozpaczy,
rozpaczą krwawe i promienne męstwem.

O słońce! Słońce Września! Miną lata,
zdeptany będzie przez Prawo łeb węża,
może we wrogu odnajdziemy brata,
może sercami będziemy zwyciężać,

może tak będzie... Ale słońce Września,
dni naszej chwały i krwi, i cierpienia,
przeklęte będzie w legendach i pieśniach,
aż nowe wzrosną po nas pokolenia.

Władysław Broniewski "Słońce września"

niedziela, 15 sierpnia 2010

Ataturk


Taka nasza ludzka przypadłość, że łatwo ulegamy schematom myślowym. Turcja kojarzy się z turbanami, białymi namiotami, tańcem brzucha i Sobieskim. W sumie prawda, ale … ale nikt tak dobrze nie zrozumie tego, jak Polacy, że każdy dumny naród chciałby być postrzegany wyjątkowo.

Tak jest z Turkami, ich tożsamość narodowa w XX wieku znacząco wzrosła, a to przez „Ojca Narodu” –Mustafę Kemala. Ataturk to inaczej „Ojciec Turków”. Aby to zrozumieć, czemu człowiek ten przyjął taką nazwę, należałoby sięgnąć do współczesnej historii Turcji. Mustafa Kemal, bo takie było jego pierwotne nazwisko, jest najbardziej charyzmatyczną osobą współczesnej Turcji i choć jego działalność objęła czasy jeszcze przed II wojną światową, pamięć o nim nie słabnie.

Zaufanie rodaków zdobył jako żołnierz, dowódca, a potem zwierzchnik wojsk. Wśród jego sukcesów należy podkreślić obronę półwyspu Gallipoli przez inwazją brytyjską oraz skuteczną obronę przed wojskami greckimi. Dzięki jego staraniom, Turcja jako niepodległe państwo, po konferencji pokojowej w Lozannie, uzyskała swój obecny kształt granic.
Potężny kredyt zaufania, jaki Kemal Pasza uzyskał od Turków, pozwolił mu na zajęcie się głębokimi reformami państwa.

Trzeba też wiedzieć, że wcześniej, imperium osmańskie było reliktem przeszłości ze średniowiecznym drzewem ludzkich zależności. „Imperium Osmańskie spełniało wszelkie kryteria potrzebne do zaliczenia go do klasycznej monarchii dynastycznej. Było zorganizowane wokół „dostojnego centrum” – z siedzibą w Stambule, a jego władców legitymizowała świętość. Ludność zamieszkująca jego tereny można z całą pewnością nazwać poddanymi, a nie obywatelami.(…) Należy pamiętać, że sułtan - władca świecki, łączył tę godność z tytułem kalifa - najwyższego władcy religijnego w świecie islamu” ( cyt.)

Ataturk postanowił dogłębnie zmienić oblicze Turcji. Zrobił to dzięki wprowadzeniu nowoczesnego prawa i zasad funkcjonowania aparatu państwowego.
Jego program przemiany państwa odtąd został nazwany- kemalizmem.
Kemalizm zakładał między innymi: skupienie się na problemach Tureckich, czyli wewnętrznych, patriotyzm a nawet nacjonalizm z naciskiem na narodową więź. Najprostsze założenia zawarły się w sześciu słowach: republikanizm, nacjonalizm, ludowość, etatyzm, laicyzm i rewolucjonizm, którego nie należy mylić z rewolucjonizmem radzieckim.

Ataturk wprowadził nowoczesne, oparte na wzorach europejskich prawo. Oddzielił religię od państwa. Wprowadził zmiany w języku, nadał nowoczesny kształt pisowni, wprowadził europejski styl ubierania się ( sam zawsze chodził w garniturze), przeprowadził reformę religijną. Poważny nacisk położył na tożsamość i więzi społeczne, kierunkując swe działania na zwiększanie świadomości narodowej, a nie tylko religijnej, jak to miało miejsce do tej pory oraz wzmacnianiu gospodarczym kraju, całkowicie rezygnując z ambicji rozszerzania granic państwa. Jego działania można by było postrzegać jako działania dyktatorskie, których i w Europie było dość sporo. Różnica polegała jedynie na tym, że Kemal Pasza wprowadzał wszystkie zmiany korzystając z wielkiego zaufania i olbrzymiej zgody społecznej. Jednym słowem- pokojowo, bez przemocy. Jego myślą przewodnią było” pokój w Państwie, pokój na Świecie”.

Ta ideologia, te działania znacznie zbliżył Turcję do standardów europejskich. Procentuje to do dziś. Widać to na każdym kroku. Turbany i taniec brzucha to już mit, choć nie powiem, że globalizacja mi się podoba, bo zaciera piękne różnice.

Pamięć o Ataturku nie słabnie. Wszędzie można spotkać jego podobizny, portrety i pomniki. Młodzi Turcy tatuują sobie na ciele jego podpis, mówią o nim z atencją i wielkim szacunkiem. Nie wstydzą się o nim opowiadać. Każdy maluch zna jego historię.

Jest to godne naśladowania za przykładem Turcji, aby ludzi charyzmatycznych, patriotów szanować i sobie wysoko cenić.

