Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjątkowe kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjątkowe kobiety. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dziewczyna o smutnych oczach. Tajemnicza Tamara Wiszniewska, polska Greta Garbo.

Tamara ww


To był wspaniały początek kariery. Debiut na miarę współczesnych czasów. Prawie jak wybuch supernowej. Pierwszy poważny film z doborową obsadą wielkich kinowych gwiazd i ona. Obsadzona w jednej z kluczowych ról w kolejnej, modnej i porywającej za serce ekranizacji powieści Mniszkówny pt. „Trędowata”. Zagrała Lucię. Młodszą siostrę Ordynata Michorowskiego. W 1936 roku miała siedemnaście lat, a przed sobą prostą drogę do wspaniałej kariery. Najwyraźniej jej kreacja oraz wyrazista gra spodobała się reżyserom, bo odtąd była obsadzana w poważnych rolach i w ciągu czterech lat wystąpiła w czternastu kinowych przebojach. Wpadła w wir intensywnej pracy na planie. Była jedyną aktorką, która w tak młodym wieku odniosła ogromny sukces.


Od samego początku swoją grą zaznaczyła bardzo wyraźnie, że jest urodzona aktorką dramatyczna. Grała dostojnie i dojrzale, co przy jej wieku czyniło ją wyjątkową. Miała ogromną grację i dostojeństwo. Jej spojrzenie było wręcz magnetyczne i przenikające, pełne nostalgii. Od jej twarzy bił ogromny spokój. Powaga rysów sprawiała, że wyglądała na dojrzalszą i starszą. To wszystko, a na dodatek blady uśmiech i tajemniczość to cechy, dzięki którym stała się aktorką typu Grety Garbo.


Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie, zgrabnej sylwetce oraz niekwestionowanemu talentowi została amantką filmową i występowała z takimi sławami jak: Aleksander Żabczyński, Jerzy Pichelski czy Franciszek Brodniewicz. W 1938 roku Wiszniewska oraz aktor Mieczysław Cybulski grający razem w filmie „Dziewczyna szuka miłości” zostali okrzyknięci „najpiękniejszą parą kochanków ekranu”.


tamara i czb


Tamara trafiła na warszawskie salony. Była bywalczynią wspaniałych, wykwintnych przyjęć. Była oklaskiwana i niejednokrotnie wyróżniana jako „królowa balu”. Na planie „Ordynata Michorowskiego”, w 1937 roku poznała starszego od siebie o dwanaście lat Władysława Mikosza, producenta filmowego. Bardzo szybko zdecydowali się na ślub, a niedługo potem na świat przyszła ich córka- Irena.


Jej dorobek artystyczny jest imponujący: „Trędowata”, „Ordynat Michorowski”, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Kobiety nad przepaścią”, „Dziewczyna szuka miłości”, „Biały murzyn” to najważniejsze filmy w jej karierze.


Niewiele wiadomo o Tamarze Wiszniewskiej prywatnie. Jej dzieciństwo i okres dorastania to niestety czarna plama. Wiadomo tylko, że rodzina jej pochodziła z Wołynia. Jakim cudem znalazła się w Warszawie? W jaki sposób dostała się do filmu? Nie ma informacji.


W przedwojennej prasie są tylko wzmianki. Nie trafiłam na żaden wywiad.


Z pewnością życie młodej, zakochanej i szybko zamężnej aktorki nie było tak ekscytujące dla publiczności jak podboje sercowe Iny Benity czy Elżbiety Barszczewskiej.


Wiemy, że była kobietą elegancką i wytworną, lubiła piękne stroje i ekskluzywną biżuterię. Paliła papierosy.


Gdy nastała wojna, Tamara Wiszniewska-Mikosz zadecydowała o wyjeździe z Polski. Mąż działał aktywnie w podziemiu dlatego para na okres wojenny została rozdzielona. Ona wraz z córką wyjechała do Czech.


Fragmenty wywiadu w amerykańskiej gazecie „Times Union” z 1974 roku potwierdzają jej wojenne dzieje:


"Kiedy przyszli Niemcy, intuicja podpowiadała mi, że powinnam mieć na sobie coś cennego do wymiany. (...) Wszyłam biżuterię w ubranie. W ten sposób kupiłam bilet do wolności, kupiłam chleb i dzięki temu nigdy nie byłyśmy ( przyp. ja i córka) głodne"


Tamara wspominała: „Sprzedałam ostatni dwukaratowy diament, żeby wykupić swoich rodziców z okupowanej przez Rosjan Czechosłowacji i sprowadzić ich do zachodnich Niemiec. Wtedy papierosy i kawa były więcej warte niż biżuteria”


Ona i Władysław Mikosz zobaczyli się dopiero po wojnie w Bawarii w obozie uchodźców, gdzie Tamara uczyła języka angielskiego oraz matematyki, a jej mąż prowadził programy YMCA.


Organizacja ta umożliwiła przeniesienie rodziny Mikoszów do Rochester w stanie New York w 1950 roku.


W tym samym wywiadzie małżeństwo opowiedziało dalej, że nie pozostało im nic z dawnego życia. Sprzedali całą biżuterię i kosztowności. Wszystko oddali organizując życie i ratując się z zawieruchy wojennej. Jedyne co im zostało jako relikt przeszłości i wspomnienie dawnego życia to trzy ozdoby świątecznie: tradycyjny polski Anioł, gwiazda i srebrny ptak.


Osiedlili się w Rochester. Tamara już nie powróciła do swego zawodu. Pracowała jako recepcjonistka w George Eastman House w Rochester oraz jako tłumaczka.


Umarła w wieku 62 lat.


Tamara


W Rochester pozostała jej rodzina. Moje próby skontaktowania się z wnuczką Tamary Wiszniwewskiej, panią Lindą na chwilę obecną nie przynoszą rezultatu. Jednak nie poddaję się.


Źródła informacji: http://blogs.democratandchronicle.com


Zdjęcie z Cmentarza: Alan Brownsten


 Zdjęcia: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/


Materiał o charakterze edukacyjnym.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku "Czortki" w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka - na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie... Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.


Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kto to?


Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.
Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

sobota, 8 marca 2014

Zapomniana kobieta-Ina Benita




 Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 


Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady. Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.


 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.


 



 


W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.


 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:


 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic)


 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie . Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.


 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:


 "Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)


 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.


  Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 


 Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:


  „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 


 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas.


Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne





poniedziałek, 17 lutego 2014

"Zorkownia" Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.


W hospicjum jest pełno zajętych łóżek. W hospicjum jest pustka pustych łóżek. Pojawiają się i odchodzą terminalnie chorzy. Rzadko który z nich odchodzi do życia.


Są lekarze „białe kolumny”, „najbardziej samotni”. Są pielęgniarki, które czasem zapominają o noszeniu w kitlu empatii. Są także szafarze posługi duchowej, jak cienie; za monumentalne, za smutne. Wreszcie wolontariusze. Reszta przychodzi bo nie chce, a musi.


