czwartek, 13 maja 2010

Mendelssohn


W tym roku, V Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna, powiązane są z przypadającą w tym roku dwusetną rocznicą urodzin Fryderyka Chopina i Roberta Schumanna. Organizatorzy w tym roku podkreślili szczególną rolę przyjaźni w życiu kompozytora, ze szczególnym akcentem na dobre relacje i wzajemny podziw z Chopinem, oraz zawodową, muzyczną i czysto ludzką przyjaźnią z Schumanem.

Autor krótkiej notki w biuletynie imprezy, Maciej Negrey, przytoczył słowa kompozytora:

„Jako pianista jest teraz Chopin jednym z najpierwszych. Robi zupełnie nowe rzeczy, jak Paganini na swych skrzypcach”, „ …był tu Chopin.…Miło było obcować znów z prawdziwym muzykiem, nie z takimi pół-wirtuozami i pół-klasykami , którzy chcieliby w muzyce połączyć dostojeństwo cnoty z rozkoszą grzechu, lecz takim, co ma swój własny, wyraźnie wytknięty kierunek…”

W tym samym biuletynie, autor podkreślił także wielki szacunek i oddanie Chopina Mendelssohnowi:
„Pozwoli Pan przypomnieć sobie, że jeśli nawet posiada Pan przyjaciół i wielbicieli bardziej Mu bliskich i godniejszych, to nie posiada Pan bardziej Mu życzliwego”

Delikatność, wysublimowanie i szczególna Chopinowska czułość, jak zwykle, jaśnieje, lecz to Mendelssohnowi poświęcone są te dni.
Dlatego moją miłość do Chopina trzymam na wodzy, aby nie przytłumiła wrażenia, jakie zrobił na mnie jeden z koncertów, które jeszcze trwają w ramach Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna.
Koncert organowy w Bazylice OO. Dominikanów w Krakowie. Profesor Andrzej Białko wykonał 7 dzieł organowych: Mendelssohna, Bacha i Liszta.
Czegóż innego, jak wirtuozerskich wykonań można było się spodziewać. Przeżycie czysto zmysłowo i fizycznie szalenie przyjemne i wzniosłe. Jak zawsze podczas koncertów organowych.
Przed nami jeszcze kilka koncertów i prezentacji w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, ul. Meiselsa 17.
Serdecznie polecam.



wtorek, 11 maja 2010

Piwnica pod...




Czy można skojarzyć Piwnicę pod Baranami inaczej niż z Krakowem? Ta charakterystyczna atmosfera. Mistyczna historia , która na trwałe wgryzła się w Kraków i stała się częścią jego bytu. Pogrążę się w lekturze z niekłamaną przyjemnością.

***



Anioły są na świecie, a ich działanie można zobaczyć, kiedy się patrzy w oczy człowieka. Niemal odczuwa się muśnięcie ich skrzydeł.
Troskliwi, wierni druhowie towarzyszą bez zmęczenia naszemu ziemskiemu bytowi. Widzę ich działanie w dobru, które dajemy sobie wzajemnie.
Jolanto- dziękuję Ci za pamięć, dobre słowo i radość, którą mi sprawiłaś tą wspaniałą książką. Uśmiech jak banan, nie schodzi mi z twarzy. Z repertuaru Piwnicy pod Baranami wybrałam jeden utwór dla Ciebie:

Anioł mój lewy
Mordkę ma białą jak spaniel
Od żalu bólu i mleka
Czeka na Boskie skaranie
Sen ma na ciężkich powiekach


Przyszedł dziś do mnie w zastępstwie
Na ogół wpada ten prawy
Mój anioł lewy ma pecha
Od szkód i od wszelkiej zabawy


Strzeż mnie aniele strzeż
Jutro i tak Ci ucieknę
Lecz zanim znajdę się w piekle
Strzeż mnie aniele strzeż


Najpierw mi grzechy przekłada
Trochę niepewnie na wadze
Te słodkie jak czekolada
Nie są niestety w przewadze


Ciężkie i całkiem śmiertelne
Mylą się grzechy lewemu
Gdy scholastyczny ma problem
Śpiewam mu zamiast refrenu


Strzeż mnie aniele strzeż...


