poniedziałek, 31 maja 2010

Park Jordana



Park Jordana, ten najsłynniejszy w Polsce, był częścią koncepcji znanego i cenionego działacza, społecznika, krakowskiego lekarza ginekologa- Henryka Jordana. Jordan to niepospolita osobowość krakowska, z której działalności, pomysłów i realizacji korzystamy po dziś dzień. Ogólnym założeniem jego koncepcji było stworzenie parków zabaw dla dzieci i młodzieży dla podniesienia słabej kultury fizycznej w społeczeństwie.

Był to ewenement nie tylko w skali Polski. Takich parków nie tworzono jeszcze nigdzie. Zważywszy na fakt, że Polska była w niewoli, Jordan musiał liczyć się z wieloma przeciwnościami i oporem władz, które nie były chętne wzbogacaniu jakiejkolwiek kultury w narodzie.

W 1888 roku H. Jordan wystąpił do Rady Miejskiej w Krakowie z wnioskiem o przyznanie mu miejsca na Błoniach krakowskich, w celu zorganizowania, własnymi siłami i kosztem, parku dla dzieci i młodzieży. Uchwałą Rady Miejskiej w 1889 roku przyznano doktorowi 8 hektarów , które zagospodarował według własnej koncepcji.
Rada Miejska w uznaniu zasług dr Jordana, nadała parkowi imię –twórcy kompleksu- Henryka Jordana. Funkcjonuje ono po dziś dzień.
W ogrodzie zabaw znalazły miejsce place do zabaw zręcznościowych dla młodzieży, do gry w piłkę, korty tenisowe, miejsca z przyrządami gimnastycznymi. Nasadzono rozmaite drzewa i wytyczono aleje. Do roku 1914 umiejscowiono wzdłuż alejek popiersia najsłynniejszych Polaków, patriotów, poetów, działaczy społecznych. Wiele z nich stoi do tej pory dzięki Kazimierzowi Łuczywo, który uratował je przed dewastacją wojenną.

Oczywistym jest, że park nie pełnił roli jedynie rekreacyjnej. Był on kolebką przyszłych patriotów, żołnierzy, którzy pod okiem kamiennych, sławnych Polaków hartowali ciało i wzmacniali złamanego polskiego ducha. Aż dziw bierze, że takie przedsięwzięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń ówczesnych władz, że pozwolono na realizację tak patriotycznego projektu.
Pierwotną funkcję, tą bardziej oficjalną, Park Jordana pełni do dziś. Jest piękny i wspaniale utrzymany. Popiersia sławnych Polaków rosną ku mojej ogromnej radości. Krakowianie z wielkim upodobaniem wybierają na spacery właśnie to miejsce. Ja również.

Prowadzam tu swoje dziecko, jeździmy na rolkach. Realizujemy projekty, które same sobie wymyślamy np. dzisiaj szukamy wśród pomników ludzi literatury Polskiej i znajdujemy: Mickiewicz, Kochanowski, Niemcewicz, Słowacki itp., albo samych duchownych, albo naukowców. Dziecko ma za zadanie znaleźć, a mama musi opowiedzieć o nim choć kilka zdań. Tak musi być, tak powinno być.

Zapraszam Was wszystkich do Parku Jordana po łyk dawnych czasów, zdrowego powietrza i atmosfery, którą oddychał dawny Kraków. W Jordanówce dają pyszną kawkę i podobno najlepsze „Hiszpany” w Krakowie








Park Jordana



Park Jordana, ten najsłynniejszy w Polsce, był częścią koncepcji znanego i cenionego działacza, społecznika, krakowskiego lekarza ginekologa- Henryka Jordana. Jordan to niepospolita osobowość krakowska, z której działalności, pomysłów i realizacji korzystamy po dziś dzień. Ogólnym założeniem jego koncepcji było stworzenie parków zabaw dla dzieci i młodzieży dla podniesienia słabej kultury fizycznej w społeczeństwie.

Był to ewenement nie tylko w skali Polski. Takich parków nie tworzono jeszcze nigdzie. Zważywszy na fakt, że Polska była w niewoli, Jordan musiał liczyć się z wieloma przeciwnościami i oporem władz, które nie były chętne wzbogacaniu jakiejkolwiek kultury w narodzie.