A ponieważ dzisiaj taka data, więc kto zgadnie kogo mam na myśli? :)


Żródło cytatów: www.//turcjawsandalach.pl/content/proces-tworzenia-narodu-dzia%C5%82ania-atat%C5%B1rka

piątek, 16 lipca 2010

Równowaga

"1.Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: 2.Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono. 3.Jest czas zabijania i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowania. 4.Jest czas płaczu i czas śmiechu; jest czas narzekania i czas pląsów. 5.Jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni; jest czas pieszczot i czas wstrzymy-wania się od pieszczot. 6.Jest czas szukania i czas gubienia; jest czas przechowywania i czas odrzucania. 7.Jest czas rozdzierania i czas zszywania; jest czas milczenia i czas mówienia. 8.Jest czas miłowania i czas nienawidzenia; jest czas wojny i czas pokoju. 9.Jaki pożytek ma pracujący z tego, że się trudzi? 10.Widziałem żmudne zadania, które Bóg zadał ludziom, aby się nimi trudzili. 11.Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie, nawet wieczność włożył w ich serca; a jednak człowiek nie może pojąć dzieła, którego dokonał Bóg od początku do końca. 12.Poznałem więc, że dla ludzi nie ma nic lepszego, jak tylko radować się i używać, póki żyją. 13.Również to jest darem Bożym, że człowiek może jeść i pić, i dogadzać sobie przy całym swoim trudzie. 14.Wiem, że wszystko, cokolwiek Bóg czyni, trwa na wieki: Nic nie można do tego dodać i nic z tego ująć; a Bóg czyni to, aby się go bano." Kz 3,1-14



Teraz naszedł czas odpoczynku i wakacji. Czas radosny (oby dla każdego). Abyśmy mądrze i efektywnie mogli pracować, potrzeba wytchnienia. Moim czytelnikom, również należy się wypoczynek od mojego „ględzenia”. Równowaga, to najkorzystniejszy stan w przyrodzie. Takim go trzeba utrzymać w przyrodzie i w sobie.

Czasem dostaję ponaglenia- napisz coś, czekam na wpis. To szalenie zobowiązuje, ale w trosce o czytelnika i jego wrażenia – postanawiam zarządzić małą przerwę, „pro publico bono”.

Daleko nie odchodźcie!

czwartek, 1 lipca 2010

Bezwarunkowa


W naszych czasach bardzo łatwo jest uzyskać miano szaleńca czy oszołoma. Wystarczy, że zrobi się coś innego niż wszyscy, lub coś co według powszechnej opinii jest głupie, czy wstydliwe.

*

Ten początek wakacji i zakończenie roku szkolnego był tak samo nudny jak i każdy inny. Podziękowania, rozdawanie świadectw i tak dalej. Wiadomo jednak, że na początek każdej uroczystości, jest część bardzo oficjalna. Śpiewany jest hymn. Modą jest, całkiem dla mnie niezrozumiałą, żeby hymn Polski nie śpiewać lecz burczeć pod nosem z niechęcią.

Rodzicie, którzy przyszli na zakończenie roku szkolnego zachowywali się podobnie. Komenda -do hymnu- nie zrobiła na nich większego wrażenia. Młode mamy w ferworze dyskusji i oglądania się na boki, w poszukiwaniu obiektu do dyskusji, nawet nie zauważyły wezwania dyrektora.
Panowie stali z rękami w kieszeni, inne kobiety siedziały, zainteresowane zdjęciami, które właśnie zrobiły.
Generalnie, nikt z dorosłych nie zauważył, że śpiewany jest nasz dumny Hymn Narodowy, który kiedyś śpiewano z zapartym tchem i pełną piersią. Tak się zmieniły czasy.

Ale co z tym oszołomem? Ano nic. Sympatyczne mamy nareszcie znalazły sobie wdzięczny obiekt na „tapetę” w mojej osobie. Powodem było moje dziwaczne zachowanie. W czasie hymnu stałam na baczność i śpiewałam. Nie jakoś wyzywająco- tak po prostu. Jednak spotkałam się z drwiącymi uśmieszkami osób dookoła.

W tym momencie nasunął mi się obraz: amerykański mecz piłki , przed którym wszyscy na trybunach wstają, mężczyźni zdejmują czapki ( niejednokrotnie ciężkie, bo z pojemnikami piwa), składają je na piersi i śpiewają głośno, wyraźnie i dumnie. Można mieć ich za wzór obywatelskich postaw.

A u nas? Naród tak ciężko doświadczany, walczący o przetrwanie nareszcie mógłby śpiewać, ale już nie chce. No więc ja jestem oszołomem, bo chcę.

*


Jest to paradoks na skalę światową. Co w nas takiego drzemie, że ten kraj pełen jest sprzeczności i przekory. Tyle lat zajęło nam wywalczenia sobie tożsamości, przywilejów i demokracji, a kiedy już to wszystko jest, to z tego nie korzystamy.

*

Przywilej głosowania w niezależnych wyborach jest najwyższym osiągnięciem demokracji. U nas, całkiem od niedawna. Z tego przywileju aż chciałoby się korzystać, również w poczuciu obowiązku wobec państwa, w którym przyszło żyć.