Hospicjum wymaga ciszy i delikatności. Oczekuje lekkości kroków gdy panoszy się ból. Spodziewa niewidzialności materii gdy zapalone są świece. I żyje.


Pojawiają się pacjenci. Każdy ma imię i inny życiorys. Każdy ma niepowtarzalny charakter i reakcję wobec faktu. Wady? Okazują się nieistotne.


Doświadczając choroby i bólu, w gratisie otrzymując upokorzenia. Samotny spacer chorego ku ostateczności rozrywa więzi ze światem. Krępuje niemocą bliskich. Miażdży.



Eteryczny człowiek odwiedza sale. Wolontariuszka. Nie wybiera, nie selekcjonuje. Otacza jak powietrze, nienachalnie poznaje- „zna swoje miejsce”. Potem trzyma za rękę gdy boli. Całuje w czoło, pieczętując przyjaźń. Mostem łączy śmierć i życie. Rosną jej skrzydła. Z potrzeby serca, zwykłej ludzkiej życzliwości nagina bezduszne zasady. „Nie wolno” wobec śmierci- jakież to staje się trywialne.


Zorkownia, Zorka, Zoreczka- siedziba pięknego ducha. Zarzewie nadziei w sprawach beznadziejnych na kształt świętej Rity. W końcu klucz do oswojenia strachów starych jak cała ludzkość.



Pstryk




Książka ta jest jak utwór muzyczny. Ludzie pojawiają się jak nuty. Krótsze żywoty i dłuższe, ósemki, półnuty. Dźwięczą i przemijają. Zmiany rytmu jak w wariacji z ciągłym tykaniem metronomu w tle. Każda nuta ma swój czas i brzmienie. Prawdziwa symfonia życia. Nie ma tu głównego bohatera, jest ich wielu, tak samo ważnych. Motywem łączącym wszystkie historie są wolontariusze. Atomek jest jednym z nich. Zaznacza się akcentem w większości historii. Zapisany gdzieś na marginesie jego los, napawa optymizmem i wiarą w dobre zakończenia.



Autorka stosuje oszczędną narrację. Sens nie ginie w potokach słów, ani opisów. Nieformalny, blogowy styl jest zaletą z wielu powodów. Skupia się na emocjach. Te próbuje łowić i opisać najprościej jak się da. Tak po ludzku, na bieżąco. Krótkie, wręcz ascetyczne zdania, obdarte do kości z ozdobników, jak pacjenci ze złudzeń. Minimalizm w stylu Wisławy Szymborskiej podkreśla emocjonalną inteligencję autorki i psychologiczną intuicję. Krótkie rozdziały, przejrzystość i lekkość stylu zdają się być celowymi zabiegami zachęcającymi do czytania. W zetknięciu z ciężkością i ważnością tematu, to mądre działania świadomej literacko osoby.


Agnieszka niewiele mówi o sobie, nie cechuje wyraźnie swoją osobowością historii pacjentów. Jest przeźroczysta, pokorna i skromna. Ujawnia tylko najbardziej traumatyczne wydarzenie ze swojego życia, do którego wciąż powraca. Ono staje się początkiem, motorem i mostem łączącym ją z cierpiącym człowiekiem.


Umierającej córeczce obiecuje, że będzie dzielna, że bez niej da sobie radę. I daje. Odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości, którą musi się podzielić. Chce nią obdarować kogoś, kto najbardziej tego potrzebuje. Tak trafia do hospicjum.


Poznaje je od podszewki. Stąpa lekko, delikatnie jak kot. Amortyzuje bezduszne hospicyjne procedury, które odzierają ludzi, za życia i po śmierci, z godności. Doskonale wie, że jej działania nie są wystarczające. Zorki jest za mało. To jej jednak nie zraża, bo wie, że warto. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i wartościowy. Na redukcję pacjenta do jednostki chorobowej nikt w hospicjum nie daje zgody. Zorka idzie dalej. Taktownie i bez presji poznaje swoich podopiecznych. Ma klucz do prawie każdego z nich. Bez strachu wchodzi z nimi w bardziej zażyłe relacje, wyznaczając granice swojego bezpieczeństwa. Chłonięcie emocji jak gąbka jest niebezpieczne. Pacjent to nie tylko kłębek cierpienia. To osobowość, która, choć z wyrokiem, żyje całym sobą. Ma marzenia i plany. Posiada pragnienia. To osoba reaktywna, która umie przystosować się rzeczywistości, która odkrywa w sobie pokłady nieuświadomionej dotąd siły. Agnieszka to dobrze wie. Pozwala pacjentowi być sobą. Posiada niezwykłą umiejętność słuchania. Czasem tylko milczy. Budzi zaufanie. Nierzadko jest brakującym, niezbędnym elementem w komunikacji między chorym, a jego bliskimi.




„Zorkownia” to dowód na początek głębokich, pozytywnych zmian mentalności ludzkiej. Wyraźnie zwraca uwagę czytelnika jak wiele złego przynosi ze sobą myślenie stereotypowe. Jak dotkliwie są doświadczani chorzy poprzez zaniedbania i obojętność zdrowych. Nie wszyscy pamiętają, że los szyderczo umie śmiać się z każdego z nas. Zorka odważnie wchodzi na tereny okryte wstydliwym „tabu”. Miłość, sex i choroba.



Opowieść Agnieszki to na nowo opowiedziany „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Nie można tego porównania pominąć. Podobne miejsce, podobne problemy. To samo upokorzenie, ból i strach. Ta sama śmierć. Dzieło napisane w latach sześćdziesiątych, zakazane w ZSSR. Obnaża bezduszność szpitala w stosunku do ciężko chorych, wyrzucanych na margines życia. Wobec wizji Sołżenicyna, wizja Agnieszki Kalugi jest z goła inna. Bardziej jasna, optymistyczna, pomimo ogromu nieszczęść. Więcej tu powietrza, mniej zawiści i zazdrości. Jest zapach wiosny i kwiatów. Ona sama jest kwiatem. Umie dostrzec otwierające się na chwilę niebo.




Hospicjum, takie miejsca naprawdę istnieją. Tam kipią ludzkie emocje. W takich miejscach pojawia się spełnienie i szczęście. Pojawia się żart i uśmiech. Ogrom wdzięczności, przyjaźń i zrozumienie. Najmniej tam śmierci. To nie paradoks to właściwe widzenie porządku rzeczy. Każdy tam zna swoje miejsce. Trzeba to tylko zobaczyć oczami Zorki. Trzeba tylko chcieć spojrzeć i przestać być samolubem. Boże daj nam tysiąc Zorek.


"Zorkownia" Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.


