Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaret. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2016

Konkurs

Kochani!
Ogłaszam mini konkurs!
Konkurs na najciekawszą recenzję  serialu o Eugeniuszu Bodo.
Napiszcie jakie były wasze oczekiwania i czy nie zawiedliście się. Czy tak sobie wyobrażacie dawną kabaretową bohemę?
Piszcie!
Najciekawsza recenzja będzie nagrodzona książką "Bodo wśród gwiazd" autorstwa Anny Mieszkowskiej. Dodatkowo recenzję opublikuję na swoim blogu.
Recenzje proszę nadsyłać na adres : mota@op.pl

Szczegóły wkrótce.

Bodo_serial_tvp Bodo-wsrod-gwiazd-1

środa, 2 marca 2016

Eugeniusz Bodo-reaktywacja

 

wpid-wp-13973140432862Krakowskie Przedmieście, 1937 rok

Cukierniany gwar, szczęk naczyń, zapach waniliowych kremów odurza stałych bywalców. Zakochane pary, dzieci z umorusanymi od słodkości buziami, starsi panowie sączący „pół czarnej”, wsłuchują się w tony niegłośnej muzyki płynącej z adapteru.


Do lokalu wchodzi elegancki jegomość z psem o rozmiarach niewielkiego konia. Bydlątko nikogo nie przeraża, wręcz nie robi na obecnych żadnego wrażenia. Sprzedawczyni uśmiecha się promiennie, dając koleżance znaczącego kuksańca w bok. Teraz obie uśmiechają się do gościa.


Jesienno-zimowa aura sprawia, że elegant ubrany jest w markową pelisę z postawionym kołnierzem. Nosi także kapelusz z szerszym rondem. W powietrzu zapach waniliowych ciastek mąci francuska perfuma. Zapach luksusu. Przybysz jedną ręką zdejmuje kapelusz, drugą kontroluje stan swoich mocno nabłyszczonych, idealnie zaczesanych do tyłu włosów. Obdziela szczerym uśmiechem sprzedawczynie. Podchodzi do lady i zamawia dziesięć sztuk ptysiów z różowym kremem. Rzuca żarcik, anegdotkę o swoim małym Sambo (piesku), który zjada na śniadanie ludzi. W cukierni panuje ożywienie. -Bodo! Bodo!- niezbyt cicho powtarzają do siebie obecni.


Przyzwyczajony do takiego zachowania innych, Bodo kłania się uprzejmie i podąża do drzwi.


Tuż przed drzwiami zatrzymuje się i odwraca.


- Zapomniałem kupić jednego ptysia. Źle policzyłem osoby.


-Jak to? Mówił pan, że będzie dziesięć osób.


- Sambo jest jedenasty.


Młoda dziewczyna podaje osobny pakuneczek psu do pyska. Bodo i jego psina wsiąkają w jesienną pogodę.


*


Eugeniusz Bodo znany szerokiej przedwojennej publiczności jako elegancki mężczyzna, człowiek sukcesu, amant kina, bożyszcze kobiet, ale także nowoczesny celebryta i biznesmen. Dzisiaj, z perspektywy czasu i w kontekście jego wojennych losów, postrzegany jest jako tragiczna ofiara historycznej zawieruchy.


Rzeczywiście jego biografia, choć krótka, jest niezwykła i obfituje w wiele ciekawych zdarzeń.


Od najmłodszych lat mały Gienio, ruchliwy i wesoły chłopiec, był przyzwyczajony do dalekich podróży, które odbywał wraz z rodzicami. Ojciec Teodor był propagatorem sztuki filmowej. Dlatego ze swoim objazdowym kinem, wędrował po całej Azji. Dotarł nawet do Chin i Persji. Prezentował nowoczesne, jak na tamte czasy, prekursorskie rozwiązania techniki filmowej.


Decyzją ojca, po wielu latach tułaczki, rodzina Junodów osiedliła się w Łodzi. Tu także ojciec Gienia otworzył kino- Urania. Jedno z pierwszych w Polsce. Nie było to zwykłe kino. To było miejsce spotkań towarzyskich, gdzie prócz wyświetlania filmów prezentowano bogaty wachlarz kulturalnych wydarzeń.


Matka marzyła, że mały Gienio kiedyś zostanie lekarzem, ojciec natomiastprzewidział dla niego karierę handlowca.Nasz bohater zaś miał zupełnie inne plany i zamierzenia. Chciał zostać aktorem i na scenie widział swoją przyszłość. Przystąpił bardzo wcześnie do realizacji celu, choć aktorskie wykształcenieuznał za zbędne.