Za to głosowanie poza miejscem zamieszkania wymaga nie tylko chęci, ale i determinacji. Wszystko jak zwykle przez skrzeczącą rzeczywistość. Kolejki w urzędach do okienka, gdzie wydaje się zaświadczenia są podobne do tych w mięsnych lat osiemdziesiątych, kiedy spodziewano się, że rzucą polędwicę.
Wielu z potencjalnych wyborców to zniechęca, czemu się absolutnie nie dziwię. Podejrzewam, że z wyjazdu nie zrezygnują, a z głosowania i owszem. Czyżby państwu nie zależało na tym by obywatele głosowali?

*

Obowiązek obywatela wobec „opiekującego„ się nim państwa jest powszechny. Stanie w kolejkach i skrzywiona twarz niezadowolonej i wyniosłej urzędniczki jest bonusem i „nagrodą” za spełnienie obywatelskiej powinności, bo inne profity trudno dojrzeć. Bo gdzie? W szpitalu, szkole, a może w urzędzie?
Wiem!! Pewnie w galerii handlowej!!
*

Analizując wielką niechęć śpiewania hymnu, dochodzę do wniosku, że jest to syndrom, rodzaj podświadomego protestu ludzi wobec otaczającej nas rzeczywistości.
Dojmujące poczucie wyzysku, braku opieki i elementarnej troski o słabych, nie pozwala na czucie się dumnym obywatelem. Trudno jest bowiem unieść się ponad codzienne życie, ku wznioślejszym wartościom, jeżeli po opłaceniu podatków i ubezpieczeń społecznych, pozostaje jedynie mała garść grosza na powszednie potrzeby.

Płacenie podatków i ubezpieczeń jest poczytywane jako przymus i nieuzasadnione zdzierstwo, bo nie wynikają z tego właściwe rodzaje państwowego rewanżu.
Poczucie, że obowiązek ten jest jednostronny, a podatki są wrzucone w kasę państwową jak w studnię bez dna, daje poczucie krzywdy, a nawet złości.
Wobec takiej argumentacji, rodzi się we mnie zrozumienie do postaw moich sfrustrowanych rodaków. Bo codzienność nazbyt ich przygniata.

*

Historia jednak dowodzi i oby nie musiała nigdy więcej, że w Polakach kotwiczy miłość bezwarunkowa. Bo łatwo jest być patriotą w czasach dobrobytu i pokoju. Śpiewać pochwalne hymny na cześć obficie karmiącej ręki. Miłość warunkowa jest prosta i nieskomplikowana, choć bardzo nietrwała i kapryśna, ale też zdrowa dla obu stron. Ona to opiera się na wzajemnym świadczeniu i homeostazie pomiędzy prawem a obowiązkiem. Jej byt warunkuje zasada: przywilej wykorzystać, obowiązek wypełnić, prawa oczekiwać.
W podstawie naszego bytu leży genetyczna miłość bezwarunkowa. W niej jest siła, ale też trudny niesprawiedliwy los. Na niej bazują rządzący. Także na tym, że nie mamy innego wyjścia, a to już jest bardzo nie w porządku.

Fot. źródło:
ourpreciouslamb.wordpres.com

piątek, 18 czerwca 2010

Smętna Dobrodziejka Krakowa



Och sezon turystyczny w pełni. Jakaś leniwość blogowa mnie ogarnęła. Polot gdzieś się stracił. Idąc z trendem sezonu, pomyślałam sobie, że warto dalej iść szlakiem zabytków krakowskich. Może to przyda się więcej. Może to zachęci Was Drodzy Moi do odwiedzin królewskiego grodu.

W bazylice OO Franciszkanów, tego o którym wspomniałam już poniżej, jest boczna kaplica. Na prawo od głównego wejścia. Jest to kaplica Matki Bożej Bolesnej, znanej również pod nazwą Smętnej Dobrodziejki Krakowa. To miejsce cieszyło się (i wciąż tak jest) ogromną popularnością już od wieków. Działo się to za przyczyną wielu łask, które tu otrzymywali wierni, o czym świadczą niezliczone ilości serduszek wotywnych wokół ołtarza.

"Przed tym obrazem grzeszni wielkimi ciężarami nieprawości obciążeni, za przyczyną tej Panny od Pana Boga pociechy odnoszą... Ludzie w różnych frasunkach, kłopotach i jakichkolwiek dolegliwościach będący, gdy się tam z nabożeństwem ofiarują, za pomocą Bożą i niezwłoczną przyczyną Panny błogosławionej to, o co poproszą, otrzymują. Jest to obraz na wejrzenie żałobny, do skruchy i łez wylania każdego pobudzający".(Piotr Hiacynt Pruszcz)

Historia samego obrazu jest bardzo ciekawa. Jest to późnogotycki obraz malowany na drewnie przez Mistrza Jerzego, wspaniale odnowiony i utrzymany. Jest to prawdopodobnie część większego dzieła , tzw. tryptyku, który tu przedstawiał scenę męki Pańskiej na krzyżu. Niestety żadna z części prócz tej nie ocalała do naszych czasów. Podczas pożaru w 1850 roku, obraz w niewytłumaczalny sposób ocalał w nienaruszonym stanie, choć wszystko wokół uległo całkowitemu spaleniu.
Z obrazem związany był zwyczaj ułaskawiania zbrodniarzy skazanych na śmierć. Działo się to za przyczyną Bractwa Męki Pańskiej, które to uzyskawszy od króla przywilej, mogło darować wolność jednemu ze skazańców. Odbywało się to w Wielki Czwartek, właśnie przed obrazem Matki Bożej Smętnej, po Mszy świętej i Komunii. Jeden z nich, wybrany, wstawał i wychodził z kościoła wolny.




