Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2014

Zrozumieć przedwojenne kino.

 

[caption id="attachment_911" align="aligncenter" width="392"]Screenshot_3 Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych[/caption]

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.


Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.


Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?


Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.


Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.










Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.




[caption id="attachment_912" align="aligncenter" width="211"]Screenshot_1 Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl[/caption]

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.


Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.


A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.




[caption id="attachment_914" align="aligncenter" width="672"]94c51b5661 Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie "Dwie Joasie". Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności[/caption]

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.




[caption id="attachment_915" align="alignnone" width="625"]Pola_Negri_fot_Hulton_5851916 Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl [/caption]

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.


Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.


Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.


http://youtu.be/ixQFgM7Xryo


Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.


http://youtu.be/W5iNIReCaD8?t=3m28s


W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projekt„Konserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.


Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.


Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



http://youtu.be/0NXVJSiBlLw


piątek, 19 września 2014

Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001


Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.


Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.


Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.


Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.


Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.


Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.


Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.


Screenshot_2

sobota, 2 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.


Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.


Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.


Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.


Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”


Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.


Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.


http://youtu.be/wBBoFjUDSjA


Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.


Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Trubadur powstańczy-Mieczysław Fogg


M. Fogg
Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.
Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.
Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławny chórze Dana.
Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.
Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno 104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”
Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.
Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował tą właśnie piosenkę Mieczysławowi Foggowi.
http://youtu.be/wBBoFjUDSjA

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.
Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

niedziela, 18 maja 2014

Jak napisano "Czerwone Maki"

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

"Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli "za Polskę się bić".  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich - mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew...

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!...

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu."

http://youtu.be/YQRz1nSt9Cw

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: "Była sobie piosenka" Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

Jak powstały "Czerwone Maki"

czerwone Maki
W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.
"Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli "za Polskę się bić".  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich - mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.
Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:
Czerwone Maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły Polską krew...
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni!...
I tylko maki na Monte Casono
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!
W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu."



zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Poski 1942-45, www.kresy-siberia.org
cytat z książki: "Była sobie piosenka" Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

środa, 11 grudnia 2013

"Za dawno, za dobrze się znamy"- przyjaźń, życie, miłość czyli Marian Hemar i Fryderyk Járosy. Rozmowa z Anną Mieszkowską.

 


 

Wydaje się, że temat miłości i przyjaźni już został wyczerpany, że powiedziano już wszystko, a przecież każdy z nas przeżywa te uczucia na nowo, wyjątkowo. Kto jak nie poeci i artyści umieją wyrażać uczucia najpiękniej? Kim może być poeta i artysta, który cudownie ujmuje miłość w rytmiczne słowa? Czy ktoś taki - wrażliwy i emocjonalny umie kochać pełniej i piękniej?


O romansach artystycznej sfery dwudziestolecia międzywojennego mówiono chętnie. Stanowiło to swojego rodzaju atrakcję nie tylko lokalnej społeczności. Im sławniejsze nazwisko, tym uważniej obserwowano jego życie prywatne i chciwie chwytano plotki. Romansy, romansiki, flirty, miłość rozpalały wyobraźnię zwykłych ludzi. Jakie było ono naprawdę. Dzięki wieloletniej pracy historyków życie zbladłych gwiazd nie odchodzi całkowicie w zapomnienie.




Pani Anna Mieszkowska, pisarka, historyk teatru, dokumentalistka zgodziła się uchylić rąbka tajemnicy prywatnego życia Mariana Hemara i jego równie sławnego przyjaciela Fryderyka Járosego.






Zdjęcie: Marian Hemar - autor przedwojennego kabaretu Qui pro quo, w środku legendarny konferansjer Fryderyk Járosy; fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe





W 1935 roku, w teatrzyku Cyrulik Warszawski, Fryderyk Járosy wykonywał piosenkę Mariana Hemara pt. „A ja nic tylko ty” do pięknej muzyki Edwarda Straussa. Była śpiewana w duecie z Leną Żelichowską. Piosenka cieszyła się dużym powodzeniem. Nie tylko dlatego, że była wesoła i krotochwilna, ale również opisywała odwieczną walkę płci. Piosenka demaskująca śmiesznostki kobiety i mężczyzny, ale także traktująca o wzajemnych, intymnych relacjach kochanków. To chyba było odważne wyznanie. Jaki zatem był stosunek F. Járosyego do kobiet, czy taki jak w piosence?