Nie godząc się z decyzją rodziców, uciekł z domu, poświęcając się pracy w prowincjonalnych teatrzykach. Zmienił rodowe nazwisko -Junod, na BoDo, powstałe ze zlepku pierwszych sylab swojego imienia ( Bogdan) i imienia matki (Dorota). Zachwycił się atmosferą kabaretów. Miał niesamowite wyczucie publiczności. Bardzo szybko został zauważony i zaangażowany do najlepszego w tym czasie kabaretu warszawskiego „Qui pro Qou” . Stąd był już tylko krok do kariery. Popularność na miarę dzisiejszych czasów przyniosły mu role w filmach dźwiękowy. Głównie w komediach. Najważniejszymi z nich były: „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Piętro wyżej”, „Książątko”, „Jego ekstelencja subiekt”, „Jaśnie pan szofer”, „Pieśniarz Warszawy”.


To komedie spowodowały, że stał się popularny, jednak jego marzeniem i ambicją było grać postaci tragiczne. Role trudne do zagrania i ambitne, np. w filmie „Kłamstwo Krystyny” gdzie zagrał okrutnego, pozbawionego wszelkich ludzkich odczuć stręczyciela.


Mimo, że był najbardziej znanym aktorem w Polsce, nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa. „Pozornie niezgrabny, z lekka korpulentny, przysadzisty, na tle Brodzisza, czy Żabczyńskiego, prezentował się nieco gorzej. On jednak miał w sobie urok, „dużo szelmowskiego wdzięku” i magnetyzm wprost nie do uwierzenia.


Miał zamiłowanie do pięknych strojów i toalet. Ubierał się szalenie elegancko i szykownie. Na balu w hotelu Europejskim w 1936 roku zdobył tytuł „Króla Mody”. Bardzo chętnie przyjmował propozycje reklamowania odzieży. Flauszowe marynarki firmy „Old England”, pantofle od Kielmana, krawaty Chojnackiego, czy kapelusze Młodkowskiego, wszystko w najwyższym gatunku prezentował z przyjemnością. Uwielbiał wykwintne restauracje. Lubił wystawne kolacje w najsławniejszych lokalach Warszawy.


Razem z Brodziszem zawiązał spółkę producencką. To pozwoliło mu na realizację zamierzeń filmowych, o których zawsze marzył.


Życie prywatne Bodo nie obfitowało w skandale obyczajowe i szaleństwa towarzyskie. Mieszkał z matką i po burzach młodości bardzo cenił sobie jej towarzystwo i przyjaźń. Pani Jadwiga miała bardzo twarde zasady moralne i w takich wychowywała syna, nawet wtedy, gdy ten miał grubo po trzydziestce. Ojciec umarł w 1928 roku nie mając możliwości cieszenia się sukcesami syna.


Bodek cenił sobie raczej spokój i domową atmosferę. Lubił robótki domowe, nawet wyszywał makatki z koralików, którymi obficie obdarowywał znajomych. Pasjonował się filatelistyką. Miał bogaty zbiór unikatowych znaczków, posegregowanych w klasery, oprawionych białą skórą. Był wysportowany. Chodził na lekcje boksu i fechtunku. Zdał kurs na szofera. Lubił herbatę i podobno, ptysie z kremem.


Był człowiekiem bezkonfliktowym, choć posiadał dość nerwowy charakter o cechach choleryka. Szybko wybuchał, szybko mu przechodziło. Nie żywił urazy. W obyciu był miły, elokwentny z poczuciem humoru i skorością do żartów. W pracy dokładny, obowiązkowy, wymagający. Generalnie jednak, człowiek o gołębim sercu.


Zawsze elegancki, a do kobiet szarmancki, przyjaciołom oddany.  W sprawach sercowych, jak na bożyszcze tłumów, nietypowy. Gustował w skromnych dziewczynach, ale kochał raczej incydentalnie. W środowisku filmowym niechętny był do romansów. Łączono go jedynie z aktorką o dość oryginalnej urodzie: Norą Ney. Chodziły słuchy, że uwielbiał kobiety o ciemnej skórze. I jakby na potwierdzenie tej teorii można przytoczyć fakt romansu jego życia z gorącą pięknością z Wysp Bora Bora- Reri, a właściwie Anną Chevalier. Była to aktorka, która znalazła się w Warszawie dzięki promocji filmu „Tabu” produkcji niemieckiej. Film ten, pomimo rozpaczliwych zabiegów ratowania, zaliczył klapę, a młoda Reri pozostawiona w wielkim świecie, potrzebowała ratunku. Pomocną dłoń podał jej właśnie Bodo, ponoć zakochany w niej od pierwszego wejrzenia. Spisał z nią kontrakt opiewający na sześć tysięcy złotych i futro. Tak zaczęła się ich współpraca zawodowa i prywatna. Ona uwielbiała się bawić, kochała lalki i pajacyki, on pracę i scenę. Niepohamowany pociąg Reri do trunków wyskokowych i niechęć matki aktora do ciemnoskórej piękności, zniweczył ich nieśmiałe plany małżeńskie. W 1935 roku Anna Chevalier wyjechała z Polski do Berlina i nigdy już nie powróciła, a Bodo nie powrócił do myśli o małżeństwie.