Wizerunek Dobrodziejki Krakowa jest na wskroś przejmujący i wyjątkowy. Twarz i usta zastygłe w niemym cierpieniu. Po policzkach płyną łzy. Oczy zaczerwienione wciąż patrzą w stronę ukrzyżowanego Jezusa. Aniołowie wokół niej trzymają przedmioty Męki Pańskiej, a świetlny miecz przeszywa jej serce. Wszystko to o czym przypominają jej aniołowie przyjmuje z pokorą i zgodą, ale jednocześnie, z wielkim ludzkim, matczynym bólem.
Ten wizerunek ma swoją głęboką wymowę. Przychodzą tu ludzie ze swymi kłopotami i troskami. Ta twarz wciąż ożywiona emocjami, staje się bliska. Tutaj Twoje zmartwienia stają się mniejsze, bardziej znośne? Budzi się, ożywa na nowo nadzieja…

Jeśli będziecie w Krakowie, kościół OO Franciszkanów jest obowiązkowym punktem. W murach tego kościoła kryje się tyle tajemnic i historii.

wtorek, 8 czerwca 2010

Bł. Salomea


W krakowskim, wspaniałym kościele OO Franciszkanów od XIII w. spoczywają relikwie błogosławionej Salomei, córki Leszka Białego, siostry Bolesława Wstydliwego, księżnej, wywodzącej się z dynastii Piastów.
Franciszkanie osobę Salomei darzą specjalnymi względami. Śmiertelne jej szczątki leżą obok brata Bolesława, w specjalnej, jej poświęconej kaplicy, w kościele przy ulicy Franciszkańskiej w Krakowie.

Niektórzy historycy, umieszczenie szczątek bł. Salomei w kościele wiążą z datą konsekracji kościoła. Rzecz to nie pewna, lecz jednak znamienita, w którą pięknie jest wierzyć.
Na witrażach kościoła, stworzonych w XIX w. przez Stanisława Wyspianskiego, przy ołtarzu głównym, Salomea przedstawiona jest w habicie Klarysek. Stoi dumnie i spokojnie, a z jej rąk wypada królewska korona. Ten symbol ma oznaczać, że poświęciła się ona życiu zakonnemu, rezygnując z zaszczytów i splendorów życia królewskiego.

Ponieważ pochodziła z rodu potężnych Piastów, jej życie, tak jak wszystkich królowych, należało nie do niej samej, a do misji jaką musiała wypełnić, a jaką naznaczali ojcowie, królowie. W wieku 3 lat wyznaczono jej męża- księcia węgierskiego Kolmana. Po wielu latach, małżeństwo to doszło do skutku. Mariaż jednak, nigdy nie wypenił się do końca, ponieważ Salomea złożyła wieczyste śluby czystości. Poczciwy Kolman, zgodził się na białe małżeństwo, w którym wytrwali przez ponad dwadzieścia lat, aż do jego śmierci, która to nastąpiła podczas bitwy z Mongołami nad rzeką Sajo.
Owdowiała Salomea, powróciła do Polski i przyjęła śluby zakonne. Wstąpiła, do ufundowanego przez jej brata klasztoru w Zawichoście. Później, dekretem papieskim, Ona i inne Klaryski, została przeniesiona do nowego, bardziej bezpiecznego klasztoru w Skale pod Krakowem. Tu dbała o rozwój klasztoru, i o nową osadę, która powstała za jej przyczyną. Tu dokończyła swojego żywota. Obecne przy jej śmierci osoby relacjonowały, że w momencie śmierci, z jej ust wyszła gwiazda, która stała się jej atrybutem. Po śmierci zasłynęła z cudów uzdrawiania.

Myśląc o Niej, ogarnia mnie zaduma. Cóż tak doczesnego jak władza i pieniądze, teraz, ale i dawniej, jest bardziej pożądane na świecie? Wszystkie współczesne, ludzkie zabiegi, zdają się potwierdzać, że nic ponad to…

A jednak, trochę ogłuszani, chcemy myśleć, że wartości niespieniężone są ważniejsze, czystsze i szlachetniejsze. Bo przecież my, Naród, którego bogactwem są wartości ponadmaterialne, bo inne dawno nam zabrali, stąd i stamtąd, musimy wiedzieć i pamiętać to najmocniej.


poniedziałek, 31 maja 2010

Park Jordana



Park Jordana, ten najsłynniejszy w Polsce, był częścią koncepcji znanego i cenionego działacza, społecznika, krakowskiego lekarza ginekologa- Henryka Jordana. Jordan to niepospolita osobowość krakowska, z której działalności, pomysłów i realizacji korzystamy po dziś dzień. Ogólnym założeniem jego koncepcji było stworzenie parków zabaw dla dzieci i młodzieży dla podniesienia słabej kultury fizycznej w społeczeństwie.