W 1888 roku H. Jordan wystąpił do Rady Miejskiej w Krakowie z wnioskiem o przyznanie mu miejsca na Błoniach krakowskich, w celu zorganizowania, własnymi siłami i kosztem, parku dla dzieci i młodzieży. Uchwałą Rady Miejskiej w 1889 roku przyznano doktorowi 8 hektarów , które zagospodarował według własnej koncepcji.
Rada Miejska w uznaniu zasług dr Jordana, nadała parkowi imię –twórcy kompleksu- Henryka Jordana. Funkcjonuje ono po dziś dzień.
W ogrodzie zabaw znalazły miejsce place do zabaw zręcznościowych dla młodzieży, do gry w piłkę, korty tenisowe, miejsca z przyrządami gimnastycznymi. Nasadzono rozmaite drzewa i wytyczono aleje. Do roku 1914 umiejscowiono wzdłuż alejek popiersia najsłynniejszych Polaków, patriotów, poetów, działaczy społecznych. Wiele z nich stoi do tej pory dzięki Kazimierzowi Łuczywo, który uratował je przed dewastacją wojenną.

Oczywistym jest, że park nie pełnił roli jedynie rekreacyjnej. Był on kolebką przyszłych patriotów, żołnierzy, którzy pod okiem kamiennych, sławnych Polaków hartowali ciało i wzmacniali złamanego polskiego ducha. Aż dziw bierze, że takie przedsięwzięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń ówczesnych władz, że pozwolono na realizację tak patriotycznego projektu.
Pierwotną funkcję, tą bardziej oficjalną, Park Jordana pełni do dziś. Jest piękny i wspaniale utrzymany. Popiersia sławnych Polaków rosną ku mojej ogromnej radości. Krakowianie z wielkim upodobaniem wybierają na spacery właśnie to miejsce. Ja również.

Prowadzam tu swoje dziecko, jeździmy na rolkach. Realizujemy projekty, które same sobie wymyślamy np. dzisiaj szukamy wśród pomników ludzi literatury Polskiej i znajdujemy: Mickiewicz, Kochanowski, Niemcewicz, Słowacki itp., albo samych duchownych, albo naukowców. Dziecko ma za zadanie znaleźć, a mama musi opowiedzieć o nim choć kilka zdań. Tak musi być, tak powinno być.

Zapraszam Was wszystkich do Parku Jordana po łyk dawnych czasów, zdrowego powietrza i atmosfery, którą oddychał dawny Kraków. W Jordanówce dają pyszną kawkę i podobno najlepsze „Hiszpany” w Krakowie








środa, 19 maja 2010

Władysław Grabowski


Żeby dobrze zagrać Hamleta,
trzeba być przynajmniej 30 lat na scenie.
30 lat na scenie to 50 lat życia,
a jak się ma 50 lat,
to nie można już grać Hamleta.

W. Grabowski

Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.

Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.

W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.

Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)

W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).

Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup.
Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy zdjęć, natrafiłam na pozowane, zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.


FOT: Muzeum Kinematografii w Łodzi







Powyżej scena z Mieczysławą Ćwiklińską, Władysławem Grabowskim, Adolfem Dymszą w filmie "Dodek na froncie"

wtorek, 18 maja 2010

Władysław Grabowski


Żeby dobrze zagrać Hamleta,
trzeba być przynajmniej 30 lat na scenie.
30 lat na scenie to 50 lat życia,
a jak się ma 50 lat,
to nie można już grać Hamleta.

W. Grabowski

Przyznam się, że niewiele wiem na temat prywatnego życia Władysława Grabowskiego. Informacje na ten temat są szczątkowe, bądź żadne. W ostatnich latach nie wyszły żadne wspomnienia o aktorze. Być może, znajdują się jakieś w wielkich archiwach muzeum, czy teatrów, starych gazetach i broszurach. Trudno jednak się do nich dostać. Byłabym nawet wdzięczna, gdyby ktoś wzbogacił moją wiedzę, na temat mojego ulubionego aktora.

Urodził się pod konie XIX wieku. Z moich poszukiwań wynika, że pochodził z rodziny szlacheckiej z wielkimi tradycjami. Był potomkiem Członków Sejmu Wielkiego.
Otrzymał aktorskie wykształcenie w Klasie Dramatycznej Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Grywał dużo w tetrze scen Łódzkich i Warszawskich. Zdarzyły się także występy w Petersburgu.

W czasach, gdy kino w Polsce jeszcze mocno raczkowało, Grabowski był już angażowany do pierwszych produkcji filmowych. Były to produkcje kina niemego. Kina, które wbrew pozorom różniło się od zwykłej gry w teatrze, a także gry w filmach z późniejszych lat.
Aktor grał gestami, twarzą, przerysowaną mimiką, wręcz karykaturalną postawą. Emocje i zdarzenia, musiały być przedstawiane definitywnie i jednoznacznie.