W czasie wojny Eugeniusz wraz z zespołem Henryka Warsa, występował jako śpiewak, aktor i konferansjer we Lwowie. Znakomita znajomość języka rosyjskiego umożliwiała im kilkukrotne tournee po ZSRR (Charków, Kijów, Moskwa). Z początku lwowska atmosfera sprzyjała występom, co bardzo zachęcało polskich aktorów, a tournee dawało poczucie bezpieczeństwa. 


 


Wszędzie przyjmowany był przyjaźnie i należycie dla swojej sławy. Nawet nie wiedział, po jak cienkim lodzie stąpa i jak bardzo krucha jest jego pewność bezpieczeństwa. Należy przypomnieć, że Eugeniusz Bodo było w połowie Polakiem, w połowie Szwajcarem i to miało dać mu bezpieczeństwo u Niemców, a także i Rosjan. Wkoło roiło się od agentów, którzy donieśli gdzie trzeba, że Bodo zaplanował emigrację do USA. To wystarczyło wystarczyło.


Uznano go za szpiega i natychmiast aresztowano. Zrobiono to tak szybko, że słuch o nim nagle zaginął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Było kilka wersji. Wiele osób przysięgało, że widziały moment egzekucji Bodo we Lwowie. Dzięki świadectwu więźnia, z którym Eugeniusz rozmawiał wiemy, że wywieziono go do Moskwy, potem do Kotłasu. 26 czerwca skazano go na 5 lat więzienia. Nazwano go elementem szczególnie niebezpiecznym. Informacje o jego losie były nierzetelne i często wykluczające się. Nikt też nie chciał się przyznać do jego aresztowania. Za najpewniejszą wersję przyjęto tą, że został ujęty i wywieziony w głąb ZSRR.


Poszukiwała go rodzina, matka wciąż wierzyła, że żyje. Poruszono nawet ambasadę. Pomimo niepewnych wieści, prowadzono intensywne wyjaśnienia i negocjacje z Sowietami.


Dzięki relacjom współwięźnia Alfreda Mirka, można było poznać jego dalsze, tragiczne losy. Bodo był wykończony i wychudzony. Trudno było w nim rozpoznać dawnego amanta filmowego. Zniknęły jego wspaniałe, gęste i lśniące włosy, zniknął promienny uśmiech. Był wyniszczony, opuchnięty i słaby. Miał przeczucie, że już nie wyjdzie na wolność. W 1943 nie objęła go amnestia obywateli polskich, miał przecież obywatelstwo szwajcarskie.


Zmarł samotnie z głodu i wycieńczenia 7 października 1943roku w Kotłasie. Miejsce jego pochówku pozostało nieznane. Najprawdopodobniej leży w jednej ze zbiorowych mogił.


Nieustające starania krewnej- Wiery Rudzkiej o informacje na temat Eugeniuszu Bodo przyniosły efekt dopiero dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Podano wtedy przyczynę jego aresztowania i datę śmierci.


Jego historia skończyła się 18.10. 1991 roku, kiedy to władze Rosji ostatecznie przyznały się do aresztowania Eugeniusza Bodo.


Jeszcze przed wojną, kiedy śpiewał w jednym ze swoich filmów „ Za parę lat, kto wie, co jeszcze spotka mnie. Więc póki czas korzystam z życia. Co będzie jutro nie moja rzecz. Nie patrzę na przód. Nie patrzę wstecz. I Jedno wiem, wiem, wiem- żyję dzisiejszym dniem”.


Czyż nie warto czasem warto posłuchać gwiazd?