http://youtu.be/1Ic49MhFdSk






A. M: Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przypomnieć co jest treścią tego uroczego utworu. Mamy na scenie parę. Pan jest wyraźnie znudzony namolnością damy, która wciąż powtarza: A ja nic, tylko ty… Bo ona za nim nie widzi świata… I zasypuje partnera lawiną propozycji spędzenia wieczoru, na które on odpowiada lekceważąco: nie mam ochoty, nie mam czasu, nie mam pieniędzy… Autor słów nazywa bohatera piosenki mistrzem cierpliwości. A puentą jest jego dramatyczny okrzyk: Ludzie ratujcie mnie! Coś musiało być prawdą w tej przedstawionej sytuacji, Hemar miał znakomite oko i ucho na realia z życia i znakomicie potrafił to przedstawić w swoich piosenkach i skeczach. Fryderyk Járosy cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. A właściwie cieszy się nim nadał, mimo iż od jego śmierci upłynęło ponad pół wieku. W historii teatru, kabaretu zapisał się nie tylko jako aktor, reżyser, konferansjer, ale przede wszystkim uwodziciel publiczności. Mówiło się w Warszawie, że współpraca z Járosym przynosi szczęście! Że był czarodziejem, który potrafił ze słabego nieraz tekstu stworzyć kreację dla wykonawcy.




Kim był Wielki Fryderyk; bezwzględnym łamaczem kobiecych serc, koneserem, opiekunem, bo na pewno nie przykładem dobrego męża? Jak kochał F.J.?




A.M.: Odpowiem tak: wiedział, jak zdobyć kobietę, to na pewno. Ale wcale nie był zainteresowany dłuższym utrzymaniem związku… Dzisiaj mógłby zostać posądzony o uzależnienie od seksu. Był lojalny w przyjaźni, ale i dla miłości, która przeminęła. Jego dwa zachowane listy do Ordonki z 1947 roku powinny się znaleźć w kanonie listów miłosnych, pisanych po latach…






 







 








podpis: ze zbiorów Anny Mieszkowskiej, ogłoszone w publikacjach: "Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu" (Muza 2005), "Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny" (Muza 2007), "Jestem Jarosy! Zawsze ten sam..." (Muza 2008).






A jaki był w codziennym życiu?




A.M.: Wcale nie taki łatwy, jakby to się mogło wydawać. Najwięcej wiem o nim od Stefanii Górskiej, z którą był aż dziewięć lat! Najsłynniejsze jego partnerki życiowe ze środowiska kabaretowego to w kolejności: Ordonka, Górska i Zofia Terné. Najkrócej był z Hanką Ordonówną, z ostatnią partnerką rozdzieliła go wojna. Oboje zostali aresztowani 24 października 1939 przez gestapo. Ją po tygodniu Niemcy zwolnili i odstawili do granicy wschodniej, skąd pojechała do rodzinnego Równego, następnie do Lwowa itd.. Jego przetrzymywano w kilku więzieniach: w alei Szucha i na Daniłowiczowskiej aż pół roku. Okupant chciał, aby założył teatrzyk rewiowy dla Niemców… Po ucieczce z gestapo zjawił się u rodziców Górskiej. Ona skontaktowała go ze Stefanią Grodzieńska i Jerzym Jurandotem, którzy uznali iż najbezpieczniej będzie dla niego w … getcie. Przebywał tam aż do końca czerwca 1942 roku. Stafania Górska opowiadała, że był to „mężczyzna na romans a nie na życie”. Do szału doprowadzała ją jego pedanteria i pilnowanie czystości. Miał wszystko poukładane, począwszy od papierów, których nie wolno było ruszać, na garderobie kończąc. Byli parą dziewięć lat ale nie mieszkali razem. On opłacał dla niej osobne mieszkanie. Męczył go jej bałagan i brak zorganizowania. Z innymi partnerkami też raczej nie mieszkał…















Nicea 1926 r Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy






Miał żonę i dzieci za granicą, rzadko się z nimi widywał, a mimo to nie rozwiódł się. Był w stałych, można powiedzieć, oficjalnych związkach w Polsce, zawsze z artystkami. Czasem płynnie przechodził z jednego związku w drugi, co narażało go na nieprzyjemności ze strony pań uzurpujących sobie prawo do niego. Odnoszę wrażenie, że tak naprawdę nie oddawał się związkowi bez reszty, a jego miłość była kontrolowana.