Był to ewenement nie tylko w skali Polski. Takich parków nie tworzono jeszcze nigdzie. Zważywszy na fakt, że Polska była w niewoli, Jordan musiał liczyć się z wieloma przeciwnościami i oporem władz, które nie były chętne wzbogacaniu jakiejkolwiek kultury w narodzie.

W 1888 roku H. Jordan wystąpił do Rady Miejskiej w Krakowie z wnioskiem o przyznanie mu miejsca na Błoniach krakowskich, w celu zorganizowania, własnymi siłami i kosztem, parku dla dzieci i młodzieży. Uchwałą Rady Miejskiej w 1889 roku przyznano doktorowi 8 hektarów , które zagospodarował według własnej koncepcji.
Rada Miejska w uznaniu zasług dr Jordana, nadała parkowi imię –twórcy kompleksu- Henryka Jordana. Funkcjonuje ono po dziś dzień.
W ogrodzie zabaw znalazły miejsce place do zabaw zręcznościowych dla młodzieży, do gry w piłkę, korty tenisowe, miejsca z przyrządami gimnastycznymi. Nasadzono rozmaite drzewa i wytyczono aleje. Do roku 1914 umiejscowiono wzdłuż alejek popiersia najsłynniejszych Polaków, patriotów, poetów, działaczy społecznych. Wiele z nich stoi do tej pory dzięki Kazimierzowi Łuczywo, który uratował je przed dewastacją wojenną.

Oczywistym jest, że park nie pełnił roli jedynie rekreacyjnej. Był on kolebką przyszłych patriotów, żołnierzy, którzy pod okiem kamiennych, sławnych Polaków hartowali ciało i wzmacniali złamanego polskiego ducha. Aż dziw bierze, że takie przedsięwzięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń ówczesnych władz, że pozwolono na realizację tak patriotycznego projektu.
Pierwotną funkcję, tą bardziej oficjalną, Park Jordana pełni do dziś. Jest piękny i wspaniale utrzymany. Popiersia sławnych Polaków rosną ku mojej ogromnej radości. Krakowianie z wielkim upodobaniem wybierają na spacery właśnie to miejsce. Ja również.

Prowadzam tu swoje dziecko, jeździmy na rolkach. Realizujemy projekty, które same sobie wymyślamy np. dzisiaj szukamy wśród pomników ludzi literatury Polskiej i znajdujemy: Mickiewicz, Kochanowski, Niemcewicz, Słowacki itp., albo samych duchownych, albo naukowców. Dziecko ma za zadanie znaleźć, a mama musi opowiedzieć o nim choć kilka zdań. Tak musi być, tak powinno być.

Zapraszam Was wszystkich do Parku Jordana po łyk dawnych czasów, zdrowego powietrza i atmosfery, którą oddychał dawny Kraków. W Jordanówce dają pyszną kawkę i podobno najlepsze „Hiszpany” w Krakowie








wtorek, 18 maja 2010

Władysław Grabowski


Żeby dobrze zagrać Hamleta,
trzeba być przynajmniej 30 lat na scenie.
30 lat na scenie to 50 lat życia,
a jak się ma 50 lat,
to nie można już grać Hamleta.

W. Grabowski

Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.

Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.

W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.

Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)

W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).

Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup.
Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy zdjęć, natrafiłam na pozowane, zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.


FOT: Muzeum Kinematografii w Łodzi







Powyżej scena z Mieczysławą Ćwiklińską, Władysławem Grabowskim, Adolfem Dymszą w filmie "Dodek na froncie"

piątek, 14 maja 2010

Bystrzyca Kłodzka


Nettika po raz kolejny zainspirowała mnie do działania. Mam wystawić 10 zdjęcie ze swojego komputera. W moich zdjęciach panuje porządek. Nie zawsze tak bywało, ale całkiem niedawno posegregowałam i wydzieliłam albumy. Albumy nie są poukładane chronologicznie, tylko tematycznie.

W tamtym roku, odbyłam wspaniałą wycieczkę motocyklową w Kotlinę Kłodzką. Jest to już , chyba, jedno z ostatnich miejsc, gdzie nie dotarła współczesność. To ostatnie lata, kiedy można ją zobaczyć spokojną, surową, prawie nietkniętą.
Sytuacja zmienia się z roku na rok. Zdaje się, że gminy pozyskują coraz więcej funduszy na modernizację miast i dróg. Mimo to, nadal jest cudownie spokojne, choć nie dla motocyklistów. Drogi, zwłaszcza te trakty, ciągnące się przez lasy, pamiętają jeszcze czasy, kiedy kotlina była pod niemiecką jurysdykcją.

Dotarliśmy w wiele ciekawych i pięknych zakątków tej krainy. W Międzygórzu zwiedziliśmy malowniczą osadę i piękny, wielki wodospad. W Kłodzku ogromną, monumentalną twierdzę. W Dusznikach, Park Zdrojowy, no i oczywiście Dworek Chopina (nie mogło być inaczej). W Kudowie, leżąc na trawniku, słuchaliśmy występów orkiestr. W Czermnej z zadumą zwiedziliśmy Kaplicę Czaszek. Na Szczeliniec nie chciało nam się wchodzić w motocyklowych strojach,bo groziło nam przegrzanie. Jeszcze zwiedziliśmy ekskluzywną Polanicę, no i oczywiście perłę architektury na skale europejską - Bystrzycę Kłodzką.