W hospicjum jest pełno zajętych łóżek. W hospicjum jest pustka pustych łóżek. Pojawiają się i odchodzą terminalnie chorzy. Rzadko który z nich odchodzi do życia.
Są lekarze „białe kolumny”, „najbardziej samotni”. Są pielęgniarki, które czasem zapominają o noszeniu w kitlu empatii. Są także szafarze posługi duchowej, jak cienie; za monumentalne, za smutne. Wreszcie wolontariusze. Reszta przychodzi bo nie chce, a musi.
Hospicjum wymaga ciszy i delikatności. Oczekuje lekkości kroków gdy panoszy się ból. Spodziewa niewidzialności materii gdy zapalone są świece. I żyje.
Pojawiają się pacjenci. Każdy ma imię i inny życiorys. Każdy ma niepowtarzalny charakter i reakcję wobec faktu. Wady? Okazują się nieistotne.
Doświadczając choroby i bólu, w gratisie otrzymując upokorzenia. Samotny spacer chorego ku ostateczności rozrywa więzi ze światem. Krępuje niemocą bliskich. Miażdży.

Eteryczny człowiek odwiedza sale. Wolontariuszka. Nie wybiera, nie selekcjonuje. Otacza jak powietrze, nienachalnie poznaje- „zna swoje miejsce”. Potem trzyma za rękę gdy boli. Całuje w czoło, pieczętując przyjaźń. Mostem łączy śmierć i życie. Rosną jej skrzydła. Z potrzeby serca, zwykłej ludzkiej życzliwości nagina bezduszne zasady. „Nie wolno” wobec śmierci- jakież to staje się trywialne.
Zorkownia, Zorka, Zoreczka- siedziba pięknego ducha. Zarzewie nadziei w sprawach beznadziejnych na kształt świętej Rity. W końcu klucz do oswojenia strachów starych jak cała ludzkość.

Pstryk


Książka ta jest jak utwór muzyczny. Ludzie pojawiają się jak nuty. Krótsze żywoty i dłuższe, ósemki, półnuty. Dźwięczą i przemijają. Zmiany rytmu jak w wariacji z ciągłym tykaniem metronomu w tle. Każda nuta ma swój czas i brzmienie. Prawdziwa symfonia życia. Nie ma tu głównego bohatera, jest ich wielu, tak samo ważnych. Motywem łączącym wszystkie historie są wolontariusze. Atomek jest jednym z nich. Zaznacza się akcentem w większości historii. Zapisany gdzieś na marginesie jego los, napawa optymizmem i wiarą w dobre zakończenia.

Autorka stosuje oszczędną narrację. Sens nie ginie w potokach słów, ani opisów. Nieformalny, blogowy styl jest zaletą z wielu powodów. Skupia się na emocjach. Te próbuje łowić i opisać najprościej jak się da. Tak po ludzku, na bieżąco. Krótkie, wręcz ascetyczne zdania, obdarte do kości z ozdobników, jak pacjenci ze złudzeń. Minimalizm w stylu Wisławy Szymborskiej podkreśla emocjonalną inteligencję autorki i psychologiczną intuicję. Krótkie rozdziały, przejrzystość i lekkość stylu zdają się być celowymi zabiegami zachęcającymi do czytania. W zetknięciu z ciężkością i ważnością tematu, to mądre działania świadomej literacko osoby.
Agnieszka niewiele mówi o sobie, nie cechuje wyraźnie swoją osobowością historii pacjentów. Jest przeźroczysta, pokorna i skromna. Ujawnia tylko najbardziej traumatyczne wydarzenie ze swojego życia, do którego wciąż powraca. Ono staje się początkiem, motorem i mostem łączącym ją z cierpiącym człowiekiem.
Umierającej córeczce obiecuje, że będzie dzielna, że bez niej da sobie radę. I daje. Odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości, którą musi się podzielić. Chce nią obdarować kogoś, kto najbardziej tego potrzebuje. Tak trafia do hospicjum.
Poznaje je od podszewki. Stąpa lekko, delikatnie jak kot. Amortyzuje bezduszne hospicyjne procedury, które odzierają ludzi, za życia i po śmierci, z godności. Doskonale wie, że jej działania nie są wystarczające. Zorki jest za mało. To jej jednak nie zraża, bo wie, że warto. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i wartościowy. Na redukcję pacjenta do jednostki chorobowej nikt w hospicjum nie daje zgody. Zorka idzie dalej. Taktownie i bez presji poznaje swoich podopiecznych. Ma klucz do prawie każdego z nich. Bez strachu wchodzi z nimi w bardziej zażyłe relacje, wyznaczając granice swojego bezpieczeństwa. Chłonięcie emocji jak gąbka jest niebezpieczne. Pacjent to nie tylko kłębek cierpienia. To osobowość, która, choć z wyrokiem, żyje całym sobą. Ma marzenia i plany. Posiada pragnienia. To osoba reaktywna, która umie przystosować się rzeczywistości, która odkrywa w sobie pokłady nieuświadomionej dotąd siły. Agnieszka to dobrze wie. Pozwala pacjentowi być sobą. Posiada niezwykłą umiejętność słuchania. Czasem tylko milczy. Budzi zaufanie. Nierzadko jest brakującym, niezbędnym elementem w komunikacji między chorym, a jego bliskimi.


„Zorkownia” to dowód na początek głębokich, pozytywnych zmian mentalności ludzkiej. Wyraźnie zwraca uwagę czytelnika jak wiele złego przynosi ze sobą myślenie stereotypowe. Jak dotkliwie są doświadczani chorzy poprzez zaniedbania i obojętność zdrowych. Nie wszyscy pamiętają, że los szyderczo umie śmiać się z każdego z nas. Zorka odważnie wchodzi na tereny okryte wstydliwym „tabu”. Miłość, sex i choroba.

Opowieść Agnieszki to na nowo opowiedziany „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Nie można tego porównania pominąć. Podobne miejsce, podobne problemy. To samo upokorzenie, ból i strach. Ta sama śmierć. Dzieło napisane w latach sześćdziesiątych, zakazane w ZSSR. Obnaża bezduszność szpitala w stosunku do ciężko chorych, wyrzucanych na margines życia. Wobec wizji Sołżenicyna, wizja Agnieszki Kalugi jest z goła inna. Bardziej jasna, optymistyczna, pomimo ogromu nieszczęść. Więcej tu powietrza, mniej zawiści i zazdrości. Jest zapach wiosny i kwiatów. Ona sama jest kwiatem. Umie dostrzec otwierające się na chwilę niebo.


Hospicjum, takie miejsca naprawdę istnieją. Tam kipią ludzkie emocje. W takich miejscach pojawia się spełnienie i szczęście. Pojawia się żart i uśmiech. Ogrom wdzięczności, przyjaźń i zrozumienie. Najmniej tam śmierci. To nie paradoks to właściwe widzenie porządku rzeczy. Każdy tam zna swoje miejsce. Trzeba to tylko zobaczyć oczami Zorki. Trzeba tylko chcieć spojrzeć i przestać być samolubem. Boże daj nam tysiąc Zorek.