A. M. : Jedyną żoną Fryderyka Járosy’ego była Natalia von Wrotnowski, Rosjanka z pochodzenia. Arystokratka z najwyższej półki! Pobrali się w Monachium w 1912 roku. Dzieci było dwoje: córka, Marina, którą poznałam i młodszy dwa lata syn Andrzej. Po urodzeniu drugiego dziecka, po dramatycznej ucieczce z rewolucyjnej Rosji do Berlina, Natalia zachorowała na tarczycę, przeszła ciężką operację, która wytrąciła ją z równowagi na wiele lat. Fryderyk jeszcze w Rosji romansował z przyjaciółką żony, sławną aktorką Olgą Czechową. W Berlinie, w którym mieszkał w latach 1919-1924 żył z obiema paniami w dwóch różnych mieszkaniach. Ten związek z Olgą skończył się, gdy przyjechał do Warszawy na gościnne występy z teatrzykiem rosyjskich emigrantów Niebieski Ptak. Czechowa była już wówczas znaną filmową aktorką. Gdy odwiedziła Warszawę w latach trzydziestych, spotkali się, Fryderyk miał jej zdjęcie na nocnym stoliku w sypialni warszawskiego mieszkania. Ostatni raz widzieli się w Los Angeles w 1952 roku z inicjatywy Konrada Toma i Henryka Warsa. Rozwód z Natalią był wykluczony. W jej sferze rozwodów nie było! Chociaż istniała tolerancja dla takich podwójnych związków… Do wybuchu drugiej wojny światowej, Járosy wysyłał żonie i dzieciom spore sumy pieniędzy na ich utrzymanie. Po wojnie jego sytuacja materialna była dramatyczna. Po przeżyciach wojennych w Polsce, i w obozie w koncentracyjnym w Buchenwaldzie, stracił zdrowie. Żył wśród polskiej emigracji w Londynie, pracując między innymi na nocnej zmianie w fabryce ciastek.




Pamięć o Marianie Hemarze przycichła, choć jego piosenki wciąż nucą nowe pokolenia. Często bez wiedzy o ich autorze. Kto nie zna „Wąsik, ach ten wąsik”, „Czy ty wiesz moja mała”, „Upić się warto”, „Czy paniMarta jest grzechu warta”, „Pamiętaj o tym wnuku” i wiele innych. Zaraz po wybuchu wojny Hemar musiał uciekać za granicę, do Rumunii. Od samego początku był ścigany przez okupanta za piosenkę satyryczną wyśmiewającą Hitlera. Jednocześnie skończyło się jego dotychczasowe życie wypełnione kulturą szczęśliwego przedwojnia. Samotność wygnania tym bardziej była dla niego dojmująca, że wcześniej otaczał się wybranymi przyjaciółmi i kochanymi kobietami. Fryderyk Járosy był jednym z jego najbliższych współpracowników. Czy ta przyjaźń, była szorstką, na granicy rywalizacji?




A.M.: Przed wojną mocniejszą pozycję miał Járosy, był dyrektorem teatru, reżyserem programów, do których Hemar pisał teksty. W spuściźnie Fryderyka zachował się jedyny list Hemara pisany tuż po wojnie już w 1945 roku. Był odpowiedzią na propozycję powojennej współpracy… Obaj przyjaciele stracili ze sobą kontakt na długie pięć lat. Nic o sobie nie wiedzieli. Járosy nie domyślał się nawet, że dawny autor tekstów w jego przedstawieniach w czasie wojny awansował na niezależnego twórcę. Hemar od 1942 roku mieszkał w Londynie i sam pisał, reżyserował i zapowiadał własne programy. Przed 1939 rokiem rywalizacja między nimi na pewno była, ale raczej bez agresji. Byli obaj z jednego świata kabaretu, w którym niemal wszystko, co robili było doskonałe. Od 1946 roku, w Londynie sytuacja się zmieniła. To Hemar zaprosił dawnego dyrektora teatru jako TYLKO wykonawcę do swojego programu… Raz!




Obaj Panowie lokowali swe uczucia, jak Pani potwierdziła, w artystkach. To ich łączyło. Czy to znaczy, że uwielbiali te same kobiety, że tak samo kochali?




A.M.: Obaj kochali się w kobietach z teatru. Hemar zakochał się Mirze Zimińskiej i Marii Modzelewskiej, która dla niego porzuciła męża, znakomitego malarza Stefana Norblina. Norblin później ożenił się z Leną Żelichowską, i uciekli z Polski razem z Hemarem jego samochodem… Dla obu tych pań napisał wiele dobrych, lirycznych piosenek. Młodzieńczą sympatią Hemara, jeszcze ze Lwowa była Janina Romanówna, dla której napisał przepiękną piosenkę „To ta pierwsza miłość”. Ciekawostka: po wojnie żoną Hemara została tancerka amerykańska, duńskiego pochodzenia Carol Ann Eric. Ożenił się z nią w Londynie, nie mając rozwodu z Modzelewską. Popełnił bigamię. Nie tyle z miłości do Cai, co z zemsty na Marii…




Ktoś, kto pisał takie piękne piosenki o miłości, ktoś kto tak lirycznie wyrażał uczucia musiał kochać pięknie i niezwykle...a może nie było tak różowo w zwykłym życiu?