Miasto unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Osadzone malowniczo na wzgórzu. Ścisła, zwarta zabudowa, poskręcane, wąskie uliczki. Wysokie, niedostępne mury, przedzielone gdzieniegdzie wejściem i schodami. Typowe miasto obronne.
Teraz bardzo stare i zniszczone, nieremontowane i niezadbane. Tu każdy budynek ma informację, że jest zabytkiem chronionym prawem. Widzę, że to wszystko, co na razie robi się, aby ocalić to wspaniałe miasto.
Trafiłam na miejscowy, bardzo stary cmentarz. Ponieważ uwielbiam stare cmentarze, więc i ten, bardzo cudowny, musiałam sfotografować.

U wejścia, stoi marmurowy głaz z napisem:

"Na tym miejscu, spoczywają dawni niemieccy mieszkańcy Bystrzycy Kłodzkiej i okolic, którzy mieli tu swoją ojczyznę do roku 1946. Módlmy się za ich dusze i wzajemne zrozumienie, między Naszymi Narodami"
Heimatguppe Habelschwerdt
A.D 2006

Leżą sobie spokojni, w szacunku obecnych mieszkańców. Dziejowe losy sprowadziły do Bystrzycy polskich osadników. Ta ziemia została im dana i ją objęli, jako swoją ojczyznę. Ta wspólnota ich łączy Niemców i Polaków. Widziałam świeczkę na grobie i świeże kwiaty.
Modlę się za dusze zmarłych i za to miasto, któremu należy się szczególna opieka i troska.

P.S.
Zapraszam Was wszystkich, którzy chcecie wziąć udział. Umieśćcie 10 zdjęcie ze swego komputera.

czwartek, 13 maja 2010

Mendelssohn


W tym roku, V Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna, powiązane są z przypadającą w tym roku dwusetną rocznicą urodzin Fryderyka Chopina i Roberta Schumanna. Organizatorzy w tym roku podkreślili szczególną rolę przyjaźni w życiu kompozytora, ze szczególnym akcentem na dobre relacje i wzajemny podziw z Chopinem, oraz zawodową, muzyczną i czysto ludzką przyjaźnią z Schumanem.

Autor krótkiej notki w biuletynie imprezy, Maciej Negrey, przytoczył słowa kompozytora:

„Jako pianista jest teraz Chopin jednym z najpierwszych. Robi zupełnie nowe rzeczy, jak Paganini na swych skrzypcach”, „ …był tu Chopin.…Miło było obcować znów z prawdziwym muzykiem, nie z takimi pół-wirtuozami i pół-klasykami , którzy chcieliby w muzyce połączyć dostojeństwo cnoty z rozkoszą grzechu, lecz takim, co ma swój własny, wyraźnie wytknięty kierunek…”

W tym samym biuletynie, autor podkreślił także wielki szacunek i oddanie Chopina Mendelssohnowi:
„Pozwoli Pan przypomnieć sobie, że jeśli nawet posiada Pan przyjaciół i wielbicieli bardziej Mu bliskich i godniejszych, to nie posiada Pan bardziej Mu życzliwego”

Delikatność, wysublimowanie i szczególna Chopinowska czułość, jak zwykle, jaśnieje, lecz to Mendelssohnowi poświęcone są te dni.
Dlatego moją miłość do Chopina trzymam na wodzy, aby nie przytłumiła wrażenia, jakie zrobił na mnie jeden z koncertów, które jeszcze trwają w ramach Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna.
Koncert organowy w Bazylice OO. Dominikanów w Krakowie. Profesor Andrzej Białko wykonał 7 dzieł organowych: Mendelssohna, Bacha i Liszta.
Czegóż innego, jak wirtuozerskich wykonań można było się spodziewać. Przeżycie czysto zmysłowo i fizycznie szalenie przyjemne i wzniosłe. Jak zawsze podczas koncertów organowych.
Przed nami jeszcze kilka koncertów i prezentacji w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, ul. Meiselsa 17.
Serdecznie polecam.



wtorek, 11 maja 2010

Piwnica pod...




Czy można skojarzyć Piwnicę pod Baranami inaczej niż z Krakowem? Ta charakterystyczna atmosfera. Mistyczna historia , która na trwałe wgryzła się w Kraków i stała się częścią jego bytu. Pogrążę się w lekturze z niekłamaną przyjemnością.

***



Anioły są na świecie, a ich działanie można zobaczyć, kiedy się patrzy w oczy człowieka. Niemal odczuwa się muśnięcie ich skrzydeł.
Troskliwi, wierni druhowie towarzyszą bez zmęczenia naszemu ziemskiemu bytowi. Widzę ich działanie w dobru, które dajemy sobie wzajemnie.
Jolanto- dziękuję Ci za pamięć, dobre słowo i radość, którą mi sprawiłaś tą wspaniałą książką. Uśmiech jak banan, nie schodzi mi z twarzy. Z repertuaru Piwnicy pod Baranami wybrałam jeden utwór dla Ciebie:

Anioł mój lewy
Mordkę ma białą jak spaniel
Od żalu bólu i mleka
Czeka na Boskie skaranie
Sen ma na ciężkich powiekach


Przyszedł dziś do mnie w zastępstwie
Na ogół wpada ten prawy
Mój anioł lewy ma pecha
Od szkód i od wszelkiej zabawy


Strzeż mnie aniele strzeż
Jutro i tak Ci ucieknę
Lecz zanim znajdę się w piekle
Strzeż mnie aniele strzeż


Najpierw mi grzechy przekłada
Trochę niepewnie na wadze
Te słodkie jak czekolada
Nie są niestety w przewadze


Ciężkie i całkiem śmiertelne
Mylą się grzechy lewemu
Gdy scholastyczny ma problem
Śpiewam mu zamiast refrenu


Strzeż mnie aniele strzeż...