Tak aktor wspomina swoje pierwsze lata kina:
„Pamiętam pokój przy ulicy Rymarskiej w Warszawie. W tym jednym jedynym pokoju mieściło się filmowe atelier. My, aktorzy, byliśmy wtedy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Kiedy to było? W 1908 roku… (…) Było to coś w rodzaju komedii del arte. Reżyserowano wówczas w szybkim tempie. Parę dni film był gotowy.(…)
Najzabawniejsza była gra aktorów. Ich miny, grymasy, gestykulacja śmieszą nas dziś niezmiernie, gdy oglądamy na ekranie film z tamtych czasów. Wtedy to było na porządku dziennym, inaczej się w ogóle nie grało, gestykulacja zastępowała słowo mówione, a napisy wyjaśniały treść tylko w trudniejszych do zrozumienia miejscach. Aktorkom musiały falować piersi, to był warunek konieczny. Ze wzruszenia, z miłości, ze smutku, czy też bólu. Oczy musiały być bardzo duże. Od wielkości ich zależał wielkość gaży…
Wtedy wszystko trzeba było robić samemu. Obecnie mamy dublerów, którzy zastępują nas w bardziej ryzykownych wyczynach. Pamiętam jak sam wdrapywałem się na wysoki młyn. No- ale było się młodszym…” („W starym polskim kinie”, Stanisław Janicki, KAW, Wa-wa 1985)

W niemych filmach Grabowski miał większe role : „Studenci” (1916), „Cud nad Wisłą” (1921), „Trędowata” (1921).

Gdy nastała nowa era filmu dźwiękowego, aktorzy zyskali inną twarz i dopełnienie swojego wizerunku w postaci głosu. Jednym to poszło „na zdrowie”, drugim zamknęło drogę kariery. Władysław Grabowski stał się aktorem charakterystycznym, głównie komediowym.
Przez całe życie zachował szczupłość i ten sam charakter sylwetki. Głowę nosił dumnie, wysoko, arystokratycznie. Kroczył zawsze powoli i dostojnie ( z wyjątkiem sceny z niesfornym, tytułowym Wacusiem, którego grał Adolf Dymsza). W komediach prezentował zawsze typ szlachcica. Potrafił do swojej sfery podejść z wielkim dystansem i nawet krytycyzmem. W filmie „Dorożkarz nr 13” zagrał hrabiego, który straciwszy majątek i żyjący w skrajnej nędzy, przyjmuje się na „kamerdynera” dorożkarza- szczęściarza.
Znakomity komediowy duet tworzył razem z Mieczysławą Ćwiklińską w filmach” Czy Lucyna to dziewczyna” , „Dodek na froncie”, „Ja tu rządzę”, oraz „Wacuś”
Uwielbiam jego styl gry, świadomy, dowcipny, pełen dystansu, zwłaszcza do siebie. Jego role zawsze były sympatyczne i pełne uroku. Śmieszne, ale nie pozbawione tej arystokratycznej elegancji, czasem nonszalancji.
W czasie wojny występował sporadycznie w teatrze jawnym. Po wojnie wystąpił w dwóch filmach: „Dwie godziny:, „Skarb”.
Reszta pozostaje moim milczeniem, gdyż, tu powstają kolejne luki w moich wiadomościach. Pewnie nastanie nowego systemu w powojennej Polsce, a uprzednio wojna, tak jak innym aktorom, przetrąciły aktorski kręgosłup.
Przeglądając zdjęcia z internetowej bazy zdjęć, natrafiłam na pozowane, zdjęcia aktora w podeszłym wieku. Myślę, że teatr, sztuka pozostały dla niego ważne na zawsze.
Władysława Grabowskiego pochowano na warszawskich Powązkach w Alei Zasłużonych.


FOT: Muzeum Kinematografii w Łodzi







Powyżej scena z Mieczysławą Ćwiklińską, Władysławem Grabowskim, Adolfem Dymszą w filmie "Dodek na froncie"

piątek, 14 maja 2010

Bystrzyca Kłodzka


Nettika po raz kolejny zainspirowała mnie do działania. Mam wystawić 10 zdjęcie ze swojego komputera. W moich zdjęciach panuje porządek. Nie zawsze tak bywało, ale całkiem niedawno posegregowałam i wydzieliłam albumy. Albumy nie są poukładane chronologicznie, tylko tematycznie.