A.M.: Jak wspomniałam już Fryderyk Járosy, uroczy na scenie i w towarzystwie, w codziennym pożyciu był partnerem raczej trudnym. Poza tym Fryderyk nie był gościnny, nie zachowały się wspomnienia z przyjęć u niego w domu. Nigdy nie zapraszał do siebie gości. Hemar odwrotnie. Nie uwodził w towarzystwie pań. Miał kompleks z powodu niskiego wzrostu i opinię raczej nieatrakcyjnego mężczyzny. Za to był wspaniałym mężem zarówno dla Marii Modzelewskiej (która go porzuciła we wrześniu 1939, wyjeżdżając z przyjacielem), jak i dla Cai, z którą byli małżeństwem ponad 25 lat. Ich przyjaciele w Wielkiej Brytanii pamiętali, że to Hemar był gospodarzem domu. Dbał o ogród, ciągle coś remontował i przerabiał, uwielbiał gotować i to dla dużej grupy gości. Kilka razy w roku wydawał przyjęcia, które zapisały się w kronikach emigracyjnego życia kulturalnego. Ostatnią towarzyszką życia Fryderyka Járosyego była Janina Wojciechowska, kobieta „z publiczności, bez cienia szminki”, ale to ona stworzyła mu skromny, ale wygodny dom w okresie londyńskim. Nigdzie razem nie bywali, nie pokazywali się wspólnie. Różne były tego powody. W 1945 roku stało się coś przedziwnego. Zofia Terné, gdy dowiedziała się, że Fryderyk żyje i działa w Brukseli, porzuciła swoich przyjaciół w teatrze Drugiego Korpusu i przyjechała do jego żołnierskiego teatrzyku, który stworzył pod dawną nazwą Cyrulik Warszawski. Jakiś czas razem jeszcze występowali, on bardzo ładnie ją zapowiadał, ale prywatnie nie zeszli się ponownie. Wybrał Janinę… Zofia po kilku latach ułożyła sobie życie prywatne, wychodząc za mąż za malarza Stanisława Mikułę.












Próby w Radiu Wolna Europa, Włada Majewska i Marian Hemar 






Marian Hemar przed wojną żył obok wielkich sław teatru i kabaretu, znany tylko jako autor tekstów. Po wojnie reżyserował, był konferansjerem, czasem wykonawcą własnych piosenek. Podobno był niecierpliwy, nerwowy, a w pracy teatralnej nawet despotyczny. Budził uwielbienie, ale i niechęć. Która z piosenek Mariana Hemara oddaje najlepiej jego charakter i temperament. Którą by Pani wybrała wiedząc tyle o tym autorze?




A.M. : To bardzo dobre, ale i trudne pytanie. Marian Hemar przedwojenny i powojenny to dwie różne osoby. Do 1939 roku napisał setki lirycznych piosenek, w których nie ukrywał swego kochliwego charakteru. Podkreślał, że te najlepsze szlagiery pisał, gdy był nieszczęśliwie zakochany… Gdyby wziął te teksty pod lupę dobry psycholog, powiedziałby nam dużo o Hemarze jako o wrażliwym mężczyźnie i słabym człowieku. W każdej piosence miłosnej jest opisany jakiś dramat, kokieteria niespełnionym uczuciem, rozczarowanie, żal, tęsknota itd. Podaję tytuły tych moim zdaniem najpiękniejszych: „Za dawno, za dobrze się znamy” (dlatego nie trzeba nam słów, słyszę, co mówisz milczeniem swem, że chcesz już odejść, i tak to wiem. Milczeniem się z sobą żegnamy, ten uśmiech to koniec i kres. Nic już nie mówię – widzisz słów mi brak. A zresztą ty wiesz to i tak…). „To ta pierwsza miłość” ( która kończy się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle…).




„Nadejdąkiedyś takie dni” (będziemyobok siebie szli…). „Kogo nasza miłość obchodzi” (tylkociebie i mnie…). „Czyty wiesz moja mała” (żeto straszny jest żart, żeś mnie tak zapomniała, jakbym nic niebył wart).  No i koniecznie trzeba znać i nucić „Pensylwanię” i „Wspomnijmnie” z premiery przedstawienia „Artyści” w Teatrze Polskim w 1929 roku. Ale nie można nie pamiętać o jeszcze jednym przeboju napisanym (jak dwa ostatnie!) dla Marii Modzelewskiej do przepięknej muzyki Gershwina „Człowiek, którego kocham”, w której to piosence jest zapowiedź osobistego dramatu ich obojga… Nie zdradzę tekstu, proszę go szukać…




Ale gdzie?




A. M. : Chociażby w ogłoszonym przeze mnie i Władę Majewską albumie piosenek i skeczy Mariana Hemara „Za dawno, za dobrze się znamy”. Są tam także piosenki powojenne, londyńskie. A wśród nich ta, która najlepiej opowiada o niełatwym charakterze jej autora: „Noc świętojańska”, w której Janina Jasińska śpiewała:




Tu w fotelu abażur i cień,




My pod lampą i tak, jak co dzień –




Ty w fotelu z gazetą – a ja,




Jak co noc i jak co dnia.




