niedziela, 23 marca 2014
Prywata urodzinowa -wiosna
Odradza się
nagością drzew błyszcząca
pastelem kolorów przytulona
do ziemi
kiełkuje w głębi ziaren
co uśpione kołysała biel
tak oczywista a tak
inna
świeżością dzieła, które stwarza
czeredą uderza w okna i oczy
ociężałe myśli
kieruje na słoneczną stronę
Urodzinowa prywata-wiosna
Odradza się
nagością drzew błyszcząca
pastelem kolorów przytulona
do ziemi
kiełkuje w głębi ziaren
co uśpione kołysała biel
tak oczywista a tak
inna
świeżością dzieła, które stwarza
czeredą uderza w okna i oczy
ociężałe myśli
kieruje na słoneczną stronę
poniedziałek, 17 lutego 2014
"Zorkownia" Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.
W hospicjum jest pełno zajętych łóżek. W hospicjum jest pustka pustych łóżek. Pojawiają się i odchodzą terminalnie chorzy. Rzadko który z nich odchodzi do życia.
Są lekarze „białe kolumny”, „najbardziej samotni”. Są pielęgniarki, które czasem zapominają o noszeniu w kitlu empatii. Są także szafarze posługi duchowej, jak cienie; za monumentalne, za smutne. Wreszcie wolontariusze. Reszta przychodzi bo nie chce, a musi.
Hospicjum wymaga ciszy i delikatności. Oczekuje lekkości kroków gdy panoszy się ból. Spodziewa niewidzialności materii gdy zapalone są świece. I żyje.
Pojawiają się pacjenci. Każdy ma imię i inny życiorys. Każdy ma niepowtarzalny charakter i reakcję wobec faktu. Wady? Okazują się nieistotne.
Doświadczając choroby i bólu, w gratisie otrzymując upokorzenia. Samotny spacer chorego ku ostateczności rozrywa więzi ze światem. Krępuje niemocą bliskich. Miażdży.
Eteryczny człowiek odwiedza sale. Wolontariuszka. Nie wybiera, nie selekcjonuje. Otacza jak powietrze, nienachalnie poznaje- „zna swoje miejsce”. Potem trzyma za rękę gdy boli. Całuje w czoło, pieczętując przyjaźń. Mostem łączy śmierć i życie. Rosną jej skrzydła. Z potrzeby serca, zwykłej ludzkiej życzliwości nagina bezduszne zasady. „Nie wolno” wobec śmierci- jakież to staje się trywialne.
Zorkownia, Zorka, Zoreczka- siedziba pięknego ducha. Zarzewie nadziei w sprawach beznadziejnych na kształt świętej Rity. W końcu klucz do oswojenia strachów starych jak cała ludzkość.
Pstryk
Książka ta jest jak utwór muzyczny. Ludzie pojawiają się jak nuty. Krótsze żywoty i dłuższe, ósemki, półnuty. Dźwięczą i przemijają. Zmiany rytmu jak w wariacji z ciągłym tykaniem metronomu w tle. Każda nuta ma swój czas i brzmienie. Prawdziwa symfonia życia. Nie ma tu głównego bohatera, jest ich wielu, tak samo ważnych. Motywem łączącym wszystkie historie są wolontariusze. Atomek jest jednym z nich. Zaznacza się akcentem w większości historii. Zapisany gdzieś na marginesie jego los, napawa optymizmem i wiarą w dobre zakończenia.
Autorka stosuje oszczędną narrację. Sens nie ginie w potokach słów, ani opisów. Nieformalny, blogowy styl jest zaletą z wielu powodów. Skupia się na emocjach. Te próbuje łowić i opisać najprościej jak się da. Tak po ludzku, na bieżąco. Krótkie, wręcz ascetyczne zdania, obdarte do kości z ozdobników, jak pacjenci ze złudzeń. Minimalizm w stylu Wisławy Szymborskiej podkreśla emocjonalną inteligencję autorki i psychologiczną intuicję. Krótkie rozdziały, przejrzystość i lekkość stylu zdają się być celowymi zabiegami zachęcającymi do czytania. W zetknięciu z ciężkością i ważnością tematu, to mądre działania świadomej literacko osoby.
Agnieszka niewiele mówi o sobie, nie cechuje wyraźnie swoją osobowością historii pacjentów. Jest przeźroczysta, pokorna i skromna. Ujawnia tylko najbardziej traumatyczne wydarzenie ze swojego życia, do którego wciąż powraca. Ono staje się początkiem, motorem i mostem łączącym ją z cierpiącym człowiekiem.