 


Bibliografia:


 „W starym kinie” Stanisław Janicki, KAW Warszawa 1985 r


„Powróćmy jak za dawnych lat”, Dariusz Michalski, ISKRY, Warszawa 2007 r


„Już nie zapomnisz mnie”, Ryszard Wolański, Muza S.A. Warszawa, 2010


„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Bellona, Warszawa, 2010


 


„Zakochany Bodo” ODEON Stanisław Janicki RMF Classic


Jego Królewska Mość Bodek Jedyny, Konrad J. Zarębski


z czasopisma Film 1983, nr 28


„Za winy nie popełnione”  reportaż Stanisława Janickiego


Zdjęcia źródło: http://www.facebook.com/pages/Cafe-Bodo/367643144590 (polecam profli tematyczny)


 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku "Czortki" w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka - na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie... Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.


Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kto to?


Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.
Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

sobota, 2 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.


Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.


Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.


Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.


Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”


Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.


Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.


http://youtu.be/wBBoFjUDSjA


Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.


Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy-Mieczysław Fogg


M. Fogg
Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.
Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.
Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławny chórze Dana.
Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.
Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno 104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”
Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.
Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował tą właśnie piosenkę Mieczysławowi Foggowi.
http://youtu.be/wBBoFjUDSjA

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.
Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

niedziela, 18 maja 2014

Jak napisano "Czerwone Maki"

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

"Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli "za Polskę się bić".  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich - mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew...

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!...

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu."

http://youtu.be/YQRz1nSt9Cw

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: "Była sobie piosenka" Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

poniedziałek, 31 marca 2014

Władysław Grabowski- baron na scenie



-Tym razem -panie fryzjer- proszę przerzucjic mi loki na drugą stronę, i w końcu- panie fryzjer- okielznaj pan moją burzę wlosów-






Panie, tak lubiłem jak on do mnie przychodził. Sypał kawałami jak z rękawa. Moja koleżanka Lodzia, nie mogła przy nim pracować. Mówił jej komplementy i miny do niej stroił.  Zaraz się czerwieniła i przypalała loki żelazkiem. Nawet powiedział, że gdyby nie był taki stary to...  reszty nie dosłyszałem bo je na ucho powiedział, a biedaczka zaczerwieniła się jak piwonia.Oj kobietki go lubiły.




Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.




Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.




Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.




 W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.




Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.




Był lubianym i stałym bywalcem towarzyskiej śmietanki. Nie stronił od wykwintnego towarzystwa artystycznej bohemy, lubianym, bo rubasznym i skorym do żartów.. Był znanym i stałym bywalcem warszawskich lokali.




Z kinem zbratał się od samego początku. Swoje pierwsze kroki nac kinowym ekranie, stawiał jeszcze za czasów kina niemego. Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:




„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)




Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…




Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)




 W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).




Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.




Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.




Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”. W kreacjach komediowych można go było zobaczyć w takich filmach jak: "Mój papa się żeni", "dwie Joasie".




Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.




W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.




Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup. Nie wiem, co się z nim działo podczas wojny, co robił i jak ją przeżył...




Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy, natrafiłam na pozowanefotografie aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.



Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.





Bibliografia:




"W starym kinie" Stanisław Janicki, KAW, Warszawa, 1985 r




„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Sławomir Koper, Bellona, Warszawa, 2010




Władysław Grabowski-baron na scenie.

-Tym razem -panie fryzjer- proszę przerzucjic mi loki na drugą stronę, i w końcu- panie fryzjer- okielznaj pan moją burzę wlosów-
Panie, tak lubiłem jak on do mnie przychodził. Sypał kawałami jak z rękawa. Moja koleżanka Lodzia, nie mogła przy nim pracować. Mówił jej komplementy i miny do niej stroił.  Zaraz się czerwieniła i przypalała loki żelazkiem. Nawet powiedział, że gdyby nie był taki stary to...  reszty nie dosłyszałem bo je na ucho powiedział, a biedaczka zaczerwieniła się jak piwonia.Oj kobietki go lubiły.
Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.
Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.
 W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.
Był lubianym i stałym bywalcem towarzyskiej śmietanki. Nie stronił od wykwintnego towarzystwa artystycznej bohemy, lubianym, bo rubasznym i skorym do żartów.. Był znanym i stałym bywalcem warszawskich lokali.
Z kinem zbratał się od samego początku. Swoje pierwsze kroki nac kinowym ekranie, stawiał jeszcze za czasów kina niemego. Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)
 W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).
Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”. W kreacjach komediowych można go było zobaczyć w takich filmach jak: "Mój papa się żeni", "dwie Joasie".
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup. Nie wiem, co się z nim działo podczas wojny, co robił i jak ją przeżył...
Przeglądając zdjęcia w internetowej bazie, natrafiłam na pozowane zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.