Agnieszko życzę Ci i wszystkim nam, żeby tą książkę przeczytało jak najwięcej osób i dziękuję z głębi medycznego serducha.

wtorek, 15 października 2013

"Bo miłość to ja"- fenomen Hanki

Maria Anna Tyszkiewiczowa- Hanka Ordonówna z Mężem
Ludzkość nauczyła się żyć z konwenansami i stereotypami. Te konwenanse każą nam patrzeć bez zastanowienia formułą schematów. Jaką kobietę świat uważa za idealną?
Pomijając urodę, większość z nas zgodzi się, że najlepsze przymioty płci pięknej to zalety wspomagające utrzymanie harmonii i ciepła domowego ogniska. Mężczyźni szukają dobrych, cnotliwych, wiernych żon, nie bez nadziei na ich urodę. Kobiety podziwiają niezłomne, heroiczne siłaczki. Stereotyp? Tak, ale i prawda. Jaką chce być kobieta?

Przez całe wieki mężczyźni łatwo wybaczali sobie przelotne miłostki tłumacząc się hojną naturą. Posiadanie żony i kilku kochanek było w dobrym tonie i świadczyło tylko o dobrym stanie męskości.
Kobieta miała prowadzić się anielsko, nie dając nawet cienia podejrzeń o zdradę. Historia obfituje w smutne historie kar za zdradę męża. Obcinane głowy, spalone stosy, ukamienowanie- to kilka z wyrafinowanych kar, którymi raczono niewiasty, które śmiały korzystać z podobnych praw co mężczyźni.

Czasy nie zmieniają się tak bardzo jakbyśmy tego chcieli. Ideał dobrej żony pozostaje ten sam.
Dlaczego jednak słuszne pierwszeństwo idealnym kobietom zabierają wspaniałe kochanki?
Kobiety od zawsze pobudzające emocje, namiętności, męską moc. Te, które okazały się doradcami, przyjaciółmi, a nawet autorytetami. Tym wiele się wybaczało, na wiele ich słabostek przymykało oczy. Spolaryzowane kobiety, zaszufladkowane przez historyczną, męską hegemonię.

Drodzy mężczyźni czego od nas chcecie?
Pisząc o Hance Ordonownej w ostatnim poście nie odważyłam się opowiedzieć tego co w rzeczywistości chciałam.
Życiorys, koleje losu są owszem interesujące, ale pewne tak samo jak książka do historii. Zrozumienie prawdziwych emocji, podniet, które niesie ze sobą życie, to chyba jest istotne i najistotniejsze w życiorysach, które zdarza mi się przytaczać. Czemu ja się tej Ordonki tak czepiłam?
Chyba dlatego, że po dziś dzień fascynuje nie tylko mężczyzn, ale również działa inspirująco na kobiety. Wiele z nas chciało by mieć w sobie tą tajemnicę, która ona nosiła. Każda chciałaby inspirować tak jak ona. Wreszcie ja chciałabym zrozumieć w kim zakochał się bez pamięci Wielki Fryderyk ( Fryderyk Jarošy)
Skromna Pietrusińska, dość przeciętnej urody panienka przerodziła się w łamiącego męskie serca „wampa”.
Co by o niej nie powiedzieć miała w sobie głębokie pokłady wielobarwnych uczuć. Umiała je uwolnić nie tylko na scenie. Miała wielkie serce dla przyjaciół, znajomych i wszystkich potrzebujących. Na scenie posiadała więcej tajemnicy niż w życiu. Była wesoła, roześmiana- uwielbiała się bawić, żartować. Jednocześnie miała „instynkt ćmy”. Leciała do uczuć i emocji, jak ćma do świecy. Ten lot, z góry, skazany był na klęskę. „Ćma” nie umiała oprzeć się głodowi wrażeń. To poskutkowało nieudaną próbą samobójczą na początku jej kariery. Potem zawsze skrzętnie ukrywała wstydliwe „memento” na skroni. Bliznę po rewolwerowej kuli. Efekt nieszczęśliwego zakochania w nieodpowiednim mężczyźnie.
Mężczyźni kochali ją wielobarwnie. Jedni pożądali do szaleństwa, inni kochali miłością spokojna, przyjazną, opiekuńczą. Wreszcie ojcowską. Ona potrzebowała jednej i drugiej.
Hrabia Tyszkiewcz, za którego wyszła za mąż, oczarowany był nią od samego początku znajomości. Pomimo sprzeciwu rodziny- ożenił się. Historia jak z bajki. Otoczył ją spokojną, dobrą miłością opiekuna i wspaniałego przyjaciela. Jego zrozumienie dla talentu i mentalności artystycznej była wprost nie do uwierzenia. Dbał o jej interesy nie tylko jako mąż, ale i manager. Przymykał oko na jej słabości-wiele wybaczał, a przede wszystkim rozumiał. Czyż potrzeba więcej?
Tak, Ordonce potrzeba było więcej. Poprzedni partner, wspomniany już Fryderyk Jarošy, niezwykły człowiek, stał się jej mentorem. Drogowskazem artystycznej kariery, i umiejętnym nauczycielem, który „rozpakował” drzemiące w niej zdolności. Upewnił ją w swojej kobiecości. Przy nim Hanka rozkwitła jako kobieta i jako artystka. Nauczyła się rozpoznawać swoje uczucia, panować nad ciałem- ruchami i gestami. Jak dziecko słuchała wszystkich uwag i zastrzeżeń. Budowała się.
I pytanie- czy jej to wystarczyło? Oczywiście, że nie.
Była artystką- musiała wciąż posiadać nowe elementy ekscytacji. To jakby uzależnienie od podwyższonego poziomu emocji.
Miała przelotne romanse. Od każdego z partnerów brała to czego potrzebowała. Umiała się tym budować. Jednocześnie stawiać granicę. Już więcej nie dopuściła do tego, by mężczyzna tak dalece nią zawładnął, aby stało się to dla niej niebezpieczne.
Szaleństwo miłości Osterwy ( wybitnego aktora krakowskiego)do artystki polegała na tym, że spotkały się ze sobą dwa emocjonalne wulkany. Juliusz Osterwa szalał za Ordonką w dwójnasób – jako artysta i dyrektor teatru, chcąc ją zwerbować do swoje :Reduty” oraz teatru krakowskiego. Również jako kochanek- zaangażowany ponad zdrowy rozsądek, wbrew swojemu małżeńskiemu i rodzinnemu stanowi, oraz wiekowi. Osterwa imponował Ordonce jako artysta, bo umiała docenić geniusz i ogrom pracy, jaki włożył on w rozwój teatru i zawodu aktorskiego w Polsce. Jednak to co było cudowne na scenie- w życiu stawało się przekleństwem. Uczuciowa huśtawką aktora doprowadził do pogorszenia się jego stanu zdrowia, płynnie przechodząc w depresję. Wreszcie do koniecznych pobytów sanatoryjnych. Hanka stała się jego ogromną namiętnością, wbrew wszystkim zakazom i przyzwoitości. Aby osiągnąć swój cel, aby być blisko Ordonki, Osterwa interweniował nawet u jej męża. Wreszcie podejmował niezbyt eleganckie kroki, kiedy poczuł się odrzucony i zlekceważony.
Hanka Pietrusińska zasmakowała w życiu wielu odcieni miłości, każdy z jej mężczyzn hojnie raczył ją uczuciem i zainteresowaniem. Przyjmowała to chętnie i z wdzięcznością, dzieląc siebie jak kawałki smacznego tortu.
Zabijała modny, kobiecy stereotyp. Łamało go i zadawała kłam. Swoim życiem sprawiła, że niesłusznym stawał się mit kobiety monogamistki jako najbardziej pożądanej kobiety-poczciwej, dobrodusznej matki, która zapewni mężczyźnie spokojny dom i palący się ogień w kominku.