W tamtym roku, odbyłam wspaniałą wycieczkę motocyklową w Kotlinę Kłodzką. Jest to już , chyba, jedno z ostatnich miejsc, gdzie nie dotarła współczesność. To ostatnie lata, kiedy można ją zobaczyć spokojną, surową, prawie nietkniętą.
Sytuacja zmienia się z roku na rok. Zdaje się, że gminy pozyskują coraz więcej funduszy na modernizację miast i dróg. Mimo to, nadal jest cudownie spokojne, choć nie dla motocyklistów. Drogi, zwłaszcza te trakty, ciągnące się przez lasy, pamiętają jeszcze czasy, kiedy kotlina była pod niemiecką jurysdykcją.

Dotarliśmy w wiele ciekawych i pięknych zakątków tej krainy. W Międzygórzu zwiedziliśmy malowniczą osadę i piękny, wielki wodospad. W Kłodzku ogromną, monumentalną twierdzę. W Dusznikach, Park Zdrojowy, no i oczywiście Dworek Chopina (nie mogło być inaczej). W Kudowie, leżąc na trawniku, słuchaliśmy występów orkiestr. W Czermnej z zadumą zwiedziliśmy Kaplicę Czaszek. Na Szczeliniec nie chciało nam się wchodzić w motocyklowych strojach,bo groziło nam przegrzanie. Jeszcze zwiedziliśmy ekskluzywną Polanicę, no i oczywiście perłę architektury na skale europejską - Bystrzycę Kłodzką.

Miasto unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Osadzone malowniczo na wzgórzu. Ścisła, zwarta zabudowa, poskręcane, wąskie uliczki. Wysokie, niedostępne mury, przedzielone gdzieniegdzie wejściem i schodami. Typowe miasto obronne.
Teraz bardzo stare i zniszczone, nieremontowane i niezadbane. Tu każdy budynek ma informację, że jest zabytkiem chronionym prawem. Widzę, że to wszystko, co na razie robi się, aby ocalić to wspaniałe miasto.
Trafiłam na miejscowy, bardzo stary cmentarz. Ponieważ uwielbiam stare cmentarze, więc i ten, bardzo cudowny, musiałam sfotografować.

U wejścia, stoi marmurowy głaz z napisem:

"Na tym miejscu, spoczywają dawni niemieccy mieszkańcy Bystrzycy Kłodzkiej i okolic, którzy mieli tu swoją ojczyznę do roku 1946. Módlmy się za ich dusze i wzajemne zrozumienie, między Naszymi Narodami"
Heimatguppe Habelschwerdt
A.D 2006

Leżą sobie spokojni, w szacunku obecnych mieszkańców. Dziejowe losy sprowadziły do Bystrzycy polskich osadników. Ta ziemia została im dana i ją objęli, jako swoją ojczyznę. Ta wspólnota ich łączy Niemców i Polaków. Widziałam świeczkę na grobie i świeże kwiaty.
Modlę się za dusze zmarłych i za to miasto, któremu należy się szczególna opieka i troska.

P.S.
Zapraszam Was wszystkich, którzy chcecie wziąć udział. Umieśćcie 10 zdjęcie ze swego komputera.

Bystrzyca Kłodzka


Nettika po raz kolejny zainspirowała mnie do działania. Mam wystawić 10 zdjęcie ze swojego komputera. W moich zdjęciach panuje porządek. Nie zawsze tak bywało, ale całkiem niedawno posegregowałam i wydzieliłam albumy. Albumy nie są poukładane chronologicznie, tylko tematycznie.

W tamtym roku, odbyłam wspaniałą wycieczkę motocyklową w Kotlinę Kłodzką. Jest to już , chyba, jedno z ostatnich miejsc, gdzie nie dotarła współczesność. To ostatnie lata, kiedy można ją zobaczyć spokojną, surową, prawie nietkniętą.
Sytuacja zmienia się z roku na rok. Zdaje się, że gminy pozyskują coraz więcej funduszy na modernizację miast i dróg. Mimo to, nadal jest cudownie spokojne, choć nie dla motocyklistów. Drogi, zwłaszcza te trakty, ciągnące się przez lasy, pamiętają jeszcze czasy, kiedy kotlina była pod niemiecką jurysdykcją.