Czem zajęta? To tamtem – to tem –




Patrzę w ciemność za oknem i wiem,




Że to wszystko właściwie – nie to




O co kiedyś nam w życiu szło…





Pani Anno z pewnością poszukam. Jestem ogromnie wdzięczna za piękną opowieść- serdecznie dziękuję za rozmowę .







wtorek, 12 listopada 2013

Bezwarunkowa

(materiał powtórzony)


W naszych czasach bardzo łatwo jest uzyskać miano szaleńca czy oszołoma. Wystarczy, że zrobi się coś innego niż wszyscy, lub coś co według powszechnej opinii jest głupie, czy wstydliwe.

*

Ten początek wakacji i zakończenie roku szkolnego był tak samo nudny jak i każdy inny. Podziękowania, rozdawanie świadectw i tak dalej. Wiadomo jednak, że na początek każdej uroczystości, jest część bardzo oficjalna. Śpiewany jest hymn. Modą jest, całkiem dla mnie niezrozumiałą, żeby hymn Polski nie śpiewać lecz burczeć pod nosem z niechęcią.

Rodzicie, którzy przyszli na zakończenie roku szkolnego zachowywali się podobnie. Komenda -do hymnu- nie zrobiła na nich większego wrażenia. Młode mamy w ferworze dyskusji i oglądania się na boki, w poszukiwaniu obiektu do dyskusji, nawet nie zauważyły wezwania dyrektora.
Panowie stali z rękami w kieszeni, inne kobiety siedziały, zainteresowane zdjęciami, które właśnie zrobiły.
Generalnie, nikt z dorosłych nie zauważył, że śpiewany jest nasz dumny Hymn Narodowy, który kiedyś śpiewano z zapartym tchem i pełną piersią. Tak się zmieniły czasy.

Ale co z tym oszołomem? Ano nic. Sympatyczne mamy nareszcie znalazły sobie wdzięczny obiekt na „tapetę” w mojej osobie. Powodem było moje dziwaczne zachowanie. W czasie hymnu stałam na baczność i śpiewałam. Nie jakoś wyzywająco- tak po prostu. Jednak spotkałam się z drwiącymi uśmieszkami osób dookoła.

W tym momencie nasunął mi się obraz: amerykański mecz piłki , przed którym wszyscy na trybunach wstają, mężczyźni zdejmują czapki ( niejednokrotnie ciężkie, bo z pojemnikami piwa), składają je na piersi i śpiewają głośno, wyraźnie i dumnie. Można mieć ich za wzór obywatelskich postaw.

A u nas? Naród tak ciężko doświadczany, walczący o przetrwanie nareszcie mógłby śpiewać, ale już nie chce. No więc ja jestem oszołomem, bo chcę.
*

Jest to paradoks na skalę światową. Co w nas takiego drzemie, że ten kraj pełen jest sprzeczności i przekory. Tyle lat zajęło nam wywalczenia sobie tożsamości, przywilejów i demokracji, a kiedy już to wszystko jest, to z tego nie korzystamy.
*

Przywilej głosowania w niezależnych wyborach jest najwyższym osiągnięciem demokracji. U nas, całkiem od niedawna. Z tego przywileju aż chciałoby się korzystać, również w poczuciu obowiązku wobec państwa, w którym przyszło żyć.

Za to głosowanie poza miejscem zamieszkania wymaga nie tylko chęci, ale i determinacji. Wszystko jak zwykle przez skrzeczącą rzeczywistość. Kolejki w urzędach do okienka, gdzie wydaje się zaświadczenia są podobne do tych w mięsnych lat osiemdziesiątych, kiedy spodziewano się, że rzucą polędwicę.
Wielu z potencjalnych wyborców to zniechęca, czemu się absolutnie nie dziwię. Podejrzewam, że z wyjazdu nie zrezygnują, a z głosowania i owszem. Czyżby państwu nie zależało na tym by obywatele głosowali?
*

Obowiązek obywatela wobec „opiekującego„ się nim państwa jest powszechny. Stanie w kolejkach i skrzywiona twarz niezadowolonej i wyniosłej urzędniczki jest bonusem i „nagrodą” za spełnienie obywatelskiej powinności, bo inne profity trudno dojrzeć. Bo gdzie? W szpitalu, szkole, a może w urzędzie?
Wiem!! Pewnie w galerii handlowej!!
*

Analizując wielką niechęć śpiewania hymnu, dochodzę do wniosku, że jest to syndrom, rodzaj podświadomego protestu ludzi wobec otaczającej nas rzeczywistości.
Dojmujące poczucie wyzysku, braku opieki i elementarnej troski o słabych, nie pozwala na czucie się dumnym obywatelem. Trudno jest bowiem unieść się ponad codzienne życie, ku wznioślejszym wartościom, jeżeli po opłaceniu podatków i ubezpieczeń społecznych, pozostaje jedynie mała garść grosza na powszednie potrzeby.