Mordkę jak spaniel ma białą
A oczy dobre jak niebo
Choć mu się kiedyś zdawało

Że najważniejszą potrzebą
Jest równowaga na szalkach


To już go nawet nie drażni
Że się przydaje tak często
Ten fałszowany odważnik

Strzeż mnie aniele strzeż


Tekst: Robert Kasprzycki, Muzyka: Adrian Konarski

Książka: Piwnica pod Baranami , Joanna Olczak-Ronikier, 1997 Prószyński i S-ka

Piwnica pod...




Czy można skojarzyć Piwnicę pod Baranami inaczej niż z Krakowem? Ta charakterystyczna atmosfera. Mistyczna historia , która na trwałe wgryzła się w Kraków i stała się częścią jego bytu. Pogrążę się w lekturze z niekłamaną przyjemnością.

***



Anioły są na świecie, a ich działanie można zobaczyć, kiedy się patrzy w oczy człowieka. Niemal odczuwa się muśnięcie ich skrzydeł.
Troskliwi, wierni druhowie towarzyszą bez zmęczenia naszemu ziemskiemu bytowi. Widzę ich działanie w dobru, które dajemy sobie wzajemnie.
Jolanto- dziękuję Ci za pamięć, dobre słowo i radość, którą mi sprawiłaś tą wspaniałą książką. Uśmiech jak banan, nie schodzi mi z twarzy. Z repertuaru Piwnicy pod Baranami wybrałam jeden utwór dla Ciebie:

Anioł mój lewy
Mordkę ma białą jak spaniel
Od żalu bólu i mleka
Czeka na Boskie skaranie
Sen ma na ciężkich powiekach


Przyszedł dziś do mnie w zastępstwie
Na ogół wpada ten prawy
Mój anioł lewy ma pecha
Od szkód i od wszelkiej zabawy


Strzeż mnie aniele strzeż
Jutro i tak Ci ucieknę
Lecz zanim znajdę się w piekle
Strzeż mnie aniele strzeż


Najpierw mi grzechy przekłada
Trochę niepewnie na wadze
Te słodkie jak czekolada
Nie są niestety w przewadze


Ciężkie i całkiem śmiertelne
Mylą się grzechy lewemu
Gdy scholastyczny ma problem
Śpiewam mu zamiast refrenu


Strzeż mnie aniele strzeż...


Mordkę jak spaniel ma białą
A oczy dobre jak niebo
Choć mu się kiedyś zdawało

Że najważniejszą potrzebą
Jest równowaga na szalkach


To już go nawet nie drażni
Że się przydaje tak często
Ten fałszowany odważnik

Strzeż mnie aniele strzeż


Tekst: Robert Kasprzycki, Muzyka: Adrian Konarski

Książka: Piwnica pod Baranami , Joanna Olczak-Ronikier, 1997 Prószyński i S-ka

niedziela, 9 maja 2010

Bilecik


Znów musiałam pójść na pocztę. Takie eskapady wprawiają mnie w zły humor. Zwykle wiem, co tam zastanę. Dostałam bilet 657. Przede mną do okienka było dwadzieścia osób. W sumie nie tak źle, bywało gorzej, ale miejsca siedzące zajęte były przez emerytów, którzy zawsze mają czas. Młodzi, niecierpliwi zwykle wychodzą i co 5 minut wracają ( dzięki temu wietrzą) by zobaczyć jak posunęła się kolejka. Spokojnie mogliby sprawdzać co 15 minut.

Zadziwiającą właściwość mają panie w okienku. Odnoszę wrażenie, że kryterium doboru pracowniczego, jest prędkość obsługi klienta. Im wolniejsza i flegmatyczniejsza, tym lepsza. Na marginesie, płace tych pań, nie zachęcają do gorliwości i szybkości. W końcu nie dostają procentu od załatwionych klientów. Więc spokojnie mogą sobie klepać jednym palcem w komputer, pochuchać na pieczątkę, zmienić datę w pieczątce, spytać koleżankę, szukać znaczka, kaligraficznie wypisywać świstek. 0statni bastion poprzedniego systemu. Tu kolejki nigdy nie zawodzą, bez względu na porę dnia.