Umierającej córeczce obiecuje, że będzie dzielna, że bez niej da sobie radę. I daje. Odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości, którą musi się podzielić. Chce nią obdarować kogoś, kto najbardziej tego potrzebuje. Tak trafia do hospicjum.
Poznaje je od podszewki. Stąpa lekko, delikatnie jak kot. Amortyzuje bezduszne hospicyjne procedury, które odzierają ludzi, za życia i po śmierci, z godności. Doskonale wie, że jej działania nie są wystarczające. Zorki jest za mało. To jej jednak nie zraża, bo wie, że warto. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i wartościowy. Na redukcję pacjenta do jednostki chorobowej nikt w hospicjum nie daje zgody. Zorka idzie dalej. Taktownie i bez presji poznaje swoich podopiecznych. Ma klucz do prawie każdego z nich. Bez strachu wchodzi z nimi w bardziej zażyłe relacje, wyznaczając granice swojego bezpieczeństwa. Chłonięcie emocji jak gąbka jest niebezpieczne. Pacjent to nie tylko kłębek cierpienia. To osobowość, która, choć z wyrokiem, żyje całym sobą. Ma marzenia i plany. Posiada pragnienia. To osoba reaktywna, która umie przystosować się rzeczywistości, która odkrywa w sobie pokłady nieuświadomionej dotąd siły. Agnieszka to dobrze wie. Pozwala pacjentowi być sobą. Posiada niezwykłą umiejętność słuchania. Czasem tylko milczy. Budzi zaufanie. Nierzadko jest brakującym, niezbędnym elementem w komunikacji między chorym, a jego bliskimi.
„Zorkownia” to dowód na początek głębokich, pozytywnych zmian mentalności ludzkiej. Wyraźnie zwraca uwagę czytelnika jak wiele złego przynosi ze sobą myślenie stereotypowe. Jak dotkliwie są doświadczani chorzy poprzez zaniedbania i obojętność zdrowych. Nie wszyscy pamiętają, że los szyderczo umie śmiać się z każdego z nas. Zorka odważnie wchodzi na tereny okryte wstydliwym „tabu”. Miłość, sex i choroba.
Opowieść Agnieszki to na nowo opowiedziany „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Nie można tego porównania pominąć. Podobne miejsce, podobne problemy. To samo upokorzenie, ból i strach. Ta sama śmierć. Dzieło napisane w latach sześćdziesiątych, zakazane w ZSSR. Obnaża bezduszność szpitala w stosunku do ciężko chorych, wyrzucanych na margines życia. Wobec wizji Sołżenicyna, wizja Agnieszki Kalugi jest z goła inna. Bardziej jasna, optymistyczna, pomimo ogromu nieszczęść. Więcej tu powietrza, mniej zawiści i zazdrości. Jest zapach wiosny i kwiatów. Ona sama jest kwiatem. Umie dostrzec otwierające się na chwilę niebo.
Hospicjum, takie miejsca naprawdę istnieją. Tam kipią ludzkie emocje. W takich miejscach pojawia się spełnienie i szczęście. Pojawia się żart i uśmiech. Ogrom wdzięczności, przyjaźń i zrozumienie. Najmniej tam śmierci. To nie paradoks to właściwe widzenie porządku rzeczy. Każdy tam zna swoje miejsce. Trzeba to tylko zobaczyć oczami Zorki. Trzeba tylko chcieć spojrzeć i przestać być samolubem. Boże daj nam tysiąc Zorek.
"Zorkownia" Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.
Agnieszko życzę Ci i wszystkim nam, żeby tą książkę przeczytało jak najwięcej osób i dziękuję z głębi medycznego serducha.
wtorek, 28 maja 2013
Zaproszenie
Muzeum Narodowe w Krakowie oraz Fundacja Wisławy Szymborskiej zapraszają na film dokumentalny Andrzeja J. Koszyka Niektórzy lubią poezję z 1996 roku, poświęcony Wisławie Szymborskiej.
Jest to pierwszy film dokumentalny o Wisławie Szymborskiej, który powstał po przyznaniu jej Nagrody Nobla (zaraz po ogłoszeniu decyzji przez Akademię Szwedzką, ale jeszcze przed wyjazdem lauretki do Sztokholmu na uroczystość wręczenia nagrody).
Ze względu na ograniczoną przestrzeń film będzie wyświetlany przez cztery kolejne wtorki.
Inauguracja cyklu już 4 czerwca!