Bibliografia:
"W starym kinie" Stanisław Janicki, KAW, Warszawa, 1985 r
„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Sławomir Koper, Bellona, Warszawa, 2010

sobota, 8 marca 2014

Zapomniana kobieta-Ina Benita




 Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 


Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady. Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.


 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.


 



 


W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.


 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:


 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic)


 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie . Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.


 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:


 "Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)


 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.


  Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 


 Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:


  „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 


 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas.


Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne





piątek, 7 marca 2014

Zapomniana kobieta- Ina Benita


Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 
Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady. Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.
 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.


W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.
 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco  podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:
 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic)
 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.
 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:
 "Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)
 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.
  Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 
 Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:
  „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 
 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas.
Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne

środa, 11 grudnia 2013

"Za dawno, za dobrze się znamy"- przyjaźń, życie, miłość czyli Marian Hemar i Fryderyk Járosy. Rozmowa z Anną Mieszkowską.

 


 

Wydaje się, że temat miłości i przyjaźni już został wyczerpany, że powiedziano już wszystko, a przecież każdy z nas przeżywa te uczucia na nowo, wyjątkowo. Kto jak nie poeci i artyści umieją wyrażać uczucia najpiękniej? Kim może być poeta i artysta, który cudownie ujmuje miłość w rytmiczne słowa? Czy ktoś taki - wrażliwy i emocjonalny umie kochać pełniej i piękniej?


O romansach artystycznej sfery dwudziestolecia międzywojennego mówiono chętnie. Stanowiło to swojego rodzaju atrakcję nie tylko lokalnej społeczności. Im sławniejsze nazwisko, tym uważniej obserwowano jego życie prywatne i chciwie chwytano plotki. Romansy, romansiki, flirty, miłość rozpalały wyobraźnię zwykłych ludzi. Jakie było ono naprawdę. Dzięki wieloletniej pracy historyków życie zbladłych gwiazd nie odchodzi całkowicie w zapomnienie.




Pani Anna Mieszkowska, pisarka, historyk teatru, dokumentalistka zgodziła się uchylić rąbka tajemnicy prywatnego życia Mariana Hemara i jego równie sławnego przyjaciela Fryderyka Járosego.






Zdjęcie: Marian Hemar - autor przedwojennego kabaretu Qui pro quo, w środku legendarny konferansjer Fryderyk Járosy; fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe





W 1935 roku, w teatrzyku Cyrulik Warszawski, Fryderyk Járosy wykonywał piosenkę Mariana Hemara pt. „A ja nic tylko ty” do pięknej muzyki Edwarda Straussa. Była śpiewana w duecie z Leną Żelichowską. Piosenka cieszyła się dużym powodzeniem. Nie tylko dlatego, że była wesoła i krotochwilna, ale również opisywała odwieczną walkę płci. Piosenka demaskująca śmiesznostki kobiety i mężczyzny, ale także traktująca o wzajemnych, intymnych relacjach kochanków. To chyba było odważne wyznanie. Jaki zatem był stosunek F. Járosyego do kobiet, czy taki jak w piosence?


http://youtu.be/1Ic49MhFdSk






A. M: Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przypomnieć co jest treścią tego uroczego utworu. Mamy na scenie parę. Pan jest wyraźnie znudzony namolnością damy, która wciąż powtarza: A ja nic, tylko ty… Bo ona za nim nie widzi świata… I zasypuje partnera lawiną propozycji spędzenia wieczoru, na które on odpowiada lekceważąco: nie mam ochoty, nie mam czasu, nie mam pieniędzy… Autor słów nazywa bohatera piosenki mistrzem cierpliwości. A puentą jest jego dramatyczny okrzyk: Ludzie ratujcie mnie! Coś musiało być prawdą w tej przedstawionej sytuacji, Hemar miał znakomite oko i ucho na realia z życia i znakomicie potrafił to przedstawić w swoich piosenkach i skeczach. Fryderyk Járosy cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. A właściwie cieszy się nim nadał, mimo iż od jego śmierci upłynęło ponad pół wieku. W historii teatru, kabaretu zapisał się nie tylko jako aktor, reżyser, konferansjer, ale przede wszystkim uwodziciel publiczności. Mówiło się w Warszawie, że współpraca z Járosym przynosi szczęście! Że był czarodziejem, który potrafił ze słabego nieraz tekstu stworzyć kreację dla wykonawcy.




Kim był Wielki Fryderyk; bezwzględnym łamaczem kobiecych serc, koneserem, opiekunem, bo na pewno nie przykładem dobrego męża? Jak kochał F.J.?