Mordkę jak spaniel ma białą
A oczy dobre jak niebo
Choć mu się kiedyś zdawało

Że najważniejszą potrzebą
Jest równowaga na szalkach


To już go nawet nie drażni
Że się przydaje tak często
Ten fałszowany odważnik

Strzeż mnie aniele strzeż


Tekst: Robert Kasprzycki, Muzyka: Adrian Konarski

Książka: Piwnica pod Baranami , Joanna Olczak-Ronikier, 1997 Prószyński i S-ka

sobota, 8 maja 2010

Bilecik


Znów musiałam pójść na pocztę. Takie eskapady wprawiają mnie w zły humor. Zwykle wiem, co tam zastanę. Dostałam bilet 657. Przede mną do okienka było dwadzieścia osób. W sumie nie tak źle, bywało gorzej, ale miejsca siedzące zajęte były przez emerytów, którzy zawsze mają czas. Młodzi, niecierpliwi zwykle wychodzą i co 5 minut wracają ( dzięki temu wietrzą) by zobaczyć jak posunęła się kolejka. Spokojnie mogliby sprawdzać co 15 minut.

Zadziwiającą właściwość mają panie w okienku. Odnoszę wrażenie, że kryterium doboru pracowniczego, jest prędkość obsługi klienta. Im wolniejsza i flegmatyczniejsza, tym lepsza. Na marginesie, płace tych pań, nie zachęcają do gorliwości i szybkości. W końcu nie dostają procentu od załatwionych klientów. Więc spokojnie mogą sobie klepać jednym palcem w komputer, pochuchać na pieczątkę, zmienić datę w pieczątce, spytać koleżankę, szukać znaczka, kaligraficznie wypisywać świstek. 0statni bastion poprzedniego systemu. Tu kolejki nigdy nie zawodzą, bez względu na porę dnia.

Każdy kto tu przyjdzie, marzy, żeby poszło jak najszybciej. Złości się, jak petent przy okienku marudzi, a gdy sam stanie, przestaje mu zależeć na szybkości. Ze złośliwą satysfakcją celebruje moment pobytu przy okienku. Adresuje koperty, szuka pieniędzy w portfelu, liże znaczek, rozglądając się z satysfakcją na boki. Zapomina, że przed chwilą zgrzytał zębami na podobnie zachowującego się samoluba.
Niestety zrobiłam podobne, wypisywałam kopertę, polecony, poprosiłam o zwilżenie gąbki do znaczków, a kiedy wychodziłam, odprowadzały mnie nienawistne spojrzenia numerków od 657 w górę. No i na kogo ja się złoszczę? Na siebie przecież się złoszczę!

Istnieją jeszcze klienci, a ta grupa jest najbardziej dokuczliwa, którzy uważają, że kolejki ich nie dotyczą. Oni przecież chcą tylko spytać, bardzo się spieszą itp. Podchodzą do okienka, kiedy zwykły kolejkowy stacz straci czujność. Są przy tym impertynenccy, roszczeniowi i bardzo pewni siebie. Ten ich tupet sprawia, że często są puszczani po za kolejnością za przyzwoleniem ogółu.

*

Bileciki dostają wszyscy bez wyjątku. Na poczcie, w banku, urzędzie, kinie, samolocie, autobusie, na parkingu, w przychodni. Jednym słowem wszędzie. Ma to na celu wprowadzenie porządku społecznego, zapewniającego uśredniony komfort. Powszechna niechęć do bilecików, skojarzonych z pewnego rodzaju usługami jest co najmniej dziwna.

Często dominuje tu chęć uzyskania poza biletem, czyli usługą dostępną dla wszystkich, czegoś więcej niż bilet przewiduje, a wiec specjalnego potraktowania. Tam gdzie są kolejki, załatwienia sprawy, jako priorytet. W teatrze, dostania loży dla VIPów. W urzędzie, pozytywnie rozpatrzonej sprawy od ręki. W autobusie miejsca siedzącego. W banku wyjątkowo niskiego kredytu. W sklepie indywidualnej bonifikaty. Gdy policjant złapie na przekroczeniu przepisów drogowych, ze względu na tysiąc wyjątkowych powodów przedstawianych z wyjątkową pomysłowością, oczekuje się specjalnego potraktowania w postaci braku mandatu. A wszystko to dlatego, że człowiek chce się czuć wywyższony ponad innych, jedyny i wyjątkowy.
Świadomość ustawiania nas w socjalnej równości jest nie do zniesienia, co potwierdzają powyższe, tylko wybrane przykłady.

Istnieją jednak przywileje, które wywyższają niektórych spośród nas. Ideałem jest, aby najbardziej godni z nas, zasłużeni i mądrzy, otrzymywali mandat, który jest zaszczytem i nobilitacją. „Mandat społeczny” to skroplone zaufanie do człowieka wybranego i wyjątkowego .