Płacenie podatków i ubezpieczeń jest poczytywane jako przymus i nieuzasadnione zdzierstwo, bo nie wynikają z tego właściwe rodzaje państwowego rewanżu.
Poczucie, że obowiązek ten jest jednostronny, a podatki są wrzucone w kasę państwową jak w studnię bez dna, daje poczucie krzywdy, a nawet złości.
Wobec takiej argumentacji, rodzi się we mnie zrozumienie do postaw moich sfrustrowanych rodaków. Bo codzienność nazbyt ich przygniata.
*

Historia jednak dowodzi i oby nie musiała nigdy więcej, że w Polakach kotwiczy miłość bezwarunkowa. Bo łatwo jest być patriotą w czasach dobrobytu i pokoju. Śpiewać pochwalne hymny na cześć obficie karmiącej ręki. Miłość warunkowa jest prosta i nieskomplikowana, choć bardzo nietrwała i kapryśna, ale też zdrowa dla obu stron. Ona to opiera się na wzajemnym świadczeniu i homeostazie pomiędzy prawem a obowiązkiem. Jej byt warunkuje zasada: przywilej wykorzystać, obowiązek wypełnić, prawa oczekiwać.
W podstawie naszego bytu leży genetyczna miłość bezwarunkowa. W niej jest siła, ale też trudny niesprawiedliwy los. Na niej bazują rządzący. Także na tym, że nie mamy innego wyjścia, a to już jest bardzo nie w porządku.

Fot. źródło:
ourpreciouslamb.wordpres.com

czwartek, 1 sierpnia 2013

Godzina W



 Już dwa światy, inne życie, inni ludzie, jakże inne problemy.




Serca te same, wciąż młode, buntownicze, zdolne do poświęceń i chcę w to wierzyć.




Po latach tłumionej pamięci i czekaniu na sprawiedliwość historii, ta daje upust swojej racji.




Każdego historia oceni tak, jak na to zasługuje. Kto ma czyste serce, nie zadrży.




Oni nie drżeli.


 

Elegia o... (chłopcu polskim)





Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,






haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,




malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,




wyszywali wisielcami drzew płynące morze.




Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,




gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.




Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,




przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.




I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,




i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.




Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.



Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?






Krzysztof Kamil Baczyński


 


Szczęśliwa jestem, że młodzi ludzie o tej dacie tak dobrze pamiętają. Zespół Lao Che poświęcił temu wydarzeniu historycznemu swoją całą płytę Pt. „Powstanie Warszawskie”. Zachęcają młodzież do zainteresowania się tym bolesnym tematem z innej strony. W ten sposób ożywa młody duch, a „Tamci Młodzi” stają się bliscy- teraźniejsi, łatwiej wyobrażalni. To dobrze.


 

http://youtu.be/E9PnPjp6iSc

niedziela, 7 kwietnia 2013

Podłe jarzmo gorsetu-czyli historia wyzwolonej, przedwojennej mody.

Początek wieku XX przyniósł totalną rewolucję w kobiecych strojach. Rozkwitające feministyczne trendy rzuciły się także cieniem na modę, która dynamicznie rozpoczęła przemianę kobiet.
Rewolucją, w pierwszym etapie, można nazwać zrzucenie gorsetu kształtującego kibić, od wielu lat będącą zmorą mdlejących kobiet. Ten niewygodny wynalazek stał się przyczyna wielu żeńskich przypadłości począwszy od przemieszczeń narządów, do deformacji żeber i klatki piersiowej, aż po wszelakie dolegliwości gastryczne i krążeniowe.


Zrzucenie jarzma gorsetu stało się symboliczne. Kobiecość uwolniła się od twardych ograniczeń, jakie narzuciła im rola nadana przez wszech panującego dotychczas mężczyznę.


Dygresja skrajnie feministyczna i niestety prawdziwa, ale nie napisana po to by pogrążyć panów.


Mężczyźni, jak donoszą media, obecnie, mają ogromny wkład w kreowaniu damskiej mody, co dowodzi wielkiej ich mądrości i ewolucji mentalnej jaka nastąpiła w ostatnim stuleciu. Z czego cieszyć się nie tylko wypada.


 


Zaraz po rewolucji tekstylnej powstała moda lat dwudziestych. Charakterystyczne dla niej było kreowanie kobiet na wyzwolone, krótko ścięte chłopczyce, które nie dość że zrzuciły fiszbinowe okowy, ale także w ogóle zrezygnowały z podkreślania talii. Dość krótkie sukienki odkrywające dotąd schowane nogi, stały się bezsprzecznie głównym atutem tego designu.