A.M.: Odpowiem tak: wiedział, jak zdobyć kobietę, to na pewno. Ale wcale nie był zainteresowany dłuższym utrzymaniem związku… Dzisiaj mógłby zostać posądzony o uzależnienie od seksu. Był lojalny w przyjaźni, ale i dla miłości, która przeminęła. Jego dwa zachowane listy do Ordonki z 1947 roku powinny się znaleźć w kanonie listów miłosnych, pisanych po latach…






 







 








podpis: ze zbiorów Anny Mieszkowskiej, ogłoszone w publikacjach: "Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu" (Muza 2005), "Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny" (Muza 2007), "Jestem Jarosy! Zawsze ten sam..." (Muza 2008).






A jaki był w codziennym życiu?




A.M.: Wcale nie taki łatwy, jakby to się mogło wydawać. Najwięcej wiem o nim od Stefanii Górskiej, z którą był aż dziewięć lat! Najsłynniejsze jego partnerki życiowe ze środowiska kabaretowego to w kolejności: Ordonka, Górska i Zofia Terné. Najkrócej był z Hanką Ordonówną, z ostatnią partnerką rozdzieliła go wojna. Oboje zostali aresztowani 24 października 1939 przez gestapo. Ją po tygodniu Niemcy zwolnili i odstawili do granicy wschodniej, skąd pojechała do rodzinnego Równego, następnie do Lwowa itd.. Jego przetrzymywano w kilku więzieniach: w alei Szucha i na Daniłowiczowskiej aż pół roku. Okupant chciał, aby założył teatrzyk rewiowy dla Niemców… Po ucieczce z gestapo zjawił się u rodziców Górskiej. Ona skontaktowała go ze Stefanią Grodzieńska i Jerzym Jurandotem, którzy uznali iż najbezpieczniej będzie dla niego w … getcie. Przebywał tam aż do końca czerwca 1942 roku. Stafania Górska opowiadała, że był to „mężczyzna na romans a nie na życie”. Do szału doprowadzała ją jego pedanteria i pilnowanie czystości. Miał wszystko poukładane, począwszy od papierów, których nie wolno było ruszać, na garderobie kończąc. Byli parą dziewięć lat ale nie mieszkali razem. On opłacał dla niej osobne mieszkanie. Męczył go jej bałagan i brak zorganizowania. Z innymi partnerkami też raczej nie mieszkał…















Nicea 1926 r Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy






Miał żonę i dzieci za granicą, rzadko się z nimi widywał, a mimo to nie rozwiódł się. Był w stałych, można powiedzieć, oficjalnych związkach w Polsce, zawsze z artystkami. Czasem płynnie przechodził z jednego związku w drugi, co narażało go na nieprzyjemności ze strony pań uzurpujących sobie prawo do niego. Odnoszę wrażenie, że tak naprawdę nie oddawał się związkowi bez reszty, a jego miłość była kontrolowana.




A. M. : Jedyną żoną Fryderyka Járosy’ego była Natalia von Wrotnowski, Rosjanka z pochodzenia. Arystokratka z najwyższej półki! Pobrali się w Monachium w 1912 roku. Dzieci było dwoje: córka, Marina, którą poznałam i młodszy dwa lata syn Andrzej. Po urodzeniu drugiego dziecka, po dramatycznej ucieczce z rewolucyjnej Rosji do Berlina, Natalia zachorowała na tarczycę, przeszła ciężką operację, która wytrąciła ją z równowagi na wiele lat. Fryderyk jeszcze w Rosji romansował z przyjaciółką żony, sławną aktorką Olgą Czechową. W Berlinie, w którym mieszkał w latach 1919-1924 żył z obiema paniami w dwóch różnych mieszkaniach. Ten związek z Olgą skończył się, gdy przyjechał do Warszawy na gościnne występy z teatrzykiem rosyjskich emigrantów Niebieski Ptak. Czechowa była już wówczas znaną filmową aktorką. Gdy odwiedziła Warszawę w latach trzydziestych, spotkali się, Fryderyk miał jej zdjęcie na nocnym stoliku w sypialni warszawskiego mieszkania. Ostatni raz widzieli się w Los Angeles w 1952 roku z inicjatywy Konrada Toma i Henryka Warsa. Rozwód z Natalią był wykluczony. W jej sferze rozwodów nie było! Chociaż istniała tolerancja dla takich podwójnych związków… Do wybuchu drugiej wojny światowej, Járosy wysyłał żonie i dzieciom spore sumy pieniędzy na ich utrzymanie. Po wojnie jego sytuacja materialna była dramatyczna. Po przeżyciach wojennych w Polsce, i w obozie w koncentracyjnym w Buchenwaldzie, stracił zdrowie. Żył wśród polskiej emigracji w Londynie, pracując między innymi na nocnej zmianie w fabryce ciastek.