Pokaz filmu odbędzie się w Kamienicy Szołayskich – Oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie (plac Szczepański 9) w przestrzeni „Szuflady Szymborskiej” – wyjątkowej ekspozycji poświęconej Poetce.
Zapraszamy we wtorek 4 czerwca o godz. 16.30. Wstęp na projekcję filmu jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc prosimy o wcześniejsze odebranie wejściówek, dostępnych w kasie Księgarni Młoda w Kamienicy Szołayskich.
Andrzej J. Koszyk – ur. w Łodzi, studiował w praskiej Wyższej Szkole Filmowej i Telewizyjnej FAMU. Od kilkudziesięciu lat mieszka w Niemczech, gdzie pracuje jako operator filmowy. Jest autorem kilkunastu autorskich filmów dokumentalnych.
NIEKTÓRZY LUBIĄ POEZJĘ – WISŁAWA SZYMBORSKA
Film dokumentalny, 30 min, Niemcy, 1996
Reżyseria: Andrzej J. Koszyk
Występują: Wisława Szymborska, Teresa Walas, Stanisław Balbus, Karl Dedecius, studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego
piątek, 2 września 2011
Wrześniowy Książe Niezłomny
[za:] Józef Szczublewski, Żywot Osterwy, Warszawa 1973; {za:] Tomasz Mościcki, Teatry Warszawy, Kronika 1939, 2009
Ukochanym dzieckiem, stała się dla niego Reduta- Teatr Laboratorium, który miał za zadanie udoskonalanie warsztatu pracy aktora, poszukiwanie nowych technik gry aktorskiej, nowych rozwiązań. Skupiał w szeregach Reduty aktorów otwartych na nowości, wybitnych i utalentowanych.
Podczas wybuchu II wojny światowej, Juliusz Osterwa właśnie w Reducie przygotowywał spektakl "Książe niezłomny". Swoją rolę w obronie Polski upatrywał w swojej pracy aktorskiej, która, wspaniale wykonywana, niosła otuchę i pociechę na nadchodzące straszne czasy.
PS. Być takim Księciem Niezłomnym to wielka sztuka. Czy ktoś to jeszcze potrafi? Chciałabym...
czwartek, 1 września 2011
Wrześniowy Książe Niezłomny
[za:] Józef Szczublewski, Żywot Osterwy, Warszawa 1973; {za:] Tomasz Mościcki, Teatry Warszawy, Kronika 1939, 2009
Ukochanym dzieckiem, stała się dla niego Reduta- Teatr Laboratorium, który miał za zadanie udoskonalanie warsztatu pracy aktora, poszukiwanie nowych technik gry aktorskiej, nowych rozwiązań. Skupiał w szeregach Reduty aktorów otwartych na nowości, wybitnych i utalentowanych.
Podczas wybuchu II wojny światowej, Juliusz Osterwa właśnie w Reducie przygotowywał spektakl "Książe niezłomny". Swoją rolę w obronie Polski upatrywał w swojej pracy aktorskiej, która, wspaniale wykonywana, niosła otuchę i pociechę na nadchodzące straszne czasy.
PS. Być takim Księciem Niezłomnym to wielka sztuka. Czy ktoś to jeszcze potrafi? Chciałabym...
wtorek, 23 lutego 2010
Norwid

Nie myliłeś się ani na jotę. Ciągle jest podobnie. Oni wciąż chcą wymyślać coś nowatorskiego, a wychodzi jak zawsze…
"Najlepsza rzecz żyć w zgodzie, bez twierdzeń, bez sprzeczki,
Po cóż, bo gwar ustawny dla kropki lub linii?
I urabianie ciągłe publicznej opinii ?" -
Siennik-dziurawy mówił tak do Torby-sieczki.
Tymczasem osły, najmniej nie myśląc o szkodzie,
Siano i sieczkę w cichej pożywały zgodzie,
A stąd zdaje się prawda ta być oczywistą,
Że i człowiek zyskałby... będąc legumistą.
Norwid

Nie myliłeś się ani na jotę. Ciągle jest podobnie. Oni wciąż chcą wymyślać coś nowatorskiego, a wychodzi jak zawsze…
"Najlepsza rzecz żyć w zgodzie, bez twierdzeń, bez sprzeczki,
Po cóż, bo gwar ustawny dla kropki lub linii?
I urabianie ciągłe publicznej opinii ?" -
Siennik-dziurawy mówił tak do Torby-sieczki.