Moda lat trzydziestych przyhamowała pęd ku maskulinizacji strojów. Kobiety ponownie wróciły do strojów, które podkreślały ich płeć. Świadome swoich walorów i siły płci, używały żeńskich przymiotów jako argumentu i poważnego atutu w dyskusji. Wiedziały doskonale gdzie leży ich siła i wykorzystywały ją bezwzględnie dla osiągnięcia zamierzonych celów. Celem tym- to się nie zmieniło od zarania- był mężczyzna.


http://youtu.be/xzo0jKR7KV0


Nurty lat trzydziestych udowodniły, że kobiety nie są w stanie zrezygnować z podkreślających urodę fatałaszków. Warto tu wspomnieć o nowo narodzonym trendzie, który wdarł się do codzienności wraz z kinematografią- kreacja modowa gwiazd. Kobiety coraz chętniej kopiowały stroje swoich kinowych ulubieńców, a aktorzy coraz śmielej ulegali firmom modowym. Zula Pogorzelska reklamowała obuwie. Eugeniusz Bodo prezentował nie tylko na zdjęciach, równie na co dzień; garnitury, krawaty, buty, Jan Kiepura stał się ikoną mody w Polsce i Niemczech. W dobrym tonie znalazło się tzw. bywanie. Gwiazdy mające kontrakty z firmami odzieżowymi pojawiały się w miejscach publicznych i prezentowały zakontraktowane stroje, najczęściej futra, bekiesze, pelisy, suknie, krawaty, obuwie. Czym się różnili od naszych współczesnych celebrytów? Niczym raczej- z wyjątkiem gustu.



Zgodnie z zaistniałym prądem zaczęto organizować coroczne bale mody, na których wybierano króla i królową mody. Sławne gwiazdy prześcigały się w kreacjach, by zdobyć ten prestiżowy tytuł. Wśród znanych nazwisk, które go otrzymały znalazły się: Eugeniusz Bodo, Maria Malicka, Karolina Lubieńska, Ina Benita, Loda Halama i wiele innych.


 


Elegancja była nieodłącznym elementem ubioru. Podczas gdy kasjer, czeladnik; mężczyzna nie rezygnował z koszuli, garnituru i krawatu (najmodniejsze były dwurzędówki i spodnie pumpy w kant), kobieta dodawała sobie elegancji kapeluszem i rękawiczkami. W zależności od pór roku kapelusze zmieniały się z filcowych „Pola Negri” po drobne toczki z boku głowy z ażurową woalką, czy zalotnym piórem, czasem kwiatem.




Szyku głowy dopełniała fryzura. Kobiety czesały się najczęściej w drobne loki misternie przypięte wokół głowy. Loki kręcono na specjalnych żelazkach. Rozgrzewane były najczęściej na piecach i co prawie niemożliwe dla młodych obecnie kobiet- bez termostatu i bez elektryki.



Co oznaczało, że loki nierzadko spalono. To oczywiście nie jedyne agresywne zabiegi, jakim ulegały modne damy. Tlenienie perhydrolem i trwała były ryzykownymi zabiegami, których powodzenie gwarantowało jedynie duże doświadczenie fryzjerów.


http://youtu.be/SVppF3zM_eE


Należy dodać, co nie jest dzisiaj już tak bardzo oczywiste, że wszystkie materiały składały się z materiałów naturalnych. W tym czasie królowała „ręczna robota”, która nie była niczym niezwyczajnym. Produkcja krajowa, rzemieślnicza w rynku tekstylnym przeżywała swój renesans. Krawcy, szewcy- mieli pełne ręce roboty. Co nie oznacza, że nie było importu. Paryskie toalety były najbardziej cenione, a co za tym idzie- bardzo kosztowne.


http://youtu.be/XWHa0av2UTk


Suknie balowe nie były artykułem pierwszej potrzeby, ale każda kobieta marzyła, żeby założyć ją choć jeden raz. Dominowały kreacje odkrywające ramiona, podkreślające talie, z dekoltami lub odkrytymi plecami. Były powłóczyste, opinające ciało; błyszczące cekinami i jedwabiem. Inne zaś były zwiewne, lekko prześwitujące z falbanami i trenami.Elementem dopełniającym była oczywiście biżuteria, ale także modne były kwiaty przypinane do sukni.


http://youtu.be/0wyeG7ae2iE


 Lata trzydzieste to radosny czas rozkwitu mody i ogromny skok ku nowoczesności. Kobiety, które przez ostatnią dwudziestolatkę rozpinały swoje emancypacyjne żagle, teraz wierząc w siebie śmiało rozpoczynały nowy rozdział historii dotąd słabszej płci. Z cechy dotąd uznawanej za słabość kobiety uczyniły główny ATUT swojej siły.


http://youtu.be/FSKvi5sB1Po

piątek, 15 marca 2013

Gigantyczny obraz-krakowska bagatelka.