Pamięć o Marianie Hemarze przycichła, choć jego piosenki wciąż nucą nowe pokolenia. Często bez wiedzy o ich autorze. Kto nie zna „Wąsik, ach ten wąsik”, „Czy ty wiesz moja mała”, „Upić się warto”, „Czy paniMarta jest grzechu warta”, „Pamiętaj o tym wnuku” i wiele innych. Zaraz po wybuchu wojny Hemar musiał uciekać za granicę, do Rumunii. Od samego początku był ścigany przez okupanta za piosenkę satyryczną wyśmiewającą Hitlera. Jednocześnie skończyło się jego dotychczasowe życie wypełnione kulturą szczęśliwego przedwojnia. Samotność wygnania tym bardziej była dla niego dojmująca, że wcześniej otaczał się wybranymi przyjaciółmi i kochanymi kobietami. Fryderyk Járosy był jednym z jego najbliższych współpracowników. Czy ta przyjaźń, była szorstką, na granicy rywalizacji?




A.M.: Przed wojną mocniejszą pozycję miał Járosy, był dyrektorem teatru, reżyserem programów, do których Hemar pisał teksty. W spuściźnie Fryderyka zachował się jedyny list Hemara pisany tuż po wojnie już w 1945 roku. Był odpowiedzią na propozycję powojennej współpracy… Obaj przyjaciele stracili ze sobą kontakt na długie pięć lat. Nic o sobie nie wiedzieli. Járosy nie domyślał się nawet, że dawny autor tekstów w jego przedstawieniach w czasie wojny awansował na niezależnego twórcę. Hemar od 1942 roku mieszkał w Londynie i sam pisał, reżyserował i zapowiadał własne programy. Przed 1939 rokiem rywalizacja między nimi na pewno była, ale raczej bez agresji. Byli obaj z jednego świata kabaretu, w którym niemal wszystko, co robili było doskonałe. Od 1946 roku, w Londynie sytuacja się zmieniła. To Hemar zaprosił dawnego dyrektora teatru jako TYLKO wykonawcę do swojego programu… Raz!




Obaj Panowie lokowali swe uczucia, jak Pani potwierdziła, w artystkach. To ich łączyło. Czy to znaczy, że uwielbiali te same kobiety, że tak samo kochali?




A.M.: Obaj kochali się w kobietach z teatru. Hemar zakochał się Mirze Zimińskiej i Marii Modzelewskiej, która dla niego porzuciła męża, znakomitego malarza Stefana Norblina. Norblin później ożenił się z Leną Żelichowską, i uciekli z Polski razem z Hemarem jego samochodem… Dla obu tych pań napisał wiele dobrych, lirycznych piosenek. Młodzieńczą sympatią Hemara, jeszcze ze Lwowa była Janina Romanówna, dla której napisał przepiękną piosenkę „To ta pierwsza miłość”. Ciekawostka: po wojnie żoną Hemara została tancerka amerykańska, duńskiego pochodzenia Carol Ann Eric. Ożenił się z nią w Londynie, nie mając rozwodu z Modzelewską. Popełnił bigamię. Nie tyle z miłości do Cai, co z zemsty na Marii…




Ktoś, kto pisał takie piękne piosenki o miłości, ktoś kto tak lirycznie wyrażał uczucia musiał kochać pięknie i niezwykle...a może nie było tak różowo w zwykłym życiu?