Każdy kto tu przyjdzie, marzy, żeby poszło jak najszybciej. Złości się, jak petent przy okienku marudzi, a gdy sam stanie, przestaje mu zależeć na szybkości. Ze złośliwą satysfakcją celebruje moment pobytu przy okienku. Adresuje koperty, szuka pieniędzy w portfelu, liże znaczek, rozglądając się z satysfakcją na boki. Zapomina, że przed chwilą zgrzytał zębami na podobnie zachowującego się samoluba.
Niestety zrobiłam podobne, wypisywałam kopertę, polecony, poprosiłam o zwilżenie gąbki do znaczków, a kiedy wychodziłam, odprowadzały mnie nienawistne spojrzenia numerków od 657 w górę. No i na kogo ja się złoszczę? Na siebie przecież się złoszczę!

Istnieją jeszcze klienci, a ta grupa jest najbardziej dokuczliwa, którzy uważają, że kolejki ich nie dotyczą. Oni przecież chcą tylko spytać, bardzo się spieszą itp. Podchodzą do okienka, kiedy zwykły kolejkowy stacz straci czujność. Są przy tym impertynenccy, roszczeniowi i bardzo pewni siebie. Ten ich tupet sprawia, że często są puszczani po za kolejnością za przyzwoleniem ogółu.

*

Bileciki dostają wszyscy bez wyjątku. Na poczcie, w banku, urzędzie, kinie, samolocie, autobusie, na parkingu, w przychodni. Jednym słowem wszędzie. Ma to na celu wprowadzenie porządku społecznego, zapewniającego uśredniony komfort. Powszechna niechęć do bilecików, skojarzonych z pewnego rodzaju usługami jest co najmniej dziwna.

Często dominuje tu chęć uzyskania poza biletem, czyli usługą dostępną dla wszystkich, czegoś więcej niż bilet przewiduje, a wiec specjalnego potraktowania. Tam gdzie są kolejki, załatwienia sprawy, jako priorytet. W teatrze, dostania loży dla VIPów. W urzędzie, pozytywnie rozpatrzonej sprawy od ręki. W autobusie miejsca siedzącego. W banku wyjątkowo niskiego kredytu. W sklepie indywidualnej bonifikaty. Gdy policjant złapie na przekroczeniu przepisów drogowych, ze względu na tysiąc wyjątkowych powodów przedstawianych z wyjątkową pomysłowością, oczekuje się specjalnego potraktowania w postaci braku mandatu. A wszystko to dlatego, że człowiek chce się czuć wywyższony ponad innych, jedyny i wyjątkowy.
Świadomość ustawiania nas w socjalnej równości jest nie do zniesienia, co potwierdzają powyższe, tylko wybrane przykłady.

Istnieją jednak przywileje, które wywyższają niektórych spośród nas. Ideałem jest, aby najbardziej godni z nas, zasłużeni i mądrzy, otrzymywali mandat, który jest zaszczytem i nobilitacją. „Mandat społeczny” to skroplone zaufanie do człowieka wybranego i wyjątkowego .

Tymczasem ów „mandat” otwiera wszystkie drzwi, rezerwuje wszędzie najlepsze miejsca, załatwia sprawy poza kolejnością, rezerwuje wygody, luksus, daje prawo czucia się lepszym i ważniejszym, często bezkarnym. Takie pojęcie „mandatu społecznego”, ku mojemu ubolewaniu, staje się niejednokrotnie jego istotą i najwyższą wartością jego posiadania.


Najważniejszym spośród takich wyróżnień jest „immunitet”, który w założeniu ogólnym, daje nietykalność. Powstanie takiego przywileju, w prostym pojęciu, dało jego posiadaczowi ochronę przed ludźmi i prawem. Dało gwarancję niezależności działania określonym osobom. Co jest mocno uzasadnione i konieczne w demokratycznym społeczeństwie. Czemu zatem „immunitet” kojarzy się często ze słowami- „ponad prawem” i „bezkarny”? Co tu nie gra?

W tym wszystkim chyba zawodzi człowiek, jego próżność i egoistyczna chęć wywyższania się ponad innymi. Słabość człowieka w tych eksponowanych wyróżnieniach jest tak boleśnie widoczna i dojmująca.

Oto mądre i dobre założenia demokratyczne, wykrzywiają się na kształt gombrowiczowskiej gęby.
A my, zwykli, grzeczni kolejkowicze, wybieramy się po rozum do głowy, jak sójka za morze. Tam nie ma kolejek. Zamiast pomyśleć, wolimy, aż ktoś wtłoczy nam do głowy gotową, grzecznie ułożoną myśl, sformułowaną przez prężnego socjotechnika. Orwellowski świecie odejdź!

sobota, 8 maja 2010

Bilecik


Znów musiałam pójść na pocztę. Takie eskapady wprawiają mnie w zły humor. Zwykle wiem, co tam zastanę. Dostałam bilet 657. Przede mną do okienka było dwadzieścia osób. W sumie nie tak źle, bywało gorzej, ale miejsca siedzące zajęte były przez emerytów, którzy zawsze mają czas. Młodzi, niecierpliwi zwykle wychodzą i co 5 minut wracają ( dzięki temu wietrzą) by zobaczyć jak posunęła się kolejka. Spokojnie mogliby sprawdzać co 15 minut.

Zadziwiającą właściwość mają panie w okienku. Odnoszę wrażenie, że kryterium doboru pracowniczego, jest prędkość obsługi klienta. Im wolniejsza i flegmatyczniejsza, tym lepsza. Na marginesie, płace tych pań, nie zachęcają do gorliwości i szybkości. W końcu nie dostają procentu od załatwionych klientów. Więc spokojnie mogą sobie klepać jednym palcem w komputer, pochuchać na pieczątkę, zmienić datę w pieczątce, spytać koleżankę, szukać znaczka, kaligraficznie wypisywać świstek. 0statni bastion poprzedniego systemu. Tu kolejki nigdy nie zawodzą, bez względu na porę dnia.

Każdy kto tu przyjdzie, marzy, żeby poszło jak najszybciej. Złości się, jak petent przy okienku marudzi, a gdy sam stanie, przestaje mu zależeć na szybkości. Ze złośliwą satysfakcją celebruje moment pobytu przy okienku. Adresuje koperty, szuka pieniędzy w portfelu, liże znaczek, rozglądając się z satysfakcją na boki. Zapomina, że przed chwilą zgrzytał zębami na podobnie zachowującego się samoluba.
Niestety zrobiłam podobne, wypisywałam kopertę, polecony, poprosiłam o zwilżenie gąbki do znaczków, a kiedy wychodziłam, odprowadzały mnie nienawistne spojrzenia numerków od 657 w górę. No i na kogo ja się złoszczę? Na siebie przecież się złoszczę!

Istnieją jeszcze klienci, a ta grupa jest najbardziej dokuczliwa, którzy uważają, że kolejki ich nie dotyczą. Oni przecież chcą tylko spytać, bardzo się spieszą itp. Podchodzą do okienka, kiedy zwykły kolejkowy stacz straci czujność. Są przy tym impertynenccy, roszczeniowi i bardzo pewni siebie. Ten ich tupet sprawia, że często są puszczani po za kolejnością za przyzwoleniem ogółu.

*

Bileciki dostają wszyscy bez wyjątku. Na poczcie, w banku, urzędzie, kinie, samolocie, autobusie, na parkingu, w przychodni. Jednym słowem wszędzie. Ma to na celu wprowadzenie porządku społecznego, zapewniającego uśredniony komfort. Powszechna niechęć do bilecików, skojarzonych z pewnego rodzaju usługami jest co najmniej dziwna.

Często dominuje tu chęć uzyskania poza biletem, czyli usługą dostępną dla wszystkich, czegoś więcej niż bilet przewiduje, a wiec specjalnego potraktowania. Tam gdzie są kolejki, załatwienia sprawy, jako priorytet. W teatrze, dostania loży dla VIPów. W urzędzie, pozytywnie rozpatrzonej sprawy od ręki. W autobusie miejsca siedzącego. W banku wyjątkowo niskiego kredytu. W sklepie indywidualnej bonifikaty. Gdy policjant złapie na przekroczeniu przepisów drogowych, ze względu na tysiąc wyjątkowych powodów przedstawianych z wyjątkową pomysłowością, oczekuje się specjalnego potraktowania w postaci braku mandatu. A wszystko to dlatego, że człowiek chce się czuć wywyższony ponad innych, jedyny i wyjątkowy.
Świadomość ustawiania nas w socjalnej równości jest nie do zniesienia, co potwierdzają powyższe, tylko wybrane przykłady.

Istnieją jednak przywileje, które wywyższają niektórych spośród nas. Ideałem jest, aby najbardziej godni z nas, zasłużeni i mądrzy, otrzymywali mandat, który jest zaszczytem i nobilitacją. „Mandat społeczny” to skroplone zaufanie do człowieka wybranego i wyjątkowego .

Tymczasem ów „mandat” otwiera wszystkie drzwi, rezerwuje wszędzie najlepsze miejsca, załatwia sprawy poza kolejnością, rezerwuje wygody, luksus, daje prawo czucia się lepszym i ważniejszym, często bezkarnym. Takie pojęcie „mandatu społecznego”, ku mojemu ubolewaniu, staje się niejednokrotnie jego istotą i najwyższą wartością jego posiadania.


Najważniejszym spośród takich wyróżnień jest „immunitet”, który w założeniu ogólnym, daje nietykalność. Powstanie takiego przywileju, w prostym pojęciu, dało jego posiadaczowi ochronę przed ludźmi i prawem. Dało gwarancję niezależności działania określonym osobom. Co jest mocno uzasadnione i konieczne w demokratycznym społeczeństwie. Czemu zatem „immunitet” kojarzy się często ze słowami- „ponad prawem” i „bezkarny”? Co tu nie gra?

W tym wszystkim chyba zawodzi człowiek, jego próżność i egoistyczna chęć wywyższania się ponad innymi. Słabość człowieka w tych eksponowanych wyróżnieniach jest tak boleśnie widoczna i dojmująca.

Oto mądre i dobre założenia demokratyczne, wykrzywiają się na kształt gombrowiczowskiej gęby.
A my, zwykli, grzeczni kolejkowicze, wybieramy się po rozum do głowy, jak sójka za morze. Tam nie ma kolejek. Zamiast pomyśleć, wolimy, aż ktoś wtłoczy nam do głowy gotową, grzecznie ułożoną myśl, sformułowaną przez prężnego socjotechnika. Orwellowski świecie odejdź!

czwartek, 6 maja 2010

Bzowa Babuleńka


Będąc dziewczyną w bardzo poważnym wieku, lat szesnastu, wpadłam wraz z koleżanką na pomysł całkiem zwyczajny, jednak zwyczajny w wieku ciut młodszym. Był maj, cudna roślinność, bzy, konwalie, trochę deszczu, tak jak teraz.Postanowiłyśmy we dwie, że wybierzemy się na bzy.

Ponieważ same nie posiadałyśmy ogródka, a więc i krzaka bzu na własność, zrozumiałym jest, jaką formę pozyskania bzu wybrałyśmy.
Niedaleko szkoły był sobie stary, drewniany domek. Wydawał się opuszczony, zaniedbany, mocno starawy. Roślinność wokół niego, wybujała, puszczona samopas, rosła planem znanym wyłącznie naturze. Bzy pachniały upojnie, a gałązki konwalii aż gięły się pod ciężarem kielichów. Bardzo kuszący był to widok.

Przechodzenie przez siatkę nie sprawiło żadnych problemów, rwanie kiści bzu również.
Zajęte robieniem bukietów, nie zauważyłyśmy, że w drzwiach domku stoi staruszka. Wyglądała całkiem zwyczajnie- jak babcia. Miała zawiązaną chusteczkę na głowie, stary serdaczek, za duże trepki i laskę. Stało cicho i z uśmiechem się nam przyglądała. Można sobie wyobrazić jak głupio wyglądałyśmy, zastygłe w ruchu, z bukietami w dłoni. Tylko kolor zmieniającej się twarzy, z bladej na purpurę, świadczył, że całkiem nie skamieniałyśmy.

Staruszka stała i wciąż nam się przyglądała z uśmiechem, uśmiechem pełnym dobroci i wyrozumiałości, a nawet radości ze spotkania.Zaprosiła nas do siebie.

Wchodząc do jej domu, zdawało się nam, że przeniosłyśmy się w czasie o sto lat wstecz. Sprzęty, wystrój był ubogi i bardzo stary. Te sprzęty musiały pamiętać XIX wiek. Staruszka okazała się być bardzo samotną, opuszczoną kobietą, a nasze odwiedziny przyjęła z wielką serdecznością. Tym bardziej było nam wstyd.

Nie sposób jest zapomnieć jej pozytywnej energii i dobroci, którą nas obdzielała, jakby błogosławieństwem. Była nie z tego świata. Wciąż nie mogę zrozumieć czemu los skierował nasze kroki w tamtą stronę ... Czy może Opatrzność kierowała naszymi krokami, abyśmy mogły sobie pomóc nawzajem?

Od tamtego wydarzenia odwiedzałyśmy naszą babcię, przynosząc jej aktualnie kwitnące kwiaty, zdobywane na targu. Robiłyśmy zakupy, coś tam pomogłyśmy, ale bardzo krótko.

Nasza Bzowa Babuleńka szybko zmarła. Dowiedziałyśmy się o tym od jej rodziny, która porządkowała jej malutki domeczek.

A teraz po ponad dwudziestu latach, nie ma jej domku, nie ma tych upojnie pachnących krzaków bzu i jej cudownie pobłażliwego uśmiechu, kiedy psociłyśmy..

Dzisiaj tam jest parking i beton- nie tylko na ziemi.
Dlatego nasza pamięć jest taka ważna.

Dzięki Majowej Babci przypomniałam sobie o mojej Bzowej Babuleńce...

Bzowa Babuleńka


Będąc dziewczyną w bardzo poważnym wieku, lat szesnastu, wpadłam wraz z koleżanką na pomysł całkiem zwyczajny, jednak zwyczajny w wieku ciut młodszym. Był maj, cudna roślinność, bzy, konwalie, trochę deszczu, tak jak teraz.Postanowiłyśmy we dwie, że wybierzemy się na bzy.

Ponieważ same nie posiadałyśmy ogródka, a więc i krzaka bzu na własność, zrozumiałym jest, jaką formę pozyskania bzu wybrałyśmy.
Niedaleko szkoły był sobie stary, drewniany domek. Wydawał się opuszczony, zaniedbany, mocno starawy. Roślinność wokół niego, wybujała, puszczona samopas, rosła planem znanym wyłącznie naturze. Bzy pachniały upojnie, a gałązki konwalii aż gięły się pod ciężarem kielichów. Bardzo kuszący był to widok.

Przechodzenie przez siatkę nie sprawiło żadnych problemów, rwanie kiści bzu również.
Zajęte robieniem bukietów, nie zauważyłyśmy, że w drzwiach domku stoi staruszka. Wyglądała całkiem zwyczajnie- jak babcia. Miała zawiązaną chusteczkę na głowie, stary serdaczek, za duże trepki i laskę. Stało cicho i z uśmiechem się nam przyglądała. Można sobie wyobrazić jak głupio wyglądałyśmy, zastygłe w ruchu, z bukietami w dłoni. Tylko kolor zmieniającej się twarzy, z bladej na purpurę, świadczył, że całkiem nie skamieniałyśmy.

Staruszka stała i wciąż nam się przyglądała z uśmiechem, uśmiechem pełnym dobroci i wyrozumiałości, a nawet radości ze spotkania.Zaprosiła nas do siebie.

Wchodząc do jej domu, zdawało się nam, że przeniosłyśmy się w czasie o sto lat wstecz. Sprzęty, wystrój był ubogi i bardzo stary. Te sprzęty musiały pamiętać XIX wiek. Staruszka okazała się być bardzo samotną, opuszczoną kobietą, a nasze odwiedziny przyjęła z wielką serdecznością. Tym bardziej było nam wstyd.

Nie sposób jest zapomnieć jej pozytywnej energii i dobroci, którą nas obdzielała, jakby błogosławieństwem. Była nie z tego świata. Wciąż nie mogę zrozumieć czemu los skierował nasze kroki w tamtą stronę ... Czy może Opatrzność kierowała naszymi krokami, abyśmy mogły sobie pomóc nawzajem?

Od tamtego wydarzenia odwiedzałyśmy naszą babcię, przynosząc jej aktualnie kwitnące kwiaty, zdobywane na targu. Robiłyśmy zakupy, coś tam pomogłyśmy, ale bardzo krótko.

Nasza Bzowa Babuleńka szybko zmarła. Dowiedziałyśmy się o tym od jej rodziny, która porządkowała jej malutki domeczek.

A teraz po ponad dwudziestu latach, nie ma jej domku, nie ma tych upojnie pachnących krzaków bzu i jej cudownie pobłażliwego uśmiechu, kiedy psociłyśmy..

Dzisiaj tam jest parking i beton- nie tylko na ziemi.
Dlatego nasza pamięć jest taka ważna.

Dzięki Majowej Babci przypomniałam sobie o mojej Bzowej Babuleńce...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...