Monumentalna alegoria:


Natchnienie jest monarchą, który łaskawie i z góry nierówno dzieli swoje dary. Wskazuje miejsce w swoim panteonie sztuki. Ugruntowany podwaliną platońskiej filozofii godzi Piękno z Prawdą. Piękno jest zawsze dobre, gdy nim jest w istocie. Skulona i nie dość urodziwa  Prawda- przyjmuje sojusz Piękna, choć robi to niechętnie.


U ich stóp znudzona Talia, muza komedii, daje się zabawiać błaznowi. Dla rozweselenia  swojej kapryśnej pani komediant ożywia smutne kukły. Niezadowolenie Talii bierze się od zbytniej bliskości Melpomene, muzy tragedii. Wielki Apollo już na zawsze wprowadził niezgodę pomiędzy tymi siostrami. Przyodziana czarnym kirem Tragedia załamuje spracowane, żylaste ręce. Zbrodnia i występek wciąż towarzyszy jej istnieniu. Brzemię zła rodzące się wciąż na nowo, w towarzystwie Furii, Widm i Demonów wyciskają na jej twarzy swoje piętno.


W bliskości zła posłaniec miłości-Eros skazany jest na samotność i ciągły płacz nad swoim nieszczęsnym sercem. Jego miejsce jest po prawej stronie, gdzie panują radośniejsze z sióstr-Muz.


Terpsychora skupia wokół siebie radosny orszak tancerzy. Muzyka i Śpiew wdzięcznie towarzyszą beztroskiej zabawie ciał. W szalonym tańcu królują zmysły, ku radości Bachusa.


W szale rozkoszy Psyche szamoce się, głodna wyższych uniesień. Tylko uwalniając się od świata zmysłowego Dusza możne wstąpić w świat idei, definiowanych przez Platona jako najwyższe.



Alegoria zawierająca w sobie elementy greckich wierzeń, dramatu i filozofii została przedstawiona na szczególnym obrazie znajdującym się w Krakowie. Dokładnie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. A jeszcze bardziej ściśle- na kurtynie teatru.


Monumentalnego i gigantycznego w swoich rozmiarach, liczącego prawie 120 lat dzieła dokonał  Henryk Siemiradzki, wybitny artysta, malarz, tworzący w drugiej połowie wieku XIX.


Jego obrazy zdobią europejskie galerie. Duża kolekcja jego dzieł znajduje się w Krakowie, mieście, do którego artysta miał szczególny sentyment, choć na stałe mieszkał w Rzymie. Aby płótno, o którym mowa, powstało, Siemiradzki musiał przystąpić do konkursu, który ogłosiła Rada Miejska Miasta Krakowa. Projekty spłynęły z całej Europy. Swoje propozycje przysłali min. Józef Mehoffer, Stanisław Wyspiański, Jadwiga Bogucka, Tomasz Lisiewicz.



Płótno o wymiarach 1190 na 960 cm w Krakowie nie stanowi ewenementu przy dziełach Matejki, czy Wawelskich Arrasach. Powstało w Rzymie, w technice zapewniającej trwałość i odporność na zanieczyszczenia.  Zanim zostało zawieszone pokazano je na wystawie w Rzymie i Wiedniu. Sam autor uczestniczył w konstruowaniu mocowania kurtyny w teatrze. Jest ona zainstalowana tak, aby niezawodnie podnosiła się do góry bez zwijania, czy zaginania.


Zasłona tysiące razy rozpoczynała  przedstawienia mniejsze i większe, kreacje najwybitniejszych aktorów: Ludwika Solskiego, Juliusza Osterwy, Michała Tarasiewicza, Zo-fii Jaroszewskiej, Jana Kurnakowicza, Jerzego Leszczyńskiego, Antoniego Fertnera,  Haliny Gryglaszewskiej, Halina Mikołajskiej, Marty Stebnickiej, Mariana Cebulskiego, Adam Hanuszkiewicza, Gustawa Holoubka, Tadeusza Łomnickiego i wielu innych wspaniałych.


Obecnie każdy widz może podziwiać przetrwałe wiekowe dzieło, które wciąż cieszy zmysły, nadając teatrowi splendoru i oprawy.



Henryk Siemiradzki istnieje bardzo mocno w kulturze Krakowa. Podarunek dla miasta, obraz „Pochodnie Nerona”, stał się przyczynkiem dla powstania Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Jedna z sal muzeum została nazwana na jego cześć „Salą Siemiradzkiego”. Zachęcam do zwiedzania muzeum, zwłaszcza, że już od zeszłego roku można podziwiać „Hołd Pruski”, który wrócił z dalekiej tułaczki.


Krajobraz znad Świsłoczy


Ludwik Wodzicki

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...