A.M.: Jak wspomniałam już Fryderyk Járosy, uroczy na scenie i w towarzystwie, w codziennym pożyciu był partnerem raczej trudnym. Poza tym Fryderyk nie był gościnny, nie zachowały się wspomnienia z przyjęć u niego w domu. Nigdy nie zapraszał do siebie gości. Hemar odwrotnie. Nie uwodził w towarzystwie pań. Miał kompleks z powodu niskiego wzrostu i opinię raczej nieatrakcyjnego mężczyzny. Za to był wspaniałym mężem zarówno dla Marii Modzelewskiej (która go porzuciła we wrześniu 1939, wyjeżdżając z przyjacielem), jak i dla Cai, z którą byli małżeństwem ponad 25 lat. Ich przyjaciele w Wielkiej Brytanii pamiętali, że to Hemar był gospodarzem domu. Dbał o ogród, ciągle coś remontował i przerabiał, uwielbiał gotować i to dla dużej grupy gości. Kilka razy w roku wydawał przyjęcia, które zapisały się w kronikach emigracyjnego życia kulturalnego. Ostatnią towarzyszką życia Fryderyka Járosyego była Janina Wojciechowska, kobieta „z publiczności, bez cienia szminki”, ale to ona stworzyła mu skromny, ale wygodny dom w okresie londyńskim. Nigdzie razem nie bywali, nie pokazywali się wspólnie. Różne były tego powody. W 1945 roku stało się coś przedziwnego. Zofia Terné, gdy dowiedziała się, że Fryderyk żyje i działa w Brukseli, porzuciła swoich przyjaciół w teatrze Drugiego Korpusu i przyjechała do jego żołnierskiego teatrzyku, który stworzył pod dawną nazwą Cyrulik Warszawski. Jakiś czas razem jeszcze występowali, on bardzo ładnie ją zapowiadał, ale prywatnie nie zeszli się ponownie. Wybrał Janinę… Zofia po kilku latach ułożyła sobie życie prywatne, wychodząc za mąż za malarza Stanisława Mikułę.












Próby w Radiu Wolna Europa, Włada Majewska i Marian Hemar 






Marian Hemar przed wojną żył obok wielkich sław teatru i kabaretu, znany tylko jako autor tekstów. Po wojnie reżyserował, był konferansjerem, czasem wykonawcą własnych piosenek. Podobno był niecierpliwy, nerwowy, a w pracy teatralnej nawet despotyczny. Budził uwielbienie, ale i niechęć. Która z piosenek Mariana Hemara oddaje najlepiej jego charakter i temperament. Którą by Pani wybrała wiedząc tyle o tym autorze?




A.M. : To bardzo dobre, ale i trudne pytanie. Marian Hemar przedwojenny i powojenny to dwie różne osoby. Do 1939 roku napisał setki lirycznych piosenek, w których nie ukrywał swego kochliwego charakteru. Podkreślał, że te najlepsze szlagiery pisał, gdy był nieszczęśliwie zakochany… Gdyby wziął te teksty pod lupę dobry psycholog, powiedziałby nam dużo o Hemarze jako o wrażliwym mężczyźnie i słabym człowieku. W każdej piosence miłosnej jest opisany jakiś dramat, kokieteria niespełnionym uczuciem, rozczarowanie, żal, tęsknota itd. Podaję tytuły tych moim zdaniem najpiękniejszych: „Za dawno, za dobrze się znamy” (dlatego nie trzeba nam słów, słyszę, co mówisz milczeniem swem, że chcesz już odejść, i tak to wiem. Milczeniem się z sobą żegnamy, ten uśmiech to koniec i kres. Nic już nie mówię – widzisz słów mi brak. A zresztą ty wiesz to i tak…). „To ta pierwsza miłość” ( która kończy się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle…).




„Nadejdąkiedyś takie dni” (będziemyobok siebie szli…). „Kogo nasza miłość obchodzi” (tylkociebie i mnie…). „Czyty wiesz moja mała” (żeto straszny jest żart, żeś mnie tak zapomniała, jakbym nic niebył wart).  No i koniecznie trzeba znać i nucić „Pensylwanię” i „Wspomnijmnie” z premiery przedstawienia „Artyści” w Teatrze Polskim w 1929 roku. Ale nie można nie pamiętać o jeszcze jednym przeboju napisanym (jak dwa ostatnie!) dla Marii Modzelewskiej do przepięknej muzyki Gershwina „Człowiek, którego kocham”, w której to piosence jest zapowiedź osobistego dramatu ich obojga… Nie zdradzę tekstu, proszę go szukać…




Ale gdzie?




A. M. : Chociażby w ogłoszonym przeze mnie i Władę Majewską albumie piosenek i skeczy Mariana Hemara „Za dawno, za dobrze się znamy”. Są tam także piosenki powojenne, londyńskie. A wśród nich ta, która najlepiej opowiada o niełatwym charakterze jej autora: „Noc świętojańska”, w której Janina Jasińska śpiewała:




Tu w fotelu abażur i cień,




My pod lampą i tak, jak co dzień –




Ty w fotelu z gazetą – a ja,




Jak co noc i jak co dnia.




Czem zajęta? To tamtem – to tem –




Patrzę w ciemność za oknem i wiem,




Że to wszystko właściwie – nie to




O co kiedyś nam w życiu szło…





Pani Anno z pewnością poszukam. Jestem ogromnie wdzięczna za piękną opowieść- serdecznie dziękuję za rozmowę .







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...