Tymczasem osły, najmniej nie myśląc o szkodzie,
Siano i sieczkę w cichej pożywały zgodzie,
A stąd zdaje się prawda ta być oczywistą,
Że i człowiek zyskałby... będąc legumistą.
wtorek, 12 stycznia 2010
Broniewski

Wobec tego spory wokół jego osoby i twórczości bledną , co wcale nie jest niczym dobrym. Bo blednie wszelkiego rodzaju wyższa sztuka, nie tylko literacka. Komercyjni „twórcy” zdają się schlebiać popularnym, nie najlepszym gustom, więc ambitna i pobudzająca sztuka odchodzi do lamusa.
W przypadku, kiedy byłoby to nadal istotne, a pozwalam sobie mieć tę nadzieję, Broniewski został „wsadzony” do kartoteki z fiszką – piewca komuny.
Z pewnością, i polonista, i literat bez politycznych naleciałości, będzie się twardo sprzeciwiał temu zaszufladkowaniu, ale co zrobić gdy stało się to faktem?
Problem w tym, że Broniewski zbyt często stawał się ofiarą politycznych zawirowań, tak po I Wojnie jak i po II Wojnie Światowej.
Jego poezja była zdecydowana, mocna, ukazująca jego idee i poglądy, naświetlająca poetę niezależnego i śmiałego. To spowodowało, że przed II wojną był kilkukrotnie aresztowany za swoje śmiałe i niepopularne poglądy.
Tak się stało, że był rzeczywistym, zagorzałym socjalistą, i tego dawał upust przed i po wojnie. Jego pasję i wypływające z przekonań zaangażowanie, a także płomienną twórczość, wykorzystali nędzni agitatorzy fałszywych idei, przez co Broniewski po raz kolejny stał się ofiarą polityki.
Późniejsze lata „komuny” ostudziły jego zapał, wyciszyły. Ciężkie życiowe wydarzenia, samotność, opuszczenie sprawiły, że patetyczna, wzniosła nuta zmieniła się w nostalgiczną, smutną refleksyjną i tragiczną- to wszystko można poczuć w tomie wierszy „Anka”.
Znasz przecie: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten w którym mieszkasz- Polskę…”, albo „ Ze spuszczoną głową, powoli, idzie żołnierz z niemieckiej niewoli…”, na pewno. Dlatego dla mnie poezja Broniewskiego po za wybitną wartością literacką jest wyjątkowa pod wielu względami. Bez wahania powiem, że jest jednym z najbardziej lubianych przeze mnie poetów.
Broniewski

Wobec tego spory wokół jego osoby i twórczości bledną , co wcale nie jest niczym dobrym. Bo blednie wszelkiego rodzaju wyższa sztuka, nie tylko literacka. Komercyjni „twórcy” zdają się schlebiać popularnym, nie najlepszym gustom, więc ambitna i pobudzająca sztuka odchodzi do lamusa.
W przypadku, kiedy byłoby to nadal istotne, a pozwalam sobie mieć tę nadzieję, Broniewski został „wsadzony” do kartoteki z fiszką – piewca komuny.
Z pewnością, i polonista, i literat bez politycznych naleciałości, będzie się twardo sprzeciwiał temu zaszufladkowaniu, ale co zrobić gdy stało się to faktem?
Problem w tym, że Broniewski zbyt często stawał się ofiarą politycznych zawirowań, tak po I Wojnie jak i po II Wojnie Światowej.
Jego poezja była zdecydowana, mocna, ukazująca jego idee i poglądy, naświetlająca poetę niezależnego i śmiałego. To spowodowało, że przed II wojną był kilkukrotnie aresztowany za swoje śmiałe i niepopularne poglądy.
Tak się stało, że był rzeczywistym, zagorzałym socjalistą, i tego dawał upust przed i po wojnie. Jego pasję i wypływające z przekonań zaangażowanie, a także płomienną twórczość, wykorzystali nędzni agitatorzy fałszywych idei, przez co Broniewski po raz kolejny stał się ofiarą polityki.
Późniejsze lata „komuny” ostudziły jego zapał, wyciszyły. Ciężkie życiowe wydarzenia, samotność, opuszczenie sprawiły, że patetyczna, wzniosła nuta zmieniła się w nostalgiczną, smutną refleksyjną i tragiczną- to wszystko można poczuć w tomie wierszy „Anka”.
Znasz przecie: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten w którym mieszkasz- Polskę…”, albo „ Ze spuszczoną głową, powoli, idzie żołnierz z niemieckiej niewoli…”, na pewno. Dlatego dla mnie poezja Broniewskiego po za wybitną wartością literacką jest wyjątkowa pod wielu względami. Bez wahania powiem, że jest jednym z najbardziej lubianych przeze mnie poetów.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Staff

Po piekle wojennym, już wiekowy poeta, związał się z moją rodzinną miejscowością, poprzez przyjaźń z ks. Antonim Boratyńskim, proboszczem parafii św. Józefa. Poeta przyjeżdżał tu odpocząć od „wielkiego” warszawskiego życia.