Dotarliśmy w wiele ciekawych i pięknych zakątków tej krainy. W Międzygórzu zwiedziliśmy malowniczą osadę i piękny, wielki wodospad. W Kłodzku ogromną, monumentalną twierdzę. W Dusznikach, Park Zdrojowy, no i oczywiście Dworek Chopina (nie mogło być inaczej). W Kudowie, leżąc na trawniku, słuchaliśmy występów orkiestr. W Czermnej z zadumą zwiedziliśmy Kaplicę Czaszek. Na Szczeliniec nie chciało nam się wchodzić w motocyklowych strojach,bo groziło nam przegrzanie. Jeszcze zwiedziliśmy ekskluzywną Polanicę, no i oczywiście perłę architektury na skale europejską - Bystrzycę Kłodzką.

Miasto unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Osadzone malowniczo na wzgórzu. Ścisła, zwarta zabudowa, poskręcane, wąskie uliczki. Wysokie, niedostępne mury, przedzielone gdzieniegdzie wejściem i schodami. Typowe miasto obronne.
Teraz bardzo stare i zniszczone, nieremontowane i niezadbane. Tu każdy budynek ma informację, że jest zabytkiem chronionym prawem. Widzę, że to wszystko, co na razie robi się, aby ocalić to wspaniałe miasto.
Trafiłam na miejscowy, bardzo stary cmentarz. Ponieważ uwielbiam stare cmentarze, więc i ten, bardzo cudowny, musiałam sfotografować.

U wejścia, stoi marmurowy głaz z napisem:

"Na tym miejscu, spoczywają dawni niemieccy mieszkańcy Bystrzycy Kłodzkiej i okolic, którzy mieli tu swoją ojczyznę do roku 1946. Módlmy się za ich dusze i wzajemne zrozumienie, między Naszymi Narodami"
Heimatguppe Habelschwerdt
A.D 2006

Leżą sobie spokojni, w szacunku obecnych mieszkańców. Dziejowe losy sprowadziły do Bystrzycy polskich osadników. Ta ziemia została im dana i ją objęli, jako swoją ojczyznę. Ta wspólnota ich łączy Niemców i Polaków. Widziałam świeczkę na grobie i świeże kwiaty.
Modlę się za dusze zmarłych i za to miasto, któremu należy się szczególna opieka i troska.

P.S.
Zapraszam Was wszystkich, którzy chcecie wziąć udział. Umieśćcie 10 zdjęcie ze swego komputera.

czwartek, 13 maja 2010

Mendelssohn


W tym roku, V Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna, powiązane są z przypadającą w tym roku dwusetną rocznicą urodzin Fryderyka Chopina i Roberta Schumanna. Organizatorzy w tym roku podkreślili szczególną rolę przyjaźni w życiu kompozytora, ze szczególnym akcentem na dobre relacje i wzajemny podziw z Chopinem, oraz zawodową, muzyczną i czysto ludzką przyjaźnią z Schumanem.

Autor krótkiej notki w biuletynie imprezy, Maciej Negrey, przytoczył słowa kompozytora:

„Jako pianista jest teraz Chopin jednym z najpierwszych. Robi zupełnie nowe rzeczy, jak Paganini na swych skrzypcach”, „ …był tu Chopin.…Miło było obcować znów z prawdziwym muzykiem, nie z takimi pół-wirtuozami i pół-klasykami , którzy chcieliby w muzyce połączyć dostojeństwo cnoty z rozkoszą grzechu, lecz takim, co ma swój własny, wyraźnie wytknięty kierunek…”

W tym samym biuletynie, autor podkreślił także wielki szacunek i oddanie Chopina Mendelssohnowi:
„Pozwoli Pan przypomnieć sobie, że jeśli nawet posiada Pan przyjaciół i wielbicieli bardziej Mu bliskich i godniejszych, to nie posiada Pan bardziej Mu życzliwego”

Delikatność, wysublimowanie i szczególna Chopinowska czułość, jak zwykle, jaśnieje, lecz to Mendelssohnowi poświęcone są te dni.
Dlatego moją miłość do Chopina trzymam na wodzy, aby nie przytłumiła wrażenia, jakie zrobił na mnie jeden z koncertów, które jeszcze trwają w ramach Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna.
Koncert organowy w Bazylice OO. Dominikanów w Krakowie. Profesor Andrzej Białko wykonał 7 dzieł organowych: Mendelssohna, Bacha i Liszta.
Czegóż innego, jak wirtuozerskich wykonań można było się spodziewać. Przeżycie czysto zmysłowo i fizycznie szalenie przyjemne i wzniosłe. Jak zawsze podczas koncertów organowych.
Przed nami jeszcze kilka koncertów i prezentacji w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, ul. Meiselsa 17.
Serdecznie polecam.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...