Mężczyźni tylko z lęku przed odrzuceniem pragną mieć tego typu żonę. Ot cała prawda odkrywająca męskie słabości- strach przed odrzuceniem, ośmieszeniem, niepewność siebie. Mężczyźni boją się silnych kobiet.
O kobietę pewną swoich zalet, rozkwitniętą trzeba walczyć, zabiegać. Uganiać się. Nie iść na łatwiznę.
Bo żadna z tych nie da się zamknąć w pudełeczku, chociażby najpiękniejszym. Małżeństwo samo w sobie nie musi być najpiękniejszą i najbardziej wartościową rzeczą, jaka się trafia kobiecie.
Hanka udowadnia, że jest wiele emocji do przeżycia. Jest mnóstwo dobrych rzeczy, które daje drugi człowiek i jego uczucia. Byleby one były i w dodatku z przewagą tych pozytywnych.


Wnioski z tego wysnuwam dość jasne. Mężczyznom życzę więcej odwagi i pewności siebie oraz uczuciowej afirmacji swoich wybranek, a kobietom więcej odwagi w życiu. Za przykładem Hanki Ordonównej- żyjmy pięknie, kochajmy i pozwólmy się kochać. „Miłość Ci wszystko wybaczy”

niedziela, 22 września 2013

Poszukiwana Hanna Karwowska





Szanowni Czytelnicy,
Jeden z Czytelników chciała dowiedzieć się coś o aktorce- Hannie Karwowskiej. Odezwał się do mnie jako do źródła podobnych informacji. Niestety, moje wiadomości na temat tej nie dość znanej aktorki są bardzo znikome. Dlatego proszę Was wszystkich. Jeśli znacie źródło informacji o losach tej pięknej dziewczyny, proszę o kontakt na : mota@op.pl

Hanna Karwowska zagrała w polskich przedwojennych produkcjach: "Dziewczęta z Nowolipek" i "Strachy".
Czy prawdziwa jest informacja, że zmarła w wieku 95 lat w 2011 roku?


niedziela, 8 września 2013

Pietruszewska znaczy Ordon



Talent rodzi się jak diament. Zwykły człowiek myśli, że znikąd, bo nie jest świadom tej ogromnej siły natury, która diament ten rodzi. By zdobyć ten cenny kruszec trzeba szczęścia i ogromnej pracy.
Podobnie z talentem- jest w każdym z nas. Szczęście tylko powala go wydobyć, zauważyć i oprawić w należyty sposób.
*
Mała, szczupła dziewczynka siedzi na ziemi z główką wtuloną w kolana matki. Płowe, cienkie warkoczyki spływają po białym fartuchu. Spracowana, szorstka dłoń gładzi troskliwie córkę. Przez otwarte okno wpadają promienie wrześniowego słońca. Firanka co chwilę delikatnie łopocze od ciepłego przeciągu. Liście przyjemnie szumią udając szmer potoku.
-Już niedługo będą grzyby- zamyśla się matka.
Ilość grzybów kompletnie nie ma znaczenia dla dziewczynki. Jej myśli roztopione we wrześniowym słonku, swobodnie krążą po pokoju jak mucha.
- A mamusia to wie kim ja będę jak dorosnę?-
-Będziesz dużą dobrą córką- Maryniu- żartuje matka.
-Oj, mamusia żartuje, a ja się pytam tak naprawdę. Kim ja będę?.
-Pójdziesz do pani Mareckiej do przyuczenia. Będziesz wspaniale szyła i będziesz miała z czego żyć. Ludzie zawsze będą potrzebowali ubrań. Krawiectwo to dobry fach.
Marysia nie odpowiedziała, bo grzeczne dzieci nie sprzeciwiają się dorosłym. Nie bardzo podobał jej się pomysł mamy. W myślach już widział poranione palce szpilkami i okulary z grubymi szkłami na jej nosie. Jak każda dziewczynka marzyła o tym, żeby tańczyć w ogródku, śpiewać ładne piosenki i zrywać kwiatki. Szycie jest takie nieciekawe i głupie. Jednak skoro mama mówi, że tak będzie dobrze, to widać dorosła kobieta będzie szczęśliwa będąc krawcową.
-Mamusiu, a dlaczego nie mogłabym śpiewać jak ta pani na cenie w letnim teatrzyku?
-Dziecko, o czym ty mówisz? To nie jest zawód dal uczciwej kobiety...
-Ale ja bym tak chciała...
-Głupiutka jesteś jeszcze to nie rozumiesz, że z tańczenia wyżyć się nie da. Ta pani nie jest szczęśliwa.
-Właśnie, że będę tańczyć i śpiewać- szepnęła cicho Mania.
*
Maria Pietruszyńska niczym nie wyróżnia się spośród innych młodych kobiet. Nie jest skończoną pięknością. Jej życiorys jednak przypomina klasyczną historię Kopciuszka.
Młoda dziewczyna, z głową nabitą marzeniami pojawia się w teatrze. Grywa ogony, ledwo starcza jej na życie i na wynajęcie taniego kącika do mieszkania. Sąsiedzi rodziców wytykają ją palcami, a rodzice nie chcą, żeby pojawiała się w domu rodzinnym. Wstydzą się córki artystki. Nie chce być krawcową, zarabiać tak jak inne młode kobiety. Czuje, że jej przeznaczeniem jest scena. Droga młodego artysty wiedzie poprzez gąszcz upokorzeń, biedy, zazdrości i niespełnionych marzeń.
*