Piękny, zabytkowy kościółek, poskręcana urokliwa rzeczka, bogaty, stary drzewostan wpływały na niego kojąco i wyciszająco. Tu mógł odpocząć i tworzyć. Tu pozostawił wpis w księdze parafialnej:
Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka
Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka".
Miejscowa ludność nie zapomniała o poecie. Pomnik w centrum miasta ( niezbyt udany, ale za to bardzo duży) , oraz popiersie z brązu przy ukochanej parafii, przypomina nam dawną sympatię Staffa do miasta.
Jakże jestem w stanie zrozumieć jego umiłowanie do tamtego miasta, bo ten dawny świat, bzin, kiedyś w dzieciństwie oglądałam i zapamiętałam na całe życie. Choć teraz pozostały po nim jedynie wspomnienia i fotografie.
Wpisując się w świąteczny nastrój, przypominam wiersz właśnie tego poety
Gwiazda
Świeciła gwiazda na niebie
srebrna i staroświecka.
Świeciła wigilijnie,
każdy ją zna od dziecka.
Zwisały z niej z wysoka
długie, błyszczące promienie,
a każdy promień – to było
jedno świąteczne życzenie.
I przyszli – nie magowie
już trochę podstarzali –
lecz wiejscy kolędnicy,
zwyczajni chłopcy mali.
Chwycili w garść promienie,
trzymając z całej siły.
I teraz w tym rzecz cała,
by się życzenia spełniły.
Leopold Staff
Chwytajcie promienie w ręce i spełniajcie swojej marzenia,
tego w te święta Wam życzę- siły i wiary w człowieka
Staff

Po piekle wojennym, już wiekowy poeta, związał się z moją rodzinną miejscowością, poprzez przyjaźń z ks. Antonim Boratyńskim, proboszczem parafii św. Józefa. Poeta przyjeżdżał tu odpocząć od „wielkiego” warszawskiego życia.
Piękny, zabytkowy kościółek, poskręcana urokliwa rzeczka, bogaty, stary drzewostan wpływały na niego kojąco i wyciszająco. Tu mógł odpocząć i tworzyć. Tu pozostawił wpis w księdze parafialnej:
Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka
Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka".
Miejscowa ludność nie zapomniała o poecie. Pomnik w centrum miasta ( niezbyt udany, ale za to bardzo duży) , oraz popiersie z brązu przy ukochanej parafii, przypomina nam dawną sympatię Staffa do miasta.
Jakże jestem w stanie zrozumieć jego umiłowanie do tamtego miasta, bo ten dawny świat, bzin, kiedyś w dzieciństwie oglądałam i zapamiętałam na całe życie. Choć teraz pozostały po nim jedynie wspomnienia i fotografie.
Wpisując się w świąteczny nastrój, przypominam wiersz właśnie tego poety
Gwiazda
Świeciła gwiazda na niebie
srebrna i staroświecka.
Świeciła wigilijnie,
każdy ją zna od dziecka.
Zwisały z niej z wysoka
długie, błyszczące promienie,
a każdy promień – to było
jedno świąteczne życzenie.
I przyszli – nie magowie
już trochę podstarzali –
lecz wiejscy kolędnicy,
zwyczajni chłopcy mali.
Chwycili w garść promienie,
trzymając z całej siły.
I teraz w tym rzecz cała,
by się życzenia spełniły.
Leopold Staff
Chwytajcie promienie w ręce i spełniajcie swojej marzenia,
tego w te święta Wam życzę- siły i wiary w człowieka
czwartek, 29 października 2009
Słowacki
Słowacki
czwartek, 22 października 2009
Jan Drda

Jan Drda

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska
Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...
-
Zdjęcie: Przedwojenny magazyn filmowy "Kino" Jak odpowiedzialnie napisać o historii człowieka, który już sam nie będzie mógł ...
-
Przymioty ciała i ducha, często, dobry Pan Bóg dzieli sprawiedliwie. Jednemu daje rozum, drugiemu klasę, trzeciemu piękną dusze, a jeszcze ...
-
Nie było jakąś specjalnie nadzwyczajna rzeczą, że sala została napełniona po brzegi. Czasy, co prawda, dla kultury, podłe, ale i na tej zie...