Tymczasem ów „mandat” otwiera wszystkie drzwi, rezerwuje wszędzie najlepsze miejsca, załatwia sprawy poza kolejnością, rezerwuje wygody, luksus, daje prawo czucia się lepszym i ważniejszym, często bezkarnym. Takie pojęcie „mandatu społecznego”, ku mojemu ubolewaniu, staje się niejednokrotnie jego istotą i najwyższą wartością jego posiadania.


Najważniejszym spośród takich wyróżnień jest „immunitet”, który w założeniu ogólnym, daje nietykalność. Powstanie takiego przywileju, w prostym pojęciu, dało jego posiadaczowi ochronę przed ludźmi i prawem. Dało gwarancję niezależności działania określonym osobom. Co jest mocno uzasadnione i konieczne w demokratycznym społeczeństwie. Czemu zatem „immunitet” kojarzy się często ze słowami- „ponad prawem” i „bezkarny”? Co tu nie gra?

W tym wszystkim chyba zawodzi człowiek, jego próżność i egoistyczna chęć wywyższania się ponad innymi. Słabość człowieka w tych eksponowanych wyróżnieniach jest tak boleśnie widoczna i dojmująca.

Oto mądre i dobre założenia demokratyczne, wykrzywiają się na kształt gombrowiczowskiej gęby.
A my, zwykli, grzeczni kolejkowicze, wybieramy się po rozum do głowy, jak sójka za morze. Tam nie ma kolejek. Zamiast pomyśleć, wolimy, aż ktoś wtłoczy nam do głowy gotową, grzecznie ułożoną myśl, sformułowaną przez prężnego socjotechnika. Orwellowski świecie odejdź!

czwartek, 6 maja 2010

Bzowa Babuleńka


Będąc dziewczyną w bardzo poważnym wieku, lat szesnastu, wpadłam wraz z koleżanką na pomysł całkiem zwyczajny, jednak zwyczajny w wieku ciut młodszym. Był maj, cudna roślinność, bzy, konwalie, trochę deszczu, tak jak teraz.Postanowiłyśmy we dwie, że wybierzemy się na bzy.

Ponieważ same nie posiadałyśmy ogródka, a więc i krzaka bzu na własność, zrozumiałym jest, jaką formę pozyskania bzu wybrałyśmy.
Niedaleko szkoły był sobie stary, drewniany domek. Wydawał się opuszczony, zaniedbany, mocno starawy. Roślinność wokół niego, wybujała, puszczona samopas, rosła planem znanym wyłącznie naturze. Bzy pachniały upojnie, a gałązki konwalii aż gięły się pod ciężarem kielichów. Bardzo kuszący był to widok.

Przechodzenie przez siatkę nie sprawiło żadnych problemów, rwanie kiści bzu również.
Zajęte robieniem bukietów, nie zauważyłyśmy, że w drzwiach domku stoi staruszka. Wyglądała całkiem zwyczajnie- jak babcia. Miała zawiązaną chusteczkę na głowie, stary serdaczek, za duże trepki i laskę. Stało cicho i z uśmiechem się nam przyglądała. Można sobie wyobrazić jak głupio wyglądałyśmy, zastygłe w ruchu, z bukietami w dłoni. Tylko kolor zmieniającej się twarzy, z bladej na purpurę, świadczył, że całkiem nie skamieniałyśmy.

Staruszka stała i wciąż nam się przyglądała z uśmiechem, uśmiechem pełnym dobroci i wyrozumiałości, a nawet radości ze spotkania.Zaprosiła nas do siebie.

Wchodząc do jej domu, zdawało się nam, że przeniosłyśmy się w czasie o sto lat wstecz. Sprzęty, wystrój był ubogi i bardzo stary. Te sprzęty musiały pamiętać XIX wiek. Staruszka okazała się być bardzo samotną, opuszczoną kobietą, a nasze odwiedziny przyjęła z wielką serdecznością. Tym bardziej było nam wstyd.

Nie sposób jest zapomnieć jej pozytywnej energii i dobroci, którą nas obdzielała, jakby błogosławieństwem. Była nie z tego świata. Wciąż nie mogę zrozumieć czemu los skierował nasze kroki w tamtą stronę ... Czy może Opatrzność kierowała naszymi krokami, abyśmy mogły sobie pomóc nawzajem?

Od tamtego wydarzenia odwiedzałyśmy naszą babcię, przynosząc jej aktualnie kwitnące kwiaty, zdobywane na targu. Robiłyśmy zakupy, coś tam pomogłyśmy, ale bardzo krótko.

Nasza Bzowa Babuleńka szybko zmarła. Dowiedziałyśmy się o tym od jej rodziny, która porządkowała jej malutki domeczek.

A teraz po ponad dwudziestu latach, nie ma jej domku, nie ma tych upojnie pachnących krzaków bzu i jej cudownie pobłażliwego uśmiechu, kiedy psociłyśmy..

Dzisiaj tam jest parking i beton- nie tylko na ziemi.
Dlatego nasza pamięć jest taka ważna.

Dzięki Majowej Babci przypomniałam sobie o mojej Bzowej Babuleńce...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...