„Marysia zagaduje wielkiego aktora o nowe przedstawienie, które ma rozpocząć dziś wieczorem i nieśmiało rzuca pytanie, czy mogłaby liczyć, że kiedyś i ona wystąpi nie tylko w tańcu, ale jako artystka.
-Wszystko na świecie jest możliwe, moja maleńka- odpowiada Hanusz od niechcenia. -Tylko widzisz- dodaje po chwili- z takim nazwiskiem jak twoje: Pietruszyńska , to daleko nie zajdziesz. To nie jest nazwisko na scenę. (…) Kto będzie się zachwycał Marią Pietruszyńską? (…) zaraz powiedzą Pietruszkiewicz, a potem wręcz Pietruszka. I bądź tu gwiazdą z takim nazwiskiem.
-Tak to prawda...- przyznaje Marysia doszczętnie załamana. - Ale jak ja się mam nazywać?.
Jak?- Hanusz zastanawia się.- Coś trzeba wymyślić...
Tak jak Kuczabińska przerobiła się na Strońską, tak ty moja , mogłabyś zrobić z siebie...-wspominając Strońską, która niedawno w Sfinksie recytowała Redutę Ordona, Hanusz prawdopodobnie już wie, co powie, lecz dla wywołania tym większego wrażenia robi dramatyczną pauzę, zatrzymuje się i wznosząc wskazujący palec wygłasza:- Ordon. Maria Ordon!...
Chociaż Maria- dorzuca z grymasem -to dość pospolite imię.
-Na drugie mam Anna, z bierzmowania- szepcze Pietruszyńska.
Świetnie -przyjmuje Hanusz.- Anna Ordon. Voila!„

Marysia przyjmuje sceniczny pseudonim, który ewoluuje do : Hanki Ordonówny.
Co prawda nic to nie zmienia w jej statucie i kariera toczy się swoim, jeszcze smutnym torem.

Byłaby pewnie jedną z wielu girlsów tańczących w tle znanych artystów, gdyby nie spotkała na swojej drodze prawdziwego księcia sceny- Fryderyka Járosy'ego, który w skromniej, szczupłej tancereczce widzi natychmiast divę sceny, wielką gwiazdę polskiej rewii. Uczy ją jak chodzić, unosić głowę, patrzeć. Pokazuje jak gestykulować na scenie, jak budować napięcie; mówić i co mówić, żeby wzbudzić apolauz. Jednocześnie kocha i podziwia. Bo tylko zakochany mężczyzna potrafi odkryć prawdziwe piękno kobiety. Zobaczyć w niej istotę niezwykłą i wyjątkową, a co najważniejsze przekonać świat o jej niezwykłości i wyjątkowości.



W kolejną rocznicę śmierci Hanki Ordonówny pragnę przypomnieć jej niezwykłą osobę. Choć jej życiorys obfituje w wiele wydarzeń, często tragicznych, to jej życie snuje się na kanwie wielkiej miłości do życia, która jeszcze teraz, po 53 latach od jej śmierci ożywia o niej pamięć.



Cytat pochodzi z: "Pieśniarka Warszawy" Tadeusa Wittlina, Wydawnictwo Polonia 1990 

czwartek, 28 lutego 2013

„Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”- rozmowa z Anną Mieszkowską autorką biografii o Fryderyku Járosym.



Autorka Anna Mieszkowska podczas wystawy poświęconej Fryderykowi Jarosyemu w 2000 r.


Kiedy napisała do mnie Pani Anna Mieszkowska prawie stanęło mi serce. Pani Anna ostrzegała mnie, że przy zetknięciu z historią Fryderyka Járosyego należy szczególnie uważać na ten czuły narząd. Pomna swoich emocji przy zbieraniu materiałów do książki, poważnie obawiała się, jak ja zniosę to zetknięcie z legendą. Nie myliła się- cały świat wkoło mnie chwilowo jakby stracił blask, a serce wykonuje potężną pracę bijąc za szybko.
*

Anna Mieszkowska jest historykiem teatru. Jako pracownik PAN zajmuje się emigracyjną dokumentacją teatralną. Jest autorką głośnej i pierwszej biografii o Irenie Sendler: „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, na podstawie której w 2009 roku zrealizowano film produkcji USA.
W swoim dorobku posiada m.in.: biografię o Marianie Hemarze („Ja kabareciarz! Marian Hemar od Lwowa do Londynu” ), album wydany wspólnie z Władą Majewską („Za dawno, za dobrze się znamy. Piosenki Mariana Hemara"),  pozycje o dziejach kabaretu emigracyjnego („Była sobie piosenka. Artyści emigracyjnej Melpomeny”).
Prywatnie- dobry i serdeczny człowiek, a przede wszystkim szalenie cierpliwy. Mówiąc to wykonuję wielki ukłon w stronę mojego Gościa.

Dzisiaj będziemy rozmawiać o ważnej, jak sądzę, dla Pani pozycji w jej dorobku, biografii Fryderyka Járosyego: „Jestem Járosy! Zawsze ten sam…”, wydaną przez Wydawnictwo Muza.
Co tak naprawdę spowodowało, że zachwyciła się Pani Fryderykiem Járosym do tego stopnia, żeby napisać jego biografię?


 Moją fascynację wywołała lektura wspomnień Stefanii Grodzieńskiej „Urodził go Niebieski Ptak”. Pani Stefania napisała zdanie, które stało się moim mottem: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie!”. Pożałowałam i postanowiłam zmierzyć się z legendą przedwojennych kabaretów. Spróbowałam wejść w ten świat. Ponieważ książek na ten temat jest wiele: wspomnienia Krukowskiego, Sempolińskiego, Fogga, Zimińskiej…, postanowiłam napisać książkę, której głównym tematem byłyby losy powojenne, emigracyjne dawnych gwiazd kabaretu – Zofii Terne, Konrada Toma …

 Tak powstał zamysł książki „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (2007). Ale już w 1998 ogłosiłam w „Pamiętniku Teatralnym” obszerny artykuł „Zawsze ten sam, czyli Fryderyk Jarosy na emigracji w latach 1945-1960”. Stał się on także rozdziałem książki „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (2005). 

Ale miałam w sobie niepokój, że dla pamięci Fryderyka to za mało. Stąd pomysł niezależnej, osobnej publikacji poświęconej niezwykłemu „Polakowi z wyboru” uzupełnionej archiwalnym nagraniem ostatniego wywiadu, którego udzielił Teodozji Lisiewicz w programie literacko-muzycznym Radia Wolna Europa, na dwa miesiące przed nagłą śmiercią w Viareggio w sierpniu 1960 roku.

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim był „Fryderyk Wielki”. Proszę przybliżyć jego postać. 

Nazywano go Fryderykiem Wielkim, mistrzem, a nawet królem kabaretu. Oczywiście tego przedwojennego. Bo chociaż Járosy żył jeszcze po drugiej wojnie światowej 15 lat, jego czasy, epoka, w której czuł się najlepiej i najszczęśliwiej żył i pracował, minęła bezpowrotnie we wrześniu 1939 roku. Skąd się wziął w przedwojennej Warszawie? I kim właściwie był ten czarodziej teatru? Bo lakoniczna informacja, że urodził się 10 października 1889 roku w Pradze, a zmarł 6 sierpnia 1960 roku w Viareggio, że był aktorem, reżyserem, piosenkarzem, autorem sztuk dramatycznych, opowieści biograficznych prawdziwych, i zmyślonych zupełnie nie pasuje do tego niezwykłego człowieka.  Jak w niewielu zdaniach oddać bogactwo jego osobowości, opisać sztukę, której był jedynym autorem i wykonawcą? Bo chociaż mówił najczęściej z estrady cudzym tekstem (konferansjerki pisali mu m.in. Tuwim i Hemar), śpiewał piosenki innych autorów, to wszystko robiło na widzach wrażenie czegoś wyłącznie jego pomysłu i jego autorstwa.  Tadeusz Boy- Żeleński z okazji dziesięciolecia pracy artystycznej Járosyego  w Polsce pisał: „Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał dowcip i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością”. Kazimierz Krukowski już po wojnie dopowiedział: „Járosy to nie szablonowy zapowiadacz numerów. Bez jego >Proszę Państwa< zawsze jakby czegoś brakowało. Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”.

Tadeusz Wittlin zapamiętał: „Używał niemieckich i angielskich wód kolońskich. Palił nałogowo Egipskie, grał nałogowo w brydża, nie mając szczęścia do kart. Często grał także na wyścigach. Mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku, francusku, znał angielski. Na scenie występował prawie zawsze w smokingu, rzadziej we fraku. W życiu ubierał się bez zarzutu. Był elegancki, a nawet wytworny. Nie tylko w stroju, ale i w sposobie bycia. Nie podnosił głosu, do artystów miał cierpliwość i stanowczy spokój. Był ulubieńcem nie tylko publiczności, ale i krytyków”
Fryderyk Jarosy podczas występu

No właśnie: "Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie"- powiedziała Stefania Grodzieńska. Widząc taki opis mężczyzny- rzeczywiście należy żałować.
Żałuję, że nie będę mogła poznać kogoś tak wspaniałego jak Fryderyk Járosy, ale i Stefania Grodzieńska i wiele innych cudownych osób tamtej epoki.
Proszę mi jednak powiedzieć, czym zachęcić młode osoby do pamięci o nich?
W czym widzi Pani największe trudności?

 Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie (w wieku 20-30 lat) chętnie wracają do wspomnień pradziadków. Piosenki Fogga mają nowe wykonania. Do udziału w festiwalu piosenki „retro” zgłaszają się młodzi wykonawcy z całej Polski. To cieszy.
Czego szukają w przeszłości? Czaru tamtych lat, bajki, kultury słowa i obyczaju. Szacunku dla innych.
 To był świat wysokiej kultury, chociaż nie było przepychu, bogactwa na codzień. Lata trzydzieste to kryzys gospodarczy, którego my też doświadczamy.
Panie sprzedawały futra, aby mieć na życie. Potem garsonki, a nawet suknie. Ale była jakaś solidarność w społeczeństwie, w grupach społecznych i zawodowych.

Dzięki Pani pracy ten świat nie odejdzie w zapomnienie.
Kilkanaście lat zajęło Pani poszukiwanie osób, przyjaciół, znajomych Fryderyka, którzy mogliby dać świadectwo jego życia. Rozumiem, że Pani znalazła. Kto to był, kto Pani pomógł?

Nie byłoby tej książki bez pomocy około stu osób!
 Z Polski pomogli mi: dr Hanna Krajewska, dyrektor Archiwum PAN, Lidia Wysocka, Antoni Marianowicz, Kazimierz Koźniewski, w Waszyngtonie: Jan Nowak Jeziorański, Kaya Mirecka Ploss, w Los Angeles: Wanda Stabrowska, w Australii: Gwidon Borucki, w Londynie: Włada Majewska, Renata Bogdańska-Anders, Helena Kitajewicz, Irena Delmar, i wiele innych osób, które wymieniam i dziękuję w książce. 

Powiedziała Pani o wspomnieniach Stefanii Grodzieńskiej w książce "Urodził go Niebieski Ptak".  Przyznam się, że i dla mnie jest ona cudowna. Dzięki niej mogłam zbudować sobie wyobrażenie o Fryderyku Járosym.
 Słynne jego przezwania:  "Szarpio" o Stefanii Grodzieńskiej, albo "Hanećka" o Ordonce. Takie ciepłe i cudownie klimatyczne wyrażenia, które oddawały stosunek Fryderyka do ludzi. Faktów, o których wspomina Stefania Grodzieńska nie rozwija Pani w biografii. Odnoszę wrażenie, że obie książki bardzo doskonale się uzupełniają. Czy dobrze zrozumiałam Pani intencje?

Taka była moja idea, aby opisać inny czas w życiu Fryderyka niż ten, o którym opowiada Stefania. Zresztą w drugim wydaniu "Niebieskiego Ptaka", Stefania za moją zgodą dopisała rozdział, który był skróconą wersją mojego artykułu z "Pamiętnika Teatralnego".
Nigdy nie zapomnę jaką radość sprawiłam Stefanii opowieściami o żonie i dzieciach Jarosyego.
Ona przyznała, że w tej jego opowieści o rodzinie oboje z Jurandotem nie wierzyli. Fryderyk miał żelazną zasadę, że sprawy rodzinne nie były przedmiotem towarzyskich dyskusji. A jego najbliższa rodzina zupełnie się nie orientowała w skali jego kariery w Polsce.
Tak miało być i było.

Ta jego tajemniczość  zapewne utrudniła pracę w zbieraniu wiadomości na jego temat.
Trzeba było tytanicznej pracy, żeby zebrać materiał, który rzetelnie i prawdziwie przedstawił osobę „Wielkiego Fryderyka”. Proszę opowiedzieć, jak zbierała Pani materiały do biografii.

Materiały do tej książki zbierałam od 1991 roku. Ale to co, najważniejsze – czyli archiwum Jarosyego znalazłam w Wiedniu  w 1995 roku. Dziwnym zbiegiem okoliczności odszukałam jego córkę, Marinę Jarosy-Kratochwil. Kilka miesięcy przed moim pojawieniem się u niej, sama chciała oddać pamiątki po ojcu do wiedeńskiego muzeum teatralnego. Ale tam jej powiedziano, że NIGDY o takim artyście nie słyszeli. Zabrała wszystko z powrotem do domu. I za jakiś czas ja się zjawiłam. 

To z pewnością było cudowne spotkanie. Bardzo zazdroszczę…

Marina była bardzo podobna do ojca. Zarówno pod względem urody jak i charakteru. Kontaktowa, ciepła, serdeczna. Zaprosiłam ją do Warszawy. Była dwa razy. Zaprowadziłam do Stefanii Grodzieńskiej, która bardzo przeżyła to spotkanie. Obie panie były wzruszone – a ja – szczęśliwa! W kwietniu 2000 roku zorganizowałam ogromną wystawę w warszawskim Muzeum Teatralnym. Z koncertem. Wszystko bardzo dobrze wypadło. Później kilka razy byłam jeszcze w Wiedniu. Między innymi z Aliną Janowską na uroczystości odsłonięcia  dwujęzycznej płyty na grobie Fryderyka, którą ufundował  ZASP.
Ostatni raz widziałyśmy się w 2008 roku, przywiozłam książkę, którą przytuliła. Obie się popłakałyśmy, jakby przeczuwając, ze to może być nasze ostatnie spotkanie. Potem już tylko był kontakt telefoniczny…
Zdążyła Pani ofiarować książkę jeszcze ciepłą, zaraz po wydaniu…
NIKT mi nie chciał wydać tej książki!!!! Aż zniechęcona zarzuciłam projekt na kilka lat. Wszystko się odwróciło po biografii o Irenie Sendlerowej, której pierwsze wydanie było w 2004, i potem: Hemar: 2005, Była sobie piosenka 2006, i Fryderyk 2008. Nie było łatwo!!!! Niestety Muza zaniedbała sprawę marketingu moich trzech kabaretowych książek.

To bardzo smutne, co Pani mówi. Lepiej sprzedają się poradniki pisane wielką czcionką  przez celebrytów, niż naprawdę wartościowa literatura o wspaniałych Polakach.
Fryderyk Járosy uznawał się za Polaka. Zachowywał jak gorący patriota. Wypłacono mu z nawiązką -niewdzięcznością i odrzuceniem, a na koniec opuszczeniem, samotnością i banicją. Wiem, że znosił to dumnie i nawet pogodnie. Czy uważa Pani, że obecnie, w sposób wystarczający zrehabilitowano pamięć o jego osobie?


Fryderyk mógł uniknąć aresztowania, więzienia, getta, ran w powstaniu, Buchenwaldu.
Dla Niemców był Reichsdeutschem! Stąd propozycja, aby prowadził kabaret niemiecki.
Miało to dalsze konsekwencje po wojnie. Niemcy nie chcieli dać mu odszkodowania za utratę zdrowia ... bo przecież należał do grupy uprzywilejowanych! A że on wolał cierpieć jak Polacy, to jego sprawa. Dla Fryderyka taka postawa, którą wybrał w Polsce była postawą Człowieka Honoru!

Ostatnie jego lata spędzone wśród polskiej emigracji w Londynie nie były łatwe. W polskim środowisku żył w pewnej izolacji. Niby o nim wiedziano, w coś go jeszcze angażowano, do czegoś go jeszcze zapraszano. Ale to była upokarzająca namiastka dawnej aktywności. W Londynie nie znalazł zrozumienia, ani wsparcia moralnego. Nie odwzajemniono jego szczerych, patriotycznych uczuć do Polski i Polaków. Niedawny ulubieniec publiczności pod koniec życia był schorowany, w niedostatku, na angielskim, rządowym zasiłku.

 „My wszyscy od razu zapomnieliśmy o nim” – z żalem pisał Hemar w sierpniu 1960 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela. „Żal mi bardzo, że daliśmy odejść Fryderykowi Jàrosyemu, nie pożegnawszy go za życia, serdecznie i pięknie, nie dawszy sposobności, aby on do nas wygłosił długą, dowcipną, pożegnalną konferansjerkę”.

Fryderyk Jarosy- zawsze ten sam...

Napisała Pani we wstępie swojej książki:
" Przez wiele lat, szukając informacji o nim w różnych krajach, próbowałam zrozumieć, kim był człowiek, który napisał o sobie: "Doktor filozofii, Welfare oficer - 2 Corps., teatralny producer, Actor, pisze na maszynie, playwright, bookkeeper, announcer, presenter; ang., franc., ros. - zupełnie dobrze, niem.-bardzo dobrze. Szuka pracy tłumacza".
Czy zrozumiała Pani?

Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w ostatnim rozdziale książki „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…”, na s. 243 we fragmencie listu do Anny Antik … i na s. 248 w opisie zawartości kalendarzyka na 1960 rok:
„Twoje słowa są bardzo ważne dla mojego chorego serca. Z upływem lat człowiek staje się samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, kto już wszystko ma za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować. Ze wszystkim można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka tęsknota za głupstwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat (…). Patrząc na bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: „Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”.

O planach na wznowienie wydania nie będziemy rozmawiać?

Nie, jestem przesądna… 

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. W skrytości ducha marzę, że to jeszcze nie koniec…

Dziękuję

Autorka Anna Mieszkowska po zakończonej uroczystości poświęconej Fryderykowi Jarosyemu- Zmęczona, ale szczęśliwa

Pani Anna Mieszkowska przekazała Czytelnikom bloga plik unikatowych zdjęć. Na jednym z nich znajduje się Stefania Grodzieńska z Mariną Járosy-Kratochwil, córką Fryderyka Járosego. Na rewersie jest dedykacja: „Dla Pani Moniki Zakrzewskiej i wiernych czytelników Bloga Co się dziwisz z najlepszymi życzeniami spełnienia marzeń! Anna Mieszkowska, Warszawa 26.02.2013 r”



poniedziałek, 25 lutego 2013

Po raz pierwszy- zapraszam na wywiad.


Zdjęcie ze strony Wydawnictwa MUZA

Już wkrótce zapraszam wszystkich Czytelników i Blogerów na pierwszy wywiad w historii tego bloga. Zechciała ze mną porozmawiać Pani Anna Mieszkowska, pracownik Archiwum PAN w Warszawie.

 Autorka jedynej biografii o Fryderyku Jarosym: „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam...”, biografii Mariana Hemara: „Ja kabareciarz, Marian Hemar od Lwowa do Londynu”, dziejów polskiego kabaretu na emigracji: „Była sobie piosenka”. 
Autorka pierwszej biografii o Irenie Sendlerowej, na podstawie której powstał film „Dzieci Ireny Sendlerowej”.


Już nie mogę się doczekać. Będzie ciekawie i bardzo wzruszająco. Serdecznie wszystkich zapraszam.

piątek, 12 października 2012

Zawsze Młoda




Plakat II wystawy TAP "Sztuka", 1898, modelka Ata Zakrzewska





O tym marzy każda kobieta. 
Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w
ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część
przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie
panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i
przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze
młoda pozostaje jedynie idea.





Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,
 co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym
brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie
do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się
za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.







"Ruda", Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 





Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez
mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich
spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie
ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie
jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi
powiedzieć? Wracam do niej jutro!





Feniks powstaje z popiołów













Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.





Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.





Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.





Wacław Rolicz-Lieder







Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski








Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich
znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla
zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla
publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca
bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z
okresu około 1900 roku.


Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na
twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz
kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy
obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.


Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak:
Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska,
Teodor Axentowicz i wielu innych.


Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie
sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za
darmo. Wystarczy tylko przyjść. 








Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?





W sztuce jest spokój


W sztuce ukojenie


W sztuce jest życie


W sztuce zapomnienie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...