środa, 31 marca 2010

Dzwon Zygmunta


Jeśli nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak bije serce Polski, zapraszam na Wawel. Tam bije Dzwon Zygmunta.

Spracowany, stary „Król” z delikatnym sercem, które trzeba co jakiś czas wymienić. Legenda mówi, że  jego pęknięcie, zwiastuje złe czasy dla Polski. Odzywa się tylko w szczególnych okolicznościach. W chwilach szczególnie ważnych. Najbliższa okazja, by posłuchać tego najcudniejszego dźwięku będzie już niebawem, w Wielkanoc.
Zawieszony na potężnych drewnianych konstrukcjach, czeka, aż dwunastu wyszkolonych dzwonników, rozkołysze tego olbrzyma, by swoim dźwiękiem znów przypomniał wszystkie wieki, których był świadkiem.


Słysząc go ludzie, idący plantami, zastygają w bezruchu i nasłuchują. Na te kilka chwil zatrzymuje się wszystko. Na ulicach bliższych zamkowi, przystają samochody, niektórzy wyłączają silniki. Nikt nie ma im tego za złe. Wszyscy rozumieją. Wiele osób przyjeżdża z bardzo daleka, by go posłuchać. Magia dzwonu roznosi się łagodnie po kamienicach i wąskich ulicach Starego Krakowa. Można go słyszeć w wielu miejscach: na Grodzkiej, Kanoniczej, Dunajewskiego, Franciszkańskiej, Plantach i innych krętych uliczkach. A pomylić nie można go z żadnym innym.

Jego dźwięk jest wyjątkowy, niepodobny do wszystkich innych tej wielkości dzwonów. Jego ton jest głuchy, matowy, złamany, a jednocześnie łagodny, miękki.
Najpiękniej słychać go w Katedrze Wawelskiej. Mury Katedry na chwilę ożywają. Marmury grobowców chłoną jego dźwięk. Katedralna cisza, napełnia się echem starych dziejów.
Ten dźwięk przenosi nas na chwilę w świat potężnej monarchii, świetności dawnej Polski, ale też w czasy zaborów, upadku, powstań, wojen i niepokoju. W życie każdego, małego człowieka, któremu bicie dzwonu odmierzało zwykłe, krótkie istnienie, które wespół z innymi wpisało się w dzieje całego wspaniałego narodu.

Dźwięk Dzwonu Zygmunta budzi w człowieku, często skrywane, a nawet u niektórych, niechciane poczucie przynależności i dziedzictwa historii Polski. Powoduje, że zasiana w nas miłość do tego miejsca, każe nam Ciągle tu wracać.

Bo tylko tu serce Polski bije najgłośniej. Chcesz tego czy nie, jeśli usłyszysz Dzwon Zygmunta, przystajesz zahipnotyzowany i zaczynasz mnie rozumieć. I wrócisz tu na pewno.

"DEO OPT[IMO] MAX[IMO] AC VIRGINI DEIPARAE SANCTISQVE PATRONIS SVIS DIVVS SIGISMVNDVS POLONIAE REX|CAMPANAM HANC DIGNAM ANIMI OPERVMQVE AC GESTORVM SVORVM MAGNITVDINE FIERI FECIT ANNO SALVTIS MDXX."



"BOGU NAJLEPSZEMU, NAJWIĘKSZEMU I DZIEWICY BOGARODZICY, ŚWIĘTYM PATRONOM SWOIM, ZNAKOMITY ZYGMUNT KRÓL POLSKI TEN DZWON GODNY WIELKOSCI UMYSŁU I CZYNÓW SWOICH KAZAŁ WYKONAĆ ROKU ZBAWIENIA 1520"




Dzwon Zygmunta- Informacje szczegółowe

Dzwon Zygmunta


Jeśli nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak bije serce Polski, zapraszam na Wawel. Tam bije Dzwon Zygmunta.

Spracowany, stary „Król” z delikatnym sercem, które trzeba co jakiś czas wymienić. Legenda mówi, że  jego pęknięcie, zwiastuje złe czasy dla Polski. Odzywa się tylko w szczególnych okolicznościach. W chwilach szczególnie ważnych. Najbliższa okazja, by posłuchać tego najcudniejszego dźwięku będzie już niebawem, w Wielkanoc.
Zawieszony na potężnych drewnianych konstrukcjach, czeka, aż dwunastu wyszkolonych dzwonników, rozkołysze tego olbrzyma, by swoim dźwiękiem znów przypomniał wszystkie wieki, których był świadkiem.


Słysząc go ludzie, idący plantami, zastygają w bezruchu i nasłuchują. Na te kilka chwil zatrzymuje się wszystko. Na ulicach bliższych zamkowi, przystają samochody, niektórzy wyłączają silniki. Nikt nie ma im tego za złe. Wszyscy rozumieją. Wiele osób przyjeżdża z bardzo daleka, by go posłuchać. Magia dzwonu roznosi się łagodnie po kamienicach i wąskich ulicach Starego Krakowa. Można go słyszeć w wielu miejscach: na Grodzkiej, Kanoniczej, Dunajewskiego, Franciszkańskiej, Plantach i innych krętych uliczkach. A pomylić nie można go z żadnym innym.

Jego dźwięk jest wyjątkowy, niepodobny do wszystkich innych tej wielkości dzwonów. Jego ton jest głuchy, matowy, złamany, a jednocześnie łagodny, miękki.
Najpiękniej słychać go w Katedrze Wawelskiej. Mury Katedry na chwilę ożywają. Marmury grobowców chłoną jego dźwięk. Katedralna cisza, napełnia się echem starych dziejów.
Ten dźwięk przenosi nas na chwilę w świat potężnej monarchii, świetności dawnej Polski, ale też w czasy zaborów, upadku, powstań, wojen i niepokoju. W życie każdego, małego człowieka, któremu bicie dzwonu odmierzało zwykłe, krótkie istnienie, które wespół z innymi wpisało się w dzieje całego wspaniałego narodu.

Dźwięk Dzwonu Zygmunta budzi w człowieku, często skrywane, a nawet u niektórych, niechciane poczucie przynależności i dziedzictwa historii Polski. Powoduje, że zasiana w nas miłość do tego miejsca, każe nam Ciągle tu wracać.

Bo tylko tu serce Polski bije najgłośniej. Chcesz tego czy nie, jeśli usłyszysz Dzwon Zygmunta, przystajesz zahipnotyzowany i zaczynasz mnie rozumieć. I wrócisz tu na pewno.

"DEO OPT[IMO] MAX[IMO] AC VIRGINI DEIPARAE SANCTISQVE PATRONIS SVIS DIVVS SIGISMVNDVS POLONIAE REX|CAMPANAM HANC DIGNAM ANIMI OPERVMQVE AC GESTORVM SVORVM MAGNITVDINE FIERI FECIT ANNO SALVTIS MDXX."



"BOGU NAJLEPSZEMU, NAJWIĘKSZEMU I DZIEWICY BOGARODZICY, ŚWIĘTYM PATRONOM SWOIM, ZNAKOMITY ZYGMUNT KRÓL POLSKI TEN DZWON GODNY WIELKOSCI UMYSŁU I CZYNÓW SWOICH KAZAŁ WYKONAĆ ROKU ZBAWIENIA 1520"




Dzwon Zygmunta- Informacje szczegółowe

poniedziałek, 29 marca 2010

Georges Bizet



„Muzyka – co za wspaniała sztuka!
I co za smutny zawód!”
G. Bizet










Jeżeli ktoś choć trochę lubi taki rodzaj muzyki jak operowa, to nazwisko Georges Bizet jest mu doskonale znane.
Człowiek, który całe swoje życie poświęcił muzyce, a zwłaszcza sztuce operowej. Sztuce niewdzięcznej, jak mu się wtedy wydawało i trudnej w wielu płaszczyznach.

Nauki w konserwatorium pobierał już od 10 roku życia. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze kompozycje ( np. Symfonia C). Dobrze się zaczęło, jego praca przy kompozycji oper została zauważona i nagrodzona w 1857 roku, (Bizet miał wtedy 19 lat) wyróżnieniem Prix de Rome. Zaraz potem wyjechał do Włoch. Z tego okresu zachowały się tylko cztery utwory.
Po niezbyt brzemiennym w sukcesy pobycie we Włoszech , powrócił do Paryża. Jego pracę zdominowały wydarzenia życia prywatnego, śmierć matki i płomienny romans z pokojówką.

Wciąż nie wiodło się Bizetowi. Ciągle borykał się z problemami finansowymi. Nie umiał w swoje twórczości znaleźć tej pożądanej nutki komercyjnej, która by zrodziła przychylność krytyków, a zwłaszcza publiki. Pozostawał wierny swojej drodze.

Jedną z bardziej udanych w tym czasie oper, była zamówiona przez dyrektora paryskiego Théâtre Lyrique, opera „Poławiacze Pereł”. Inne zaś, takie jak „Piękne dziewczę z Perth” z nieudanym librettem, „Djamileh” okazały się klapą.

Ostatnim jego ukochanym dzieckiem, który miał przynieść mu sławę i nieśmiertelność ,była, dziś wszystkim znana, ceniona i uwielbiana, opera Carmen.
Ówczesne opery miały swoisty charakter. Opowiadały o życiu „wyższych swer”, dawnych epokach, mitach, legendach, postaciach pełnych patosu i bohaterstwa. Były proste, lekkie w odbiorze.
Ta była zupełnie nowa, inna, natenczas prawdziwa i bliska zwykłemu życiu. Bizet wprowadził w ten patetyczny świat herosów, zwykłych ludzi z ich słabościami i namiętnościami. Przedstawił ich skomplikowane relacje, odsłaniał głębokie ludzkie emocje: miłość, nienawiść, zazdrość, zdradę, pożądanie, namiętność. Pokazał na scenie prawdziwego człowieka z jego urodą i słabościami.

Takie ludzkie lustro, nie spodobało się publiczności. Premiera okazała się totalną klęską. Niezadowolona publiczność wychodziła w trakcie spektaklu.
Doznanie porażki było tak silne, że Bizet, który i tak nie miał dobrego zdrowia, doznał śmiertelnego w skutkach ataku serca. Zmarł w1875 roku. Pochowano go na tym samym cmentarzu co Fryderyka Chopina- Pere Lachaise.

Jego życie było trudne i ubogie, a muzyczny geniusz i wizja, niedocenione. Nowatorstwem wyprzedziły swoją epokę. Dopiero 20 lat później tzw. „weryzm”, którego Bizet został tragicznym prekursorem, został doceniony w twórczości Pucciniego, Leoncavalla czy Mascagniego. Taka już ciężka dola pionierów.


Czasami zastanawiam się, jak bardzo liczyć się z opinią innych ludzi, kiedy w środku nosi się głębokie przekonanie, że to co się robi jest słuszne, dobre i piękne?

Georges Bizet



„Muzyka – co za wspaniała sztuka!
I co za smutny zawód!”
G. Bizet










Jeżeli ktoś choć trochę lubi taki rodzaj muzyki jak operowa, to nazwisko Georges Bizet jest mu doskonale znane.
Człowiek, który całe swoje życie poświęcił muzyce, a zwłaszcza sztuce operowej. Sztuce niewdzięcznej, jak mu się wtedy wydawało i trudnej w wielu płaszczyznach.

Nauki w konserwatorium pobierał już od 10 roku życia. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze kompozycje ( np. Symfonia C). Dobrze się zaczęło, jego praca przy kompozycji oper została zauważona i nagrodzona w 1857 roku, (Bizet miał wtedy 19 lat) wyróżnieniem Prix de Rome. Zaraz potem wyjechał do Włoch. Z tego okresu zachowały się tylko cztery utwory.
Po niezbyt brzemiennym w sukcesy pobycie we Włoszech , powrócił do Paryża. Jego pracę zdominowały wydarzenia życia prywatnego, śmierć matki i płomienny romans z pokojówką.

Wciąż nie wiodło się Bizetowi. Ciągle borykał się z problemami finansowymi. Nie umiał w swoje twórczości znaleźć tej pożądanej nutki komercyjnej, która by zrodziła przychylność krytyków, a zwłaszcza publiki. Pozostawał wierny swojej drodze.

Jedną z bardziej udanych w tym czasie oper, była zamówiona przez dyrektora paryskiego Théâtre Lyrique, opera „Poławiacze Pereł”. Inne zaś, takie jak „Piękne dziewczę z Perth” z nieudanym librettem, „Djamileh” okazały się klapą.

Ostatnim jego ukochanym dzieckiem, który miał przynieść mu sławę i nieśmiertelność ,była, dziś wszystkim znana, ceniona i uwielbiana, opera Carmen.
Ówczesne opery miały swoisty charakter. Opowiadały o życiu „wyższych swer”, dawnych epokach, mitach, legendach, postaciach pełnych patosu i bohaterstwa. Były proste, lekkie w odbiorze.
Ta była zupełnie nowa, inna, natenczas prawdziwa i bliska zwykłemu życiu. Bizet wprowadził w ten patetyczny świat herosów, zwykłych ludzi z ich słabościami i namiętnościami. Przedstawił ich skomplikowane relacje, odsłaniał głębokie ludzkie emocje: miłość, nienawiść, zazdrość, zdradę, pożądanie, namiętność. Pokazał na scenie prawdziwego człowieka z jego urodą i słabościami.

Takie ludzkie lustro, nie spodobało się publiczności. Premiera okazała się totalną klęską. Niezadowolona publiczność wychodziła w trakcie spektaklu.
Doznanie porażki było tak silne, że Bizet, który i tak nie miał dobrego zdrowia, doznał śmiertelnego w skutkach ataku serca. Zmarł w1875 roku. Pochowano go na tym samym cmentarzu co Fryderyka Chopina- Pere Lachaise.

Jego życie było trudne i ubogie, a muzyczny geniusz i wizja, niedocenione. Nowatorstwem wyprzedziły swoją epokę. Dopiero 20 lat później tzw. „weryzm”, którego Bizet został tragicznym prekursorem, został doceniony w twórczości Pucciniego, Leoncavalla czy Mascagniego. Taka już ciężka dola pionierów.


Czasami zastanawiam się, jak bardzo liczyć się z opinią innych ludzi, kiedy w środku nosi się głębokie przekonanie, że to co się robi jest słuszne, dobre i piękne?

czwartek, 25 marca 2010

Jerzy Franciszek Kulczycki


Pewne perypetie z zaprzaczem kawy o wdzięcznej nazwie Szecherezada, skierowały moje myśli ku historiom kawowym i zachęciły mnie do napisania o człowieku, którego niewiele osób w Polsce zna.
Jerzy Franciszek Kulczycki znany jest bardziej w Wiedniu niż w Polsce.
Co do polskiego pochodzenia tego człowieka, nie ma wiele informacji. Sam określał się „rodowitym Polakiem”.Podobno pochodził z podsamborskie wsi Kulczyce.
Do Wiednia przybył z Serbii. Zajmował się tłumaczeniami z języka tureckiego w belgradzkiej Kampanii Orientalnej. Potem, gdy uznał, że handel bardziej mu się opłaca niż tylko tłumaczenie, rozpoczął własną działalność handlową pod Wiedniem.

Z postacią tego tajemniczego człowieka, związana jest pewna legenda, wiążąca go z dziejami Polski.

Ponieważ Kulczycki znał biegle język turecki, był tłumaczem kupców, którzy nabywali różne orientalne towary ze wschodu.W 1863 roku znalazł się, realizując swoje interesy, w Wiedniu. Wiadomym jest, że właśnie wtedy Turcy otoczyli i atakowali miasto. J.F. Kulczycki, poproszony przez samego burmistrza Wiednia,o pomoc. Z narażeniem życia, w przebraniu żołnierza osmańskiego, przedarł się przez całą hordę turków, by dostarczyć list do księcia lotaryńskiego, z błaganiem o pomoc dla miasta. Z odpowiedzią od księcia wrócił cało i zdrowo.

Tym wyczynem zyskał wielką sławę i zaszczyty.Legenda mówi, że po odsieczy Wiedeńskiej, król Jan Sobieski w uznaniu zasług, darował Kulczyckiemu cały zapas kawy przywieziony pod miasto przez Kara Mustafę. Dzięki swoim zasługom dla grodu, zyskał wdzięczność i profity, między innymi: nieruchomość w Wiedniu. Tu także założył pierwszą kawiarnię. Przywilej prowadzenia kawiarni nadał mu Leopold I.

Tym oto sposobem stał się on patronem wszystkich Wiedeńskich kawiarzy. Prócz tego został mianowany cesarskim tłumaczem języka tureckiego.
Wiedeń uczcił pamięć o tym człowieku, nazywając ulicę miasta jego imieniem.

Jest to bardzo ciekawa postać, o której dowiedziałam się w kawiarni „Pożegnanie z Afryką”. To właśnie ta kawiarnia odświeżyła pamięć o Jerzym Franciszku Kulczyckim, fundując mu tablicę pamiątkową w Krakowie przy ulicy Św. Tomasza.
Dają tam cudowną kawę cynamonową która najsmaczniejsza jest z ciemnym cukrem. Mniam!

Jerzy Franciszek Kulczycki


Pewne perypetie z zaprzaczem kawy o wdzięcznej nazwie Szecherezada, skierowały moje myśli ku historiom kawowym i zachęciły mnie do napisania o człowieku, którego niewiele osób w Polsce zna.
Jerzy Franciszek Kulczycki znany jest bardziej w Wiedniu niż w Polsce.
Co do polskiego pochodzenia tego człowieka, nie ma wiele informacji. Sam określał się „rodowitym Polakiem”.Podobno pochodził z podsamborskie wsi Kulczyce.
Do Wiednia przybył z Serbii. Zajmował się tłumaczeniami z języka tureckiego w belgradzkiej Kampanii Orientalnej. Potem, gdy uznał, że handel bardziej mu się opłaca niż tylko tłumaczenie, rozpoczął własną działalność handlową pod Wiedniem.

Z postacią tego tajemniczego człowieka, związana jest pewna legenda, wiążąca go z dziejami Polski.

Ponieważ Kulczycki znał biegle język turecki, był tłumaczem kupców, którzy nabywali różne orientalne towary ze wschodu.W 1863 roku znalazł się, realizując swoje interesy, w Wiedniu. Wiadomym jest, że właśnie wtedy Turcy otoczyli i atakowali miasto. J.F. Kulczycki, poproszony przez samego burmistrza Wiednia,o pomoc. Z narażeniem życia, w przebraniu żołnierza osmańskiego, przedarł się przez całą hordę turków, by dostarczyć list do księcia lotaryńskiego, z błaganiem o pomoc dla miasta. Z odpowiedzią od księcia wrócił cało i zdrowo.

Tym wyczynem zyskał wielką sławę i zaszczyty.Legenda mówi, że po odsieczy Wiedeńskiej, król Jan Sobieski w uznaniu zasług, darował Kulczyckiemu cały zapas kawy przywieziony pod miasto przez Kara Mustafę. Dzięki swoim zasługom dla grodu, zyskał wdzięczność i profity, między innymi: nieruchomość w Wiedniu. Tu także założył pierwszą kawiarnię. Przywilej prowadzenia kawiarni nadał mu Leopold I.

Tym oto sposobem stał się on patronem wszystkich Wiedeńskich kawiarzy. Prócz tego został mianowany cesarskim tłumaczem języka tureckiego.
Wiedeń uczcił pamięć o tym człowieku, nazywając ulicę miasta jego imieniem.

Jest to bardzo ciekawa postać, o której dowiedziałam się w kawiarni „Pożegnanie z Afryką”. To właśnie ta kawiarnia odświeżyła pamięć o Jerzym Franciszku Kulczyckim, fundując mu tablicę pamiątkową w Krakowie przy ulicy Św. Tomasza.
Dają tam cudowną kawę cynamonową która najsmaczniejsza jest z ciemnym cukrem. Mniam!

niedziela, 21 marca 2010

Heraklit


Zwykle takie zdarzenia, jak urodziny skłaniają do przemyśleń. Zależnie od wieku solenizanta, przemyślenia te przyjmują rożny charakter. W pewnym wieku rozpoczyna się myślenie filozoficzne .

„Panta rei” ( wszystko płynie) powtarzam coraz bardziej świadomie za starożytnym filozofem, Heraklitem z Efezu. Odkrył to tak dawno (VI-V w.p.n.e), a my wciąż odkrywamy znaczenie tych słów na nowo. Heraklit przyjmował, że w świecie nic nie jest stałe. Wszystko się zmienia i rozpływa. Nie można dotknąć tej samej rzeczy dwa razy, tak samo jak nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Wszystko jest dynamiczne i choć trwa pozornie w niezmienionym stanie, to jednak zmienia się. Jest i go nie ma. Ta sama rzecz może zmienić się, przyjąć nową formę, więc jej już w zasadzie nie ma. Na to miejsce powstaje cos nowego.


Filozof przyjął , że symbolem przemijania i dynamiki jest ogień. On to zamienia się w powietrze i wodę. On jest początkiem wszystkiego, kiedy płonie i powodem śmierci gdy gaśnie. Człowiek składa się z wody, ziemi i ognia i umiera z braku tego ostatniego.
Wszystko w ludzkiej istocie jest w idealnej równowadze. Bo przeciwieństwa w nim istniejące, zgodnie się równoważą. Jakież to mądre.

Patrząc w swoją przeszłości ( czasami), oddaję Heraklitowi zupełną rację. Człowiek, jako część świata, zmienia się bardzo dynamicznie. Nie mówię o przemianach fizycznych, bo zwłaszcza w przypadku kobiet, po prostu nie wypada.
Zmienia się ludzki charakter, podejście do wielu spraw, rzeczy, ludzi, wydarzeń i jeśli tylko jest chłonny, zdystansowany i krytyczny- zmienia się na lepsze. Ileż dzięki zmianom można się nauczyć, przeżyć i zrozumieć…

Czy tego chcę czy nie, fizyczność, a zwłaszcza ona jest widoczna, zmienia się. Szczególnie boleją nad nią kobiety czując presję stworzoną przez kult ciała i młodości. Za chwilę, patrząc się w lustro, przyjmę te przemiany z uśmiechem.
Bo choć Heraklit mnie nie pocieszył przemijaniem, to Platon podniesie na duchu przypominając, że dusza człowieka jest źródłem prawdy, dobra i wszystkiego co cenne w człowieku.

Istnieją na świecie rzeczy które tak szybko nie przemijają, kiedy są prawdziwe:
miłość, przyjaźń, pamięć, dlatego życzę sobie w dniu moich urodzin (22 marca), byście tych trzech sobie nie skąpili dopóki pali się w Was ogień